Dragon Ball Z: Burst Limit (Xbox 360)
Premiera: nie znamy jeszcze daty premiery
Ocena użytkowników: bardzo dobra
0 osób chce zagrać w tą grę
miejsce w rankingu: n.a.
Na tę platformę mamy: 25 screenów, 12 video, 1 recenzji, 3 newsów,
Kamehameha, i wszystko jasne
[ zobacz inne recenzje 1 ] Najlepsza recenzja dodana przez
Gdzie się podziały...?
Seria Budokai znana z PS2 zyskała sobie przez lata naprawdę sporą popularność. I nic dziwnego, w ostatnich odsłonach pokrywała fabularnie Dragon Balla od serii Z do GT, zalewając gracza dziesiątkami postaci znanych z anime. To robiło wrażenie, w szczególności, że faktycznie miało się wrażenie uczestnictwa w ulubionej kreskówce z lat młodzieńczych. Trzeba to przyznać, takie samo uczucie towarzyszy również zabawie z Burst Limit, ale... coś zostało zgubione w procesie developerskim. To "coś" w rzeczywistości jest bardzo pokaźnym fragmentem scenariusza. Niestety, pierwszy xboxowy Dragon Ball wcielił w swoje szeregi jedynie Saiyan, Frieza i Cella, zwanego w Polsce pieszczotliwie "Parówczakiem". A gdzie Majin Buu, ja się pytam?! W wersji na starą GrajStację się zmieścił, a na next-genową płytkę już nie? Domyślacie się zapewne, że zawód można poczuć naprawdę niemałych rozmiarów. Na szczęście, na otarcie łez dostaliśmy kilka walk z Bardockiem, ojcem Goku, oraz... tak, tak, Brolym, legendarnym wojownikiem. Trzeba przyznać, to świetny dodatek. Ale wycięcia całej sagi o Buu i tak wybaczyć nie sposób.
Oczywiście, można byłoby stwierdzić, że jest to wada jedynie dla fanów serii, ale... czy ktoś do tej gry w ogóle się zbliży, jeśli nie przesiedział połowy dzieciństwa, podziwiając Kamehameha i kolejne transformacje Goku? Cóż, osobiście nie przypuszczam, by taka sytuacja mogła mieć miejsce, ale załóżmy, że jednak się mylę. Dla wszystkich zaznajomionych z tematem następne dwa akapity są nieistotne.
Dragon Ball to dosyć stara już seria anime, która również w Polsce zebrała niezłe żniwo, głównie za sprawą obecności w ramówce najpierw RTL 7, a później TVN 7. Łącznie do obejrzenia było około pięciuset odcinków, z czego połowę czasu zajmowały walki, a drugą połowę retrospekcje z walki. Omawiany Burst Limit pokrywa mniej więcej 3/4 serii Z, czyli coś około 190 odcinków. W rzeczywistości przekłada się to na 5 godzin gry w story mode, co jak na bijatykę jest wynikiem naprawdę niezłym. Trzeba też koniecznie pochwalić twórców za to, że każda walka jest poprzedzona i zakończona cut-scenkami. Wrażenie jest dokładnie takie, jakby się oglądało remasterowanego Dragon Balla (znacznie lepszego, według mnie, od emitowanego ostatnio Dragon Ball Kai). Choć trzeba też zaznaczyć, że znajomość serii bardzo pomaga.
Warto jeszcze dodać coś niecoś o charakterze samych walk. Otóż, jest to ostra jazda bez trzymanki. Wszystko opiera się atakowaniu oponenta wielkimi kulami energii, zadawaniu dziesiątków ciosów na sekundę i przerzucania się z jednej strony mapy na drugą. Wszystko to rozgrywa się w pełnych trzech wymiarach, co oznacza, że można nie tylko udać się "w głąb" areny, ale też... latać. Większość postaci jest dodatkowo wyposażona w rozmaite transformacje, zwiększające moc i zmieniające palety ciosów. Mam nadzieję, że to daje osobom niewtajemniczonym obraz tego, czym dla podrostka było oglądanie tej serii w trakcie odrabiania zadań z matmy.
Od Goku po Vegetę
Pomijając okrojony scenariusz, Burst Limit kultywuje resztę dobrych tradycji serii Budokai. Mamy tu absolutne zatrzęsienie postaci! Do wyboru jest absolutnie każdy bohater anime, który w serii Z choć raz podniósł rękę podczas walki. Oczywiście, licząc od sagi z Vegetą do sagi z Cellem. Nie zabrakło tu nawet małych przydupasów saiyan, tych wrednych pokurczów-kamikadze. Że tak to ujmę, każdy prowadza się inaczej, więc perfekcyjne opanowanie nawet kilku dostępnych postaci jest już wyzwaniem na parę wieczorów. Co prawda, przez każdą z palet ciosów przewija się pewien standard, więc znając dobrze Gohana, można się również domyślić niektórych z kombinacji dostępnych dla Trunksa. Ale już na przykład takie ciosy specjalne, to sprawa jak najbardziej indywidualna. Naprawdę muszę pochwalić twórców, gdyż odwalili kawał dobrej roboty. Najlepszym przykładem są Goku i Frieza. Obydwaj mają po kilka różnych transformacji, a na ogół z każdą przemianą pojawia się inny zestaw uderzeń. To nie tylko robi wrażenie, ale może też powodować zawroty głowy od nadmiaru.
Sam system walki jest dosyć prosty. A raczej - prosty do zrozumienia i trudny do mistrzowskiego opanowania. Czyli sytuacja ma się dokładnie tak, jak powinna się mieć w przypadku dobrze przygotowanej bijatyki. Jedną z najważniejszych umiejętności, które trzeba nabyć, jest odruch unikania najsilniejszych ciosów i kończenie manewru potężnym kontratakiem oraz, co ciekawe... gospodarowanie mocą! Jeśli chcemy przechylić szalę zwycięstwa na naszą korzyść, nie powinniśmy korzystać z transformacji w momencie wybranym na chybił trafił. Najlepiej najpierw powalić przeciwnika, następnie uwolnić zapasy Ki, a na koniec przywalić jednym z unikalnych ataków. Wbrew pozorom, nie jest to prymitywna nawalanka.
Anime co się zowie
Adekwatnym dodatkiem do rozpoznawalnych twarzy są znane z serii miejscówki. Niestety, jeśli chodzi o design, areny nie grzeszą finezją. Z reguły mamy do dyspozycji otwarty teren z jakimiś charakterystycznymi detalami. Zabrakło tu też jakiejkolwiek zniszczalności otoczenia - wszak wielkie kratery były jednym ze znaków rozpoznawczych Dragon Balla.
Miło dla oka prezentuje się oprawa graficzna. W każdym calu przywodzi na myśl anime, dzięki czemu wrażenie oglądania ulubionego serialu jest jeszcze silniejsze. Trochę nawala mimika postaci, ale wydaje mi się, że jest to wina braku zgrania "japońskiego ruchu ust" z angielskimi głosami.
Nie da się również przyczepić do ścieżki audio. Pozytywnie zaskoczyła mnie muzyka, która wpada w ucho i zaskakująco dobrze pasuje do Dragon Balla. A nie jest to raczej żaden z soundtracków znanych w Polsce. To samo tyczy się głosów postaci, są po prostu klimatyczne. Wisienką na torcie jest cała masa bardzo dobrze przygotowanych dźwięków otoczenia i walki.
Dla fanatyków?
Z jednej strony, Burst Limit zdecydowanie jest skierowany do fanów anime. Z drugiej zaś, całkiem nieźle radzi sobie również jako bijatyka po oderwaniu od swoich fabularnych korzeni. Jeśli jesteś wielbicielem ponadnaturalnych zdolności, latania i wylewania swojego Ki na lewo i prawo, możesz spróbować swoich sił z Dragon Ballem. W takim wypadku jest to solidna siódemeczka. Fani zaś mogą sobie dostawić plusa za bardzo dobre przeniesienie uniwersum. Do ósemki niestety trochę zabrakło, głównie jeśli chodzi o wybrakowany scenariusz.
recenzja dodana przez:
KoZa
który uważa że gra ma takie plusy i minusy
+ Dragon Ball!
+ mnogość postaci
+ po prostu dobra bijatyka
+ Bardock i Brolly
+ bardzo solidna oprawa audio-video
− zabrakło sagi Majin Buu
− brak zniszczeń otoczenia
− problemy z mimiką
Ocena wszystkich
recenzentów
7.0
Grafika 80%
Dźwięk 80%
Gameplay 70%
OsaX Nymloth: Czego tak tą peruką zarzucasz? (Xbox 360)
OsaX Nymloth: Ten to ma ryj (Xbox 360)
OsaX Nymloth: Kop z półobrotu Chucka to to nie jest (Xbox 360)
OsaX Nymloth: Super modne okulary (Xbox 360)

