Final Fantasy XIII (Xbox 360)
Premiera Świat - 17 grudzień 2009 Premiera Polska - 9 marzec 2010
Ocena użytkowników: bardzo dobra
3 osób chce zagrać w tą grę
miejsce w rankingu: n.a.
Deweloper: Square Enix Dystrybutor: Cenega Polska Wydawca: Square Enix
Gatunek: RPG, Akcja/Arcade
Tematyka: Fantasy, Rozgrywka: Singleplayer
Na tę platformę mamy: 9 video, 1 recenzji, 91 newsów,
Interaktywny film inaczej
[ + dodaj własną recenzję ] Recenzja dodana przez
Chimaira
Pink Floyd – A Saucerful of Secrets
l'Cie, fal'Cie i inne trudne wyrazy
Opisywanie fabuły nowego Final Fantasy to troszkę tak, jak by się mierzyć z potężnym wiatrakiem. Po pierwsze – przez początkowe rozdziały jest kompletnie pogmatwana, głównie ze względu na obco i mrocznie brzmiące nazwy takie jak: fal'Cie, l'Cie, Cie'th, Pulse l'Cie i tak dalej. Na szczęście dzięki zawartemu w grze datalogowi możemy sobie to wszystko poukładać w jeden spójny obraz. Mamy bowiem – powiedzmy – planetę Pulse i podniebne miasto Cocoon, pozostające w, że tak powiem, antagonistycznej relacji. fal'Cie to swego rodzaju maszyny (?) czy demony (?), a najpewniej jedno i drugie, stworzyciele Cocoon. Ale są też i fal'Cie na powierzchni Pulse, czyli Pulse fal'Cie. I jedne i drugie mogą naznaczyć konkretnych ludzi, dać im tym samym do wykonania jakieś zadanie (czyli Focus). Wtedy ci ludzie stają się l'Cie. Cie'th zaś to l'Cie, które zawiodły w wykonaniu zadania i stały się zombiakami. Gdy zaś uda się zrobić Focus – zamieniamy się w kryształ i otrzymujemy życie wieczne. Osią fabuły zaś jest to, że siostra głównej bohaterki (Lightning), czyli niejaka Serah, stała się Pulse l'Cie. Lightning oraz Snow symultanicznie próbują ją uratować, wraz z gromadką przypadkowo zebranych ludzi – i niestety, po drodze stają się też Pulsce l'Cie. Rozpoczyna się walka z reżimem i o przetrwanie. Tadam. Final Fantasy XIII w pigułce.



Tak, wiem, powyższe brzmi niemal jak bełkot jakiegoś ćpuna, ale wierzcie mi – gdy tylko wdrożycie się w warstwę fabularną, te wszystkie dziwne wyrazy po godzince, dwóch przestaną mieć dla was znaczenie. Słówko jeszcze o bohaterach. Tym razem nie mamy wyraźnego bohatera głównego. Tak jak było to z Cloudem czy Tidusem. Nie, teraz jest to raczej bohater zbiorowy. Sprzyja temu ciągłe – i przymuszone – tasowanie składem drużyny tam, gdzie przewidzieli to programiści. Nie jest więc tak, że jasno stwierdzimy – to Lightning jest główną bohaterką. Jest jedną z nich. Poza nią mamy Snowa, wiecznie roześmianego blondasa, Zazha, czyli murzyna z mega-afro, Hope, emo chłopca, Vanille, czyli zdającą się lekko nie rozumieć powagi sytuacji dziewczynę, oraz, w późniejszych partiach gry, Fang, która uwiedzie nas swoim australijskim akcentem. Każde z nich ma swój charakter, cele, rys psychologiczny oraz... odpowiednią kliszę w dawniejszych częściach gry. Ze smutkiem muszę przyznać, że weteranowi zarówno japońskiej animacji, jak i poprzednich odsłon Final Fantasy, ciężko zżyć się z kalkami, tylko w innych ubrankach. Nie da się jednak nie zauważyć, że jedni bohaterowie zdobywają od razu naszą sympatię, inni (Snow&Hope) niesamowicie działają na nerwy. Zatem chyba aż tak źle nie jest, prawda? Najciekawsza jest tu historia Zazha, w sumie najstarszego z członków ekipy. Poszukiwania syna, wplecione idealnie w główny wątek, zakończone zresztą iście piorunującym i szokującym finałem. Coś pięknego. I tak jest ze wszystkimi, każdy z naszych bohaterów ma jakieś ukryte zamiary, coś co go czy ją osobiście pcha ku niechybnemu finałowi. Nie mówiąc o tym, że skoro są l'Cie, muszą mieć swój Focus. Save Cocoon czy Destroy Cocoon? Tego dowiecie się, gdy zagracie już sami.
Niestety, jeśli liczycie na antagonistów pokroju Sephirotha czy Kefki – srogo się zawiedziecie. Główny zły jest gdzieś, ot tam – w oddali, zaś jego pomagierzy to typowe animkowe "bad asses". Może tylko Jihl Nabaat wybija się jakoś z tej gromadki, ale to tylko dlatego, że oddana jest świetnie, zarówno od strony wizualnej, jak i charakterologicznej. No i zła z niej, i perfidna kobieta, ot co.
Paradygmatyczne zmiany
Nowy Final, a więc i nowa mechanika gry. I tu mam mały zgryz. Nie w sensie – czy lepsze, czy gorsze. Raczej – turówka to czy jednak czas rzeczywisty? Zajmijmy się tym nieco szerzej. Otóż powraca coś na kształt Active Time Battle i nieśmiertelnego wskaźnika, który, gdy jest pełny, pozwala nam na atak. Z drugiej strony, wskaźnik posiada segmenty, co zbliża nasz system walki do tego z pamiętnego Septerra Core. W każdy segment paska ATB możemy "włożyć" jakąś zdolność – gdy załadujemy ATB gauge na maksa, wszystkie zdolności zostaną po kolei odpalone, a my będziemy cieszyć oczy fajnymi animacjami i cyferkami naokoło danego oponenta. Niektóre zdolności wymagają naturalnie tego, żeby użyć np. dwóch segmentów paska ATB. Początkowo każda z postaci posiada trzy segmenty, zaś po zdobyciu Eidolona (czyli summona) zyskuje kolejny. Co jest fajne, to wykorzystywanie nawet najbardziej wypasionych zdolności "od razu", a nie czekanie aż będziemy mieli wystarczająco dużo many czy innego magicznego badziewia.



Do tego dodajemy teraz paradygmaty oraz współczynnik "Stagger". Otóż każdy w drużynie (maksymalnie trzy osoby) pełni jakąś funkcję. Może być Commando (czysto fizyczna młócka), Ravager (coś na kształt maga) czy choćby Medic (tego tłumaczyć nie trzeba...). Wrogowie nasi natomiast posiadają dwa paski energii. Jeden, zielony, to klasyczne HaPeki. Na nie na początku zwracamy uwagę, jednakże później ich znaczenie staje się niemal marginalne, bowiem do walki wkracza król i climax mechaniki "trzynastki", czyli Stagger. To ten żółty pasek, który ładujemy kolejnymi atakami. I teraz zagwozdka. Wojownik nabija szybko, ale sumarycznie mało paska "stagger". Mag natomiast swoimi czarami podbija stagger bardzo wysoko, ale równie szybko ów poziom spada. Grunt to zmyślne kombinowanie składem drużyny - tak, by podbić pasek na maksa. Wtedy nasz wróg wkracza w stan swego rodzaju "ogłuszenia" i możemy nabijać mu konkretne plomby na cerę. W przypadku bossów, czy co większych stworków, ładowanie staggera to wręcz wymóg – zamiast kilkunastu minut spędzonych na mozolnym zbijaniu HP, załatwimy go kilkoma sprawnymi kombosami. Trzeba przyznać, że ten pomysł jest wyśmienity. Do tego oczywiście – i tu wracamy do roli drużyny – dochodzi zmiana paradygmatu. Ot, bijemy się z jakimś wielkim, wypasionym statkiem latającym. Wchodzimy w tryb ofensywny (Commando, Ravager, Ravager), gdzie ostro młócimy pasek żółty. W międzyczasie statek nieźle przetrzepał nam skórę – zmieniamy zatem paradygmat walki na defensywny (Commando, Medic, Synergist), gdzie rzucamy buffy, leczymy się, a nasz wojownik nadal utrzymuje pasek staggera na nader wysokim poziomie. Potem znów zmieniamy i tak aż do pokonania bossa. Choć brzmi to dość prosto na papierze, w ogniu walki jest naprawdę emocjonująco. Trzeba ciągle obserwować wskaźniki naszego życia, zdolności, stagger wroga etc., etc. To sprawia, że niemal każda walka w Final Fantasy XIII jest cholernie dynamiczna, a przy okazji okraszona dużą dozą taktyki.
Zawodem jest niestety rozwój bohaterów. Za to odpowiada niejakie Crystarium, czyli... no, powiedzmy, że autoplagiat. Niebezpiecznie bowiem przypomina ono Sphere Grid z Final Fantasy X, a przy tym jest znacznie uboższe, choć rozwijalne z czasem. Ot po prostu jedziemy przed siebie punkcikiem, przechodząc przez kolejne zdolności i "HP+20". Dodatkiem do tego jest upgrade broni, który sprowadza się do tego, że trzeba wykryć odpowiedni wzór mnożników doświadczenia i wymaksować dany gunblade (znów autoplagiat?) czy inne pistolety.
Na koniec zaś – Eidolony. Ot, summony jak w każdej odsłonie. Żeby je przyzywać, musimy je najpierw pokonać, często w jakiś konkretny sposób. Same z siebie niestety średnio się przydają, może tylko ich ostateczny atak sprowadza sromotę na wraże szeregi, natomiast zwykła nawalanka niewiele daje.
Tunele, tuneliki
Nawet jeśli "trzynastka" pod koniec rozwija swoje skrzydła i dostaniemy do rąk zarówno misje poboczne, jak też i wymagających wrogów do pokonania, to niestety większość gry spędzimy biegając tunelami. Rozgrywka jest niezwykle liniowa, choć rozumiem, że wymuszone jest to ciągłymi zmianami w drużynie, jak też i tym, że historia biegnie wielowątkowo. Wielbiciele Final Fantasy X będą wniebowzięci – ci od innych odsłon, niestety muszą się przygotować na marudzenie pod nosem.



Do tego dochodzi jeszcze jedna rzecz. Tak na dobrą sprawę Final Fantasy XIII jest interaktywnym filmem. Jest to szkoła zgoła inna niźli ta z Heavy Rain czy Fahrenheit, bo bardziej statyczna i bierna. Ciągle jednak oglądamy długaśne cut-scenki, filmiki wszelakie, potem chwilkę idziemy, walka – i tak w koło Macieju. Moim zdaniem to świetna sprawa, ale ja wychowałem się na takich molochach jak Final Fantasy X, zatem inaczej na to patrzę. Wiem jednak, że niektórym tak statyczna rozgrywka może przeszkadzać.
Pryszcz na tyłku Zazha
Oprawa audiowizualna to kolejna rzecz, która podzieli ludzi na dwa obozy. Z jednej strony projekty postaci i ogólna powaga całej fabuły hołdują raczej tym odsłonom, które prezentowały bardziej realistyczne podejście do tematu (VIII i X). Z drugiej zaś – szkoda że nie ma tu Cait Sitha, zaś jedynym rozluźniaczem jest Chocobo w afro Zazha. Nie można oprzeć się wrażeniu, że Final Fantasy XIII jest strasznie pompatyczne i poważne na siłę. Jasne, fajnie zobaczyć takie porządne anime, z dorosłym tematem, rozterkami i tak dalej, ale czasem przydaje się wentyl bezpieczeństwa. Tutaj go nie ma, co najwyżej irytacja głupimi akcjami Snowa czy Hope. Sam design wizualny zaś to majstersztyk. Zarówno od strony projektanckiej (czyli czysta moda i fryzury), po detale w stylu guzików od płaszcza i piegów Vanille. Naprawdę, tutaj twórcy postarali się świetnie i efekt można opatrzyć takim samym przymiotnikiem.
Warstwa muzyczna to kolejna z hamletowskich rozterek. Zmiana kompozytora niestety moim zdaniem nie wyszła na dobre. Mamy jakieś j-rockowe badziewia, troszkę ambientu, ale gdzieś uleciał ten czar starych kawałków pana Uematsu. Niestety, nowy kompozytor nie dorasta mu do pięt.
Na koniec zaś sprawa kontrowersyjna, czyli wersja na Xboxa. Szczerze mówiąc, jeśli ktoś ma telewizor 52'', Full HD, z doskonałym dźwiękiem – pewnie zauważy różnicę. Ja na moim 32'' HD Ready dopatrzyłem się raptem lekkiej kompresji w pre-renderowanych filmikach. Na emocje i wrażenia z gry nie ma to praktycznie żadnego wpływu, zatem bajki i wojny fanbojów konsol możemy spokojnie spuścić w ubikacji.
Save cocoon?
Podsumujmy wreszcie ten elaborat. Final Fantasy XIII niestety nie jest grą idealną. Ale to nadal świetna produkcja, która zabierze wam bez mała co najmniej 50 godzin ostrej rozwałki, łażenia i oglądania świetnych filmików. Takie interaktywne anime, o poważnej stylistyce i tematyce (choć nie tak jak "Monster"). Brakuje nieco elementów komedii, ale widocznie taką drogę chcieli obrać twórcy – produktu dojrzałego, dla w miarę dojrzałej widowni. Do tego świetna grafika, jeśli idzie o postacie (mniej zaś, gdy mówimy o tłach) i nieco kontrowersyjna muzyka. Zaś przede wszystkim, Final Fantasy XIII to po prostu świetna gra i wiele godzin emocjonujących wydarzeń. I tego się trzymajmy, z mojej strony bardzo mocne 8 z ogromnym plusem!
recenzja dodana przez:
Chimaira
który uważa że gra ma takie plusy i minusy
+ jak zwykle - oprawa fabularna
+ doskonały design postaci
+ świetne interaktywne anime
+ powaga tematu
+ ciekawy system walki
− powaga tematu - niestety
− nieco kiepskawe tła
− muzyka
Najlepsze gry
-
1.
Drakensang: The River of Time
RPG
Dodatek do staroszkolnego cRPG w niemieckim stylu.
-
2.
Amnesia: The Dark Descent
Przygoda
Ambitny projekt, wielkie nadzieje, zapewne kiepska sprzedaż.
-
3.
Dead Rising 2
Akcja/Arcade
Masowa rozwałka zombiaków po raz drugi.
-
4.
Mafia 2
Akcja/Arcade
Sequel świetnego sandboksa w gangsterskich klimatach.
-
5.
Sid Meier's Civilization V
Strategia
Piąty raz turowo podbijemy świat.
-
6.
StarCraft II: Wings of Liberty
Strategia
Powtórka z rozrywki w stylu Blizzard.
-
1.
Dead Rising 2
Akcja/Arcade
Masowa rozwałka zombiaków po raz drugi.
-
2.
Guitar Hero: Warriors of Rock
Akcja/Arcade
Najmocniejsze muzycznie Guitar Hero w historii serii.
-
3.
Kane & Lynch 2: Dog Days
Akcja/Arcade
Psychol i ponurak powracają nadzy i skąpani we krwi.
-
4.
Mafia 2
Akcja/Arcade
Sequel świetnego sandboksa w gangsterskich klimatach.
-
5.
Super Street Fighter IV
Akcja/Arcade
Rozszerzenie podstawowej wersji Street Fighter IV to nowi zawodnicy, areny ...
-
6.
Tom Clancy's H.A.W.X. 2
Symulator
, Akcja/Arcade
Dogfighty i epickie powietrzne batalie spod znaku kropek.
-
1.
Demon's Souls
RPG
, Akcja/Arcade
Genialny klasyczny hack&slash po japońsku.
-
2.
Guitar Hero: Warriors of Rock
Akcja/Arcade
Najmocniejsze muzycznie Guitar Hero w historii serii.
-
3.
Ratchet & Clank Future: A Crack in Time
Akcja/Arcade
Kolejna odsłona zwariowanej gierki dla starych i młodych.
-
4.
Yakuza 3
Akcja/Arcade
, Przygoda
Kolejna odsłona sagi o japońskiej mafii.
-
5.
Tom Clancy's H.A.W.X. 2
Symulator
, Akcja/Arcade
Dogfighty i epickie powietrzne batalie spod znaku kropek.
-
6.
Mafia 2
Akcja/Arcade
Sequel świetnego sandboksa w gangsterskich klimatach.
-
1.
N.O.V.A.
Akcja/Arcade
Wyobraźcie sobie Halo, ale na iPhone.
-
2.
Dungeon Hunter
RPG
, Akcja/Arcade
Diablo w wersji Gameloftu.
-
3.
Plants vs. Zombies
Strategia
Tower defense z zombiakami w roli głównej.
-
4.
Hero of Sparta II
Akcja/Arcade
Druga część przygód xeroboja Kratosa.
-
5.
Street Fighter IV
Akcja/Arcade
Mobilna wersja najlepszego mordobicia ostatnich lat.
-
6.
Spore Creatures
Akcja/Arcade
Spore Creatures, takie jakie znamy z DSa.


Dubbing jest bardzo fajny, zwłaszcza Zazha. :) No ale nic dziwnego...
A jak wygląda sprawa z dubbingiem ?? Tzn. o ile dobrze pamiętam, to w wersji an "eksboksa" jest wersja angielska, a na PS3 japońska. Jak duża jest różnica ?
Czad. Rzadko czytam recenzje na Gaminatorze, ale ta mnie zachęciła ze względu na temat. Całkiem zgrabnie napisana, nie wnikam w jej rzetelność, ale nie nudziłem się podczas czytania. Graj.
Chodzi o to, że brakuje takich hmm... rozluźniających wstawek, a patos czasem przyprawia o ból zębów. ;)
Recenzja ok ale... nie rozumiem jednego, powaga tematu na + i -?