Quantum Theory (PS3)
Premiera Świat - 24 wrzesień 2010 Premiera Polska - 24 wrzesień 2010
Ocena użytkowników: średnia
0 osób chce zagrać w tą grę
miejsce w rankingu: n.a.
Deweloper: Team Tachyon Dystrybutor: Galapagos Wydawca: Tecmo
Gatunek: Akcja/Arcade
Rozgrywka: Singleplayer/Multiplayer
Game market
zgłoś tę grę
Na tę platformę mamy: 7 screenów, 4 video, 1 recenzji, 8 newsów,
A mogło być tak pięknie...
[ zobacz inne recenzje 1 ] Najlepsza recenzja dodana przez
Chimaira
Chimaira
Twórcy Quantum Theory nigdy nie ukrywali, na czym będą się wzorować. Albo mówiąc nieco bardziej obcesowo - z czego będą rżnąć niemal wszystkie kwestie mechaniki gry. Warto powiedzieć sobie jedno - to nie jest inspiracja Gears of War. Skopiowano niemal wszystkie elementy z gry Epic, które stanowiły o jej doskonałej grywalności. Mniej lub bardziej nieudolnie, ale mamy do czynienia z czymś, co przypomina mi nieco Dante’s Inferno. Niestety, różnica między tamtą grą a Quantum Theory polega na tym, że produkcja EA w pewnych aspektach przewyższała God of War, zaś dziełko Team Tachyon niestety dołuje względem swego oryginału pod niemal każdym względem. Jakby tego było mało, specyficzny styl „podawania” fabuły nie trafi w gusta każdemu, kto ma uczulenie na japońszczyznę. Nawet taki stary wyga jak ja był na początku zagubiony. Mamy oto świat (może to ziemia?), w którym nastąpiła jakaś bliżej niesprecyzowana (na początku) apokalipsa. Do tego dziwne wieże, które niszczy nasz bohater o mentalności Gatsu z mangi „Berserk”. Żeby się czegokolwiek dowiedzieć, musimy przebijać się przez tony potworów, reagować na „komunikaty” wieży (co sprawi, że każda ameba czy inny pantofelek domyśli się po pierwszym tekście że rzeczona wieża żyje) czy strzelać do znajdziek. To, szczerze mówiąc, najbardziej denerwujący element opisu świata przedstawionego, bo żeby dokładnie poznać wszystkie niuanse tej postapokalipsy muszę latać jak kot z pęcherzem i strzelać do małych zielonych kulek-robocików. Nie byłoby w tym nic szczególnie złego, gdyby nie fakt, że niektóre napotkamy podczas etapów „ruchomych” i mamy jakiś absurdalny ułamek sekundy na strzał, nie mówiąc o tym, że ciężko je zauważyć.
Tak czy inaczej - fabuła to moim zdaniem najmocniejszy punkt Quantum Theory i dla niej warto zagrać. Naturalnie uczuleni na mangę osobnicy proszeni są o udanie się w kierunku - nie wiem - Europy Universalis albo innej tego typu „rozrywki”. Tutaj mamy typowy pokaz klisz i konwencji, wymieszanych w typowo japońskiej formie egzystencjalizmu i przyprawionych achronologią prezentacji wydarzeń. Ale to nic, bo Japończycy to taki dziwny naród że nawet jak zrobią kupę i puszczą to pod nazwą np. „Ultimate Craptasy”, to ja z radością włożę to do czytnika, będę grał ad mortem usrandam, a potem powiem że było super. Płynie z tego prosty wniosek - jest to jedyna (etnicznie) grupa deweloperów, która potrafi robić gry z porządną oprawą fabularną. Nawet jeśli brak w tym logiki czy atakuje nas obezwładniająca głupota niektórych wydarzeń, łykamy gierkę jak młody pelikan. To trzeba im oddać.
Niestety - poza warstwą fabularną (a każdy kto czytuje moje teksty, wie że to dla mnie sprawa najważniejsza) Quantum Theory zawodzi. Zacznijmy zatem wyliczankę. Przede wszystkim o szumnych zapowiedziach coopa możecie zapomnieć. Filena służy tylko do wystrzelenia jej w powietrze i szybkiego zaciukania jakichś kapiszonów, bądź jest „sposobem na bossa”. Sterowanie jest dość toporne, ale jako gracz z natury xboksowy zawsze będę narzekać na idiotę, który wprowadził model strzelania za pomocą R1 a nie R2. Toporne także jest chowanie się za osłonami. Tu ciekawostka. Na poziomie easy otrzymujemy w pakiecie startowym ordynarnego autolocka oraz - gdy nie celujemy - wielki celownik na środku ekranu. Ale już od medium zaczyna się normalne granie, na szczęście. Zestaw broni jest całkiem ciekawy. Począwszy od startowego Revenanta (który towarzyszy nam zawsze), przez różne karabiny maszynowe, strzelby, granatniki, wyrzutnie rakiet, czy takie fantazyjne pukawki jak broń strzelająca piłami tarczowymi, odbijający się od ścian laser (?) albo coś co nazwałem „szokerem”. Działa na niesamowicie krótki dystans, ale sprawia, że każdy wokół nas zaczyna tańczyć wbrew woli electric boogie. Oczywiście premiowane są strzały w określone partie ciała, czyli - wiadomo - headshoty. W takich momentach gra robi zbliżenie na wroga, któremu pęka głowa (i reszta), zamieniając się w stertę glutów.
Dalsza część narzekania dotyczy designu. Owszem, szumnie zapowiadane zmiany otoczenia są ciekawe. Są na przykład takie momenty, gdy walczymy na moście i podchodzimy do tego etapu kilka razy, bowiem musimy się nauczyć, które elementy tej konstrukcji się zawalą... Mało tego, niektóre fragmenty strzelane są o tyle perfidne, że chowamy się za osłoną, a tu nagle - pyk! - żart projektantów, dana osłona właśnie znika i pojawia się inna. Niby ma to być dynamika pola walki, ale ja szczerze mówiąc przełączyłem się przy załadowaniu gry na tryb „easy” i po prostu wyszedłem „na Rambo”. Szkoda nerwów i tyle.
Same projekty pomieszczeń są całkiem niezłe. Nieco secesyjny styl, barwy, ładne tereny. To wszystko cieszyłoby oko, gdyby nie fatalna wręcz jakość tekstur. Jeszcze przebolałbym tła, czy ściany, ale nawet bohaterowie wyglądają jakby się na nich ktoś, wybaczcie - zerzygał. To samo dotyczy pomieszczeń Arki, czy choćby - moje ulubione - fruwających tu i ówdzie fragmentów spaczenia.
Oprawa dźwiękowa nie jest zła, nasz Syd oraz reszta ekipy ma odpowiednio dobrane głosy, tak samo „monitoring” Arki. Ścieżka dźwiękowa też nie zawodzi, odpowiednio dynamiczne kawałki, które wprawiają w bojowy nastrój towarzyszą nam niemal cały czas. Nawet wystrzały z broni brzmią niesamowicie srogo.
Cóż, podsumowania nadszedł czas. Powiem tak, mimo tego prowokacyjnego wstępu do recenzji. Jeśli ktoś lubi mieć w grze fajną historię, a inne elementy traktuje drugorzędnie, warto kupić. Jeśli olewacie cut-scenki i mało was interesuje „dlaczego?”, a bardziej strzelanie do potworów - omijajcie szerokim łukiem. Do tego warto dodać, że styl opowieści, podkreślam jeszcze raz, jest typowo japoński, zatem nie każdemu przypadnie do gustu. Quantum Theory, obiektywnie rzecz biorąc, strzela jednak sobie lekkiego samobója w kwestii topornego sterowania, frustrujących fragmentów które powtarzamy do imentu, czy po prostu ogólnej tępoty rozgrywki. W Gears of War też było prostacko, ale tam mieliśmy to podane ze smakiem. Tutaj - niestety nie. Dlatego, jeśli ktoś jest wyjątkowo wybredny i nie obchodzi go kompletnie fabuła, może odjąć jeden punkt.
recenzja dodana przez:
Chimaira
który uważa że gra ma takie plusy i minusy
+ fabuła, typowo po japońsku
+ oprawa dźwiękowa jest naprawdę niezła
− toporne sterowanie
− brzydkie tekstury
− problemy z opanowaniem pola walki (wynikające z toporności bohatera)
Ocena wszystkich
recenzentów
6.0
Grafika 50%
Dźwięk 80%
Gameplay 60%
Gameplay Trailer
przez
Moskit
TGS'10 Trailer
przez
Moskit
"Gotta Kill It" ...
przez
Moskit
E. Siekiera: Cierpliwość jest cnotą (PS3)
E. Siekiera: Co dwie głowy to nie jedna (PS3)
E. Siekiera: Oprawa nie powala (PS3)
E. Siekiera: Po trupach do celu (PS3)

