Wet (Xbox 360)
Premiera Świat - 18 wrzesień 2009 Premiera Polska - 22 styczeń 2010
Ocena użytkowników: dobra
2 osób chce zagrać w tą grę
miejsce w rankingu: n.a.
Deweloper: Behaviour Interactive Dystrybutor: Cenega Polska Wydawca: Bethesda Softworks
Gatunek: Akcja/Arcade Podgatunek: Strzelanka Cechy gry: TPP
Rozgrywka: Singleplayer
-
Doombek : 415
- GamerTag:
- MacDoombek
- Liczba osiągnięć:
- 23
Na tę platformę mamy: 15 screenów, 10 video, 2 recenzji, 9 newsów,
Grindhouse power!
[ zobacz inne recenzje 2 ] Najlepsza recenzja dodana przez
Chimara
Reservoir Ruby
Naszą bohaterką jest niejaka Rubi Malone. Nie wiemy o niej prawie nic, może poza tym, że nie lubi latać. No i że jej umiejętności w posługiwaniu się bronią nie mają sobie równych. Rubi to swego rodzaju najemniczka i nie ukrywa podczas gry, że jej głównym motywem są pieniądze. Później jednakże ów modus operandi zmienia się w swego rodzaju zemstę, jednakże lepiej zbyt wiele o tym nie mówić, by nie zepsuć wam zabawy. Fabuła zawiązuje się podczas jednego z "tych zleceń". Rubi kogoś ściga, komuś spuszcza łomot, zostawia za sobą szlak płonących wraków na autostradzie - ot, zwyczajny dzień najemniczki. A jednak, pewnego dnia pewien człowiek, Ackers, w towarzystwie nader ekscentrycznych postaci, czyli niemieckiego rewolwerowca (Ze Kollektor) oraz niewidomej tajki-albinosa (Tarantula) prosi o odnalezienie jego syna. Tego, z którym styczność mieliśmy przez moment w prologu gry. Wydaje się - prosta sprawa, nieprawdaż? No cóż, jak się szybko okazuje sowy nie są tym, czym się wydają, zaś my wraz z udziałem zgrabnego tyłeczka i ciętych tekstów Rubi wplatamy się w coś znacznie większego.
Warto od razu wspomnieć i o tym, jak to wszystko jest zarysowane. Otóż, mamy tu do czynienia z grą imitującą film. A konkretnie - stary film. A jeszcze bardziej rzeczowo - grindhouse. Tak, tak - nie ma co się oszukiwać, już we wstępie widzimy mocne nawiązanie zarówno do starych filmów akcji, takich z lat 70-tych i wczesnych 80-tych, jak też i choćby "Pulp Fiction". Podczas całej rozgrywki na obraz nałożony jest specyficzny, ziarnisty filtr i efekt "starej taśmy". Przez to nie da się pomylić konwencji. Jakby tego było mało, autorzy cały czas puszczają oczko do gracza, także i w kwestii mechaniki czysto xboxowej. Oto bowiem na każdym poziomie mamy do zebrania pięć klaskających małpek. Jednym z achievementów jest "zbierz wszystkie małpy na danym poziomie". Byłaby to dość wymagająca rzecz, gdyby nie fakt, że w jednym z etapów te małpy... są obok siebie! Wracając jeszcze na momencik do fabuły, trzeba wspomnieć i o postaciach. Czym byłby film, gdyby nie przekonujące bądź wystarczająco pokręcone charaktery? Tutaj na szczęście mamy aż nadto bohaterów, którzy są zarówno stereotypowi i kliszowaci, jak i zarysowani całkiem nieźle. Oto przecież mamy Rubi, milkliwą brunetkę o zielonych oczach (HELL YEAH!). Jest i spasiony Zhi, jest i Ackers, demoniczny antagonista (?), jest wreszcie Ze Kollektor oraz Tarantula - dwójka naprawdę wykręconych na maksa postaci. Nie da się ich nie zauważyć, niektóre polubimy, inne zaś przyprawią, przynajmniej przez chwilkę, o palpitację serca.
Four games
Sama gra to w dużej mierze shooter. Ale! Nie ma tak łatwo. Na początku bowiem nietrudno zauważyć, że mamy do czynienia z klasyczną strzelanką, tyle że w slo-mo. O cóż chodzi? Rubi posiada dwa pistolety i katanę. Gdy strzela w "normalny" sposób, robi to wyjątkowo niezdarnie. Gra zatem wymusza na nas strzelanie podczas skoków lub wślizgów, co owocuje - za każdym razem - trybem spowolnienia czasu. Wtedy to możemy wykonywać różne akrobacje, strzelać naprawdę szybko i skutecznie oraz walić z klamek prosto w łeb czy... ekhm... powiedzmy, że jeden z bonusów nazywa się "ballbreaker". Poza pistoletami wraz z rozwojem fabuły dostajemy dostęp do obrzynów, karabinków i kuszy z wybuchowymi bełtami. Ot, zabawa na całego. To pierwszy pokój... znaczy, gra. Drugim elementem jest tryb furii. Kiedy nasza urocza zielonooka (HELL YEAH!) najemniczka strzeli w łeb komuś tak, że krew ochlapie jej twarz... no cóż, Rubi wpada w furię. Gra - i tak już specyficzna w grafice - zmienia się w trójkolorową rzeź: czerń, biel i spora przewaga czerwieni. Wtedy, zamiast zwykłego mnożnika obrażeń, mamy tzw. "chain kill" - im więcej ludzi zabijemy w krótkim czasie, tym lepszy jest wynik. Warto dodać, na zakończenie tych dwóch klasycznych elementów rozgrywki, że zdolności Rubi, jak też i efektywność jej broni, możemy oczywiście rozwijać. Służy do tego specjalna waluta, czyli Style Points. Zdobywamy je przez zabijanie w ciekawy i finezyjny sposób, bądź - w przypadku trybu furii - wysokie chain kille. Do tego dodajmy jeszcze Areny, czyli takie pokoje, gdzie przeciwnicy wylewają się bez ustanku, dopóki nie zamkniemy specjalnych punktów (spawning point?!) i mamy pełen obraz tego, jaką rozpierduchę może zrobić Rubi.
Ale - były to dwa elementy. Zostały nam jeszcze dwa. Pierwszym z nich, czyli trzecim w ogóle, są etapy zręcznościowe. Niestety, Rubi poza tym, że to świetny strzelec, jest także bardzo wygimnastykowana (HELL YEAH!). Otrzymamy zatem etapy czysto zręcznościowe, w klimacie Prince of Persia. Nie są one zbyt długie czy męczące, ale odnotować trzeba. Czwarty element rozgrywki to kochane przez jednych, a znienawidzone przez innych quick time events. Ja osobiście ich nie znoszę, jednakże tutaj były na tyle proste i spokojne, że aż tak nie przeszkadzały w graniu. Ot, czasem mamy pościg na autostradzie, czasem walczymy z kimś i trzeba wcisnąć X albo Y, albo... bijemy się z ostatnim bossem. Tak, to chyba niespecjalny spoiler, gdyby stwierdzić, że ostatnia bitwa polega na QTE. Do tego trzeba dodać jeszcze niefortunny etap z samolotem. Otóż w pewnym momencie Rubi, która latać nie lubi (Częstochowa), pakuje się na pokład samolotu. Samolot wybucha, rozpada się na kawałki, zaś my... no cóż. Wylatujemy z niego jak z procy i spadamy nader szybko ku ziemi. I teraz przygotujcie się na coś, co da wam pojęcie o tym, jak nierealna i jak bardzo pokręcona jest ta gra. Otóż spadamy, zaś obok lecą też i inni, uzbrojeni pasażerowie samolotu. Prowadzimy z nimi walkę ogniową, a gdy umierają - nagle lecą do góry, jakby stali się lżejsi. Czyżby twórcy gry oglądali także i "21 gramów"? Mało tego, po pewnym czasie mamy klasyczne unikanie asteroid. Lecimy dalej zaś musimy omijać kawałki płonącego skrzydła, jakieś śmigło, palety, paczki i inne utensylia, które mogą nam zrobić kuku. Jest to nieco frustrujące, bowiem nie ma mowy o żadnej pomyłce...
Kill Pelham
Oprawa niestety nie jest szczególnie zachwycająca. Sama gra, graficznie, wygląda nader średnio. Postacie przeciwników są dość proste, tekstury takie sobie, zaś tereny i lokacje nieszczególnie wprawiają nas w zachwyt. Największym plusem jest sama Rubi (HELL YEAH!). Nie dość, że wygląda świetnie, to animacja jej ruchów, strzelania i akrobacji prezentuje się obłędnie. Nie ma się co jednak dziwić, jest to jedna z najważniejszych cech gry. Poza tym, niestety, stany średnie. Jeśli idzie o audio, tu autorzy naprawdę się postarali. Nie dość że mamy troszkę aktorów (Malcolm McDowell), jak i aktoreczek (Eliza Duschku), to trzeba to powiedzieć wprost - soundtrack do gry jest całkowicie obłędny! Miks rocka, wymieszany z sosem latino, podlany jeszcze obficie odrobiną punkowego szaleństwa, a na dokładkę - nieco metalowych opiłków. Nie da się tego nie słuchać z prawdziwą przyjemnością. Warto rozejrzeć się też za samym soundtrackiem, bo kapele, które nagrały ścieżki do WET, zdecydowanie godne są polecenia.
Inglorious Rubi
No cóż, z podsumowaniem nieco się gryzę. Z jednej strony bowiem WET szczerze mnie urzekło i zachwyciło. Ma niezapomniany grindhouse'owy klimat, feeling filmów Quentina Tarantino wymieszanych ze starymi przebojami z lat 70-tych oraz filmami akcji z Hong Kongu (gdzie zresztą dzieje się w dużej mierze fabuła gry). Do tego posiada wyrazistych bohaterów, świetną muzykę i pewną zielonooką brunetkę (HELL YEAH!). Niestety, deklasowane jest to przez raczej średnią oprawę graficzną oraz dyskusyjne elementy zręcznościowe czy QTE. Te ostatnie nie każdy lubi, tak jak nie każdego zachwyci dziwny miks muzyczny, odrealniona rozgrywka czy choćby pokręceni bohaterowie. Ale tak to już jest z swego rodzaju unikatami - albo je kochamy, albo nienawidzimy. I tyle.
recenzja dodana przez:
Chimaira
który uważa że gra ma takie plusy i minusy
+ Rubi (HELL YEAH!)
+ oprawa dźwiękowa
+ pokręcone na maksa postacie
+ klimat z lat 70-tych
+ grindhouse power!
− niestety, graficznie nie jest to dzieło sztuki
− jeden frustrujący etap
− dla niektórych - QTE
Ocena wszystkich
recenzentów
8.0
Grafika 70%
Dźwięk 95%
Gameplay 80%
Mystique: Senny klimat amerykańskiego Południa (Xbox 360)
Mystique: Tradycyjna amerykańska rozrywka - strzelanie do czegokolwiek (Xbox 360)
Mystique: Tych panów trzeba wkomponować w czerwoną kolorystykę okolicy (Xbox 360)
Mystique: Gdy kobieta zerwie się z łańcucha, faceci mają kłopoty (Xbox 360)

