Medal of Honor (2010) (Xbox 360)
Premiera Świat - 12 październik 2010 Premiera Polska - 15 październik 2010
Ocena użytkowników: dobra
3 osób chce zagrać w tą grę
miejsce w rankingu: n.a.
Deweloper: Danger Close Dystrybutor: EA Polska Wydawca: Electronic Arts
Gatunek: Akcja/Arcade Podgatunek: Strzelanka Cechy gry: FPP
Tematyka: Historyczna, Wojenna, Rozgrywka: Singleplayer/Multiplayer
Game market
zgłoś tę grę
Na tę platformę mamy: 18 video, 3 recenzji, 35 newsów,
Nie zabawa, a wojna (wersja dla samotnych)
[ zobacz inne recenzje 3 ] Najlepsza recenzja dodana przez
Chimaira
Chimaira
W kwestii fabularnej, w sensie osnowy opowieści oraz odwiecznego pytania „czemu idę przed siebie i strzelam?” Medal of Honor uczy pokory. Fabuła, w przeciwieństwie do znanej nam wszystkim gry Activision jest bardzo prawdopodobna. Co więcej, ukazana jest w niezwykle spokojny i kameralny sposób. Nie znajdziemy tu fruwania nieopodal atomówki czy oglądania grzybków w kosmosie. Na szczęście. Mimo że w cut-scenkach przewija się sympatyczny czarnoskóry dowódca oraz zdecydowanie mniej sympatyczny grzejący tyłek w Waszyngtonie tzw. „Zły Pan z Establishmentu”, tak naprawdę przestało mnie to obchodzić po drugim etapie. Serio, nie ma sensu zastanawiać się tutaj, kto rusza pionkami na tej szachownicy, bo nam to do niczego niepotrzebne. Danger Close, deweloperzy gry, osiągnęli bowiem rzecz ciekawą. Poświęcili rys psychologiczny poszczególnych postaci, epickie wybuchy w stolicy i atomówki na rzecz ukazania pewnego konfliktu z perspektywy ludzi, którzy właśnie są pionkami, a których ten konflikt niewiele obchodzi. Oni po prostu wykonują swoją robotę. Nie interesuje ich politykierstwo, nie są potomkami starożytnych herosów (wybacz kapitanie Price). To po prostu świetnie wytrenowani zabójcy, którzy przywdziewają mundury konkretnej strony i robią to, co umieją najlepiej - zabijają.
W grze przyjdzie nam się wcielić w trzy postacie pochodzące, kolejno, z formacji Tier 1, Rangers i Delta Force. Szczerze mówiąc nawet teraz nazwisko Rangersa wylatuje mi z głowy (Adams? Tak krzyczeli, jak wychyliłem łeb zza węgła i Talibowie zrobili mi z ołowiu trzecie oko). Bo nie chodzi tu o to, żebyśmy się w naszych wojakach zakochali. To tylko pionki. Wskakujemy w ich skóry raz po raz, uspójniając przy okazji całą historię, zazębiając rzeczy, które poznajemy też z zewnątrz, z pokoju sztabowego. Małym interludium jest epizod pilota śmigłowca, który wydał mi się figą pokazaną Activision i nadchodzącemu Black Ops. Ale może to marketingowy szum i hype... Etap „latany” jest jednym z najlepszych w grze i pozwala naprawdę poczuć się jak władca przestworzy. A przynajmniej do pierwszego Taliba z RPG. Poza tym pojeździmy, poskaczemy, poskradamy się, a jakże... Szczególnie satysfakcjonujące są misje snajperskie. I nie chodzi tu o zdjęcie „Tango” z odległości stu metrów. Jak mówi Dusty, „potwierdzony strzał, odległość 1050”. To już kwestia osobistych preferencji. Jeśli ktoś nie lubi spokojnie wymierzyć w turban gościa znajdującego się o dobre kilkaset metrów dalej, trudno. Ja lubię i dostarczono mi tych wrażeń aż nadto.
Niestety, wszystko co dobre szybko się kończy i MoH nie jest tu wyjątkiem. Kampanię można przemielić w około sześć godzin. Przypuszczam, że jeśli ktoś ma więcej kofeiny niż krwi - dałoby radę i w cztery. Ja wolałem się delektować (no i parę razy padłem, muszę przyznać), ale obiektywnie rzecz biorąc - gra jest, jak to dzisiejsze shootery, potwornie krótka.
Po tej łyżce dziegciu kolejne wodospady miodu - klimat. Pomijam już dynamikę wydarzeń, a przy okazji ich „kameralność”. Nie znam co prawda każdego akronimu używanego w wojsku, często zapominam o tych wszystkich slangowych określeniach, ale hej - jest ich tyle i w takim natężeniu, że trudno nie uznać tego za odrobienie lekcji. To samo dotyczy modeli broni, ich zachowania, kształtu, strzałów i tak dalej. Równie realnie odwzorowane jest wszelakie uzbrojenie „mobilne”. Do tego wszystkiego niektóre wydarzenia naprawdę podnoszą ciśnienie - tak jak rozpaczliwa obrona czwórki Rangersów przed nacierającą niemalże armią turbanów.
A skoro przy tym jesteśmy to przykro mi, ale MoH też nie uniknął syndromu Terminatora. Co prawda nie uświadczymy tu tak ordynarnych fal wrogów jak w CoD: MW2, niemniej jednak wcale za różowo nie jest... Mimo skradanych momentów, mimo czasem chirurgicznej precyzji, prędzej czy później bądź to z góry bądź z dołu nacierają zastępy Talibów.
Graficznie źle nie jest. Choć mój ukochany tryb noktowizyjny nie wygląda szczególnie epicko, to już niektóre miejscówki oglądane nie tylko w nocy zapadają w pamięć. Do tego całkiem niezłe efekty wybuchów, zwłaszcza podczas lądowania Rangersów potrafią podnieść ciśnienie o kilka atmosfer. Niestety - na x-klocku zdarza się że przy naprawdę intensywnej akcji gra chrupnie raz czy dwa. Nie jest to reguła, ale z kronikarskiego obowiązku odnotować warto. Inna sprawa to muzyka. Udźwiękowienie jest wprost fenomenalne. I nie mówię tu li i jedynie o echach strzałów w afgańskich górach, ale także i muzyce. Ta jest bowiem iście mistrzowsko skomponowana, zawsze odpowiednio do wydarzeń. Na szczęście nie ma zbyt wielu pseudo-arabskich motywów.
Ogółem, jeśli chodzi o zabawę w samotnika, Medal of Honor sprawdza się świetnie. Co prawda można by powiedzieć, że jest skandalicznie krótki, ale teraz każdy shooter jest taki, zatem MoH mieści się w normie. Na szczęście w tych kilku godzinach dostajemy pełnokrwiste działania wojenne, bez zbędnych farmazonów i idiotyzmów znanych z konkurencyjnych produktów. Mnie taka wizja wojny odpowiada. By najlepiej to podsumować... Zamiast Michaela Baya wolę obejrzeć film Kubricka.
recenzja dodana przez:
Chimaira
który uważa że gra ma takie plusy i minusy
+ to może się zdarzyć
+ świetne prowadzenie historii
+ niezły miks różnorodnych form walki
− czasem chrupie
− krótka, ale teraz to w sumie już standard, a nie zbrodnia...
− zdarzają się momenty spod znaku Terminatora
Ocena wszystkich
recenzentów
7.7
Grafika 76%
Dźwięk 86%
Gameplay 76%

