Gaminator. Gry online.

graj lub zgiń
Szukaj

Jesteś tutaj pierwszy raz. Bardzo nam miło. Zarejestruj się, aby zyskać dostęp do największej bazy video o grach, możliwości wrzucania swoich treści, a także do systemu podpowiadania gier – Game Connect.

Logowanie

Zamknij Wyślij uwagę
 

Medal of Honor Rising Sun (PS2)

Lubię to! 3

Premiera Świat - 11 listopad 2003 Premiera Polska - 28 listopad 2003

Ocena użytkowników: bardzo dobra

0 osób chce zagrać w tą grę

miejsce w rankingu: n.a.

Deweloper: Danger Close Wydawca: Electronic Arts

 

Gatunek: Akcja/Arcade Cechy gry: FPP

Tematyka: Wojenna, Rozgrywka: Singleplayer/Multiplayer

Moja ocena: 1 2 3 4 5

 

grasz?
close

Game market

zgłoś tę grę

Na tę platformę mamy: 1 recenzji,

Dobra marka to nie wszystko

[ zobacz inne recenzje 1 ]
Najlepsza recenzja dodana przez E. Siekiera E. Siekiera
Atak na Pearl Harbor okazał się gorzkim sprawdzianem dla Amerykanów, jednym z najistotniejszych wydarzeń w kalendarium II wojny światowej, a zarazem świetnym pretekstem do stworzenia kolejnej, przesiąkniętej patriotycznym bełkotem strzelaniny. Potencjał, który całkiem nieźle wykorzystano w Pacific Assault, został zupełnie zmarnowany w przypadku jej młodszego brata.

Eugeniusz Siekiera

Rising Sun wydaje się być klonem Pacific Assault z uwagi na wspólne tło wydarzeń. Otoczka otoczką, niestety wszystkie pozostałe składowe to już trzy klasy niżej. W pierwszej kolejności uderza nas beznadziejna oprawa graficzna. Co ciekawe, początek nie zwiastuje ogólnej tragedii. Etapy związane tematycznie z atakiem na Pearl Harbor nie zachwycają, ale w ogólnym rozrachunku okazują się być najładniejszymi i najbardziej dopracowanymi w całej grze. Na ekranie sporo się dzieje, samoloty eksplodują, statki toną, torpedy wesoło harcują pod wodą, a ludzie drą się jak opętani. Generalnie nie wiadomo, gdzie oczy podziać. Mamy chaos zgrabnie kontrolowany kilkoma ogranymi skryptami, ale całość trzyma należyty fason.

Później zmieniamy rejon świata, a wraz z tym najwyraźniej ekipę odpowiedzialną za kolejne mapy, bowiem pozostała część kampanii to niemalże kompletna porażka. Szarobure, brzydkie i rozpaćkane tekstury, tragiczne modele postaci, karykaturalne animacje śmierci i kwadratowe, zbudowane bez polotu środowisko gry. Obraz wydaje się być momentami tak mdły i niewyraźny, jakbyśmy jakimś cudem na ekranie telewizora odpalili MoH: Heroes z PSP. Do tego wizerunku nędzy i rozpaczy dochodzą jeszcze płaskie bitmapy naśladujące płoty, druty czy nawet roślinność, rozmaite babole związane z wczytującymi się zbyt późno teksturami i sporadyczne spadki płynności, gdy na ekranie zbyt wiele się dzieje.

Pozytywnie wypadła z kolei strona audio, czyli jedyny element, na który nigdy nie musieliśmy narzekać w przypadku cyklu Medal of Honor. Łatwo wpadające w ucho wstawki orkiestrowe zawsze świetnie nadawały się jako ilustracja muzyczna dla wirtualnych batalii. Uważny słuchacz wyłoni zapewne kilka powtarzających się, charakterystycznych dla serii motywów, ale w niczym to nie przeszkadza. Dobrej muzyce towarzyszy niezgorszy dźwięk, który mimo lat, jakie minęły od premiery, wciąż trzyma należycie wysoki poziom.

W zacięty bój na ogół wyruszamy w towarzystwie, niestety nasi kompani to kukły bez wyrazu, które bardziej nadają się do orki niż walki. Ich pomoc jest znikoma, często włażą nam w drogę, nierzadko również z uporem maniaka próbują przebić się przez zamknięte drzwi (które powinny być otwarte, tyle że odpowiedni skrypt w porę nie zaskoczył). Wygląda to wszystko nieco żałośnie. Tym samym gdzieś po drodze zanika wrażenie uczestnictwa w wielkim konflikcie, w którym bylibyśmy jedynie niewiele znaczącym pionkiem. Rising Sun cofa gracza do czasów sprzed Allied Assault, kiedy to wirtualną wojnę zwykło się wygrywać w pojedynkę, idąc po sznurku od punktu A do B. Ano właśnie, skrajna liniowość to kolejny ciężki grzech tego tytułu. Rzuca się w oczy zwłaszcza w przypadku etapów rozgrywanych w dżungli. Wykute w niej tunele nawet nie próbują symulować otwartej przestrzeni. Poniekąd uczciwie. Nie zabłądzisz, gdy z każdej strony ograniczają cię bitmapy i kilka nędznych obiektów nieudolnie imitujących roślinność. Przy tej żenadzie kolumbijski epizod ze skądinąd starszego Soldier of Fortune 2 jawi się nam niczym tropiki z Crysisa.

Na tle całości pozytywnie przedstawia się etap celowniczkowy z początku przygody, misja w Singapurze czy finałowy sabotaż lotniskowca. Wyżej wymienione są należycie mięsiste i bez problemu można by je przeszczepić do którejkolwiek z pecetowych odsłon. Tylko co mi po tym, że do piętnastoletniego samochodu wrzucę nowe radio, siedzenia i efekciarskie felgi, skoro reszta nadaje się do generalnego remontu. Wszak liczy się całokształt, nie pojedyncze fragmenty.

Obok szczytu brzydoty i ogólnej miałkości omawianej produkcji udało się pobić również inny rekord. Poziom rosnącej lawinowo frustracji nie był tak wysoki od czasu, gdy po raz pierwszy człowiek stanął w niesławnym miasteczku snajperów z Allied Assault. Na wojnie lekko nie ma, wiadoma to rzecz, ale dlaczego coś, co służy ogólno pojętej rozrywce i zabawie, na każdym kroku chce mi uświadomić, żem leszcz i w FPS-a na padzie grać nie powinienem? Problem nawet nie leży w wysokiej AI przeciwników, bowiem maksimum ich możliwości taktycznych to schowanie łba za skrzynią lub frontalny atak. Co więcej, większość kampanii zaliczamy bez większych przeszkód, zdarzają się jednak wybitnie irytujące momenty, w których wróg, który uwielbia topić bagnet w naszych bebechach, jakimś cudem materializuje się za naszymi plecami. Na ogół trzy pchnięcia ostrzem fundują nam stratę ostatniego kwadransa i konieczność przebijania się przez tę wizualną bryndzę po raz kolejny. Dziękuję, postoję. Gdy od tyłu zajdzie nas dwóch skośnookich i oboje sprzedadzą nam kosę pod żebra, giniemy, nim w stronę ekranu poleci wiązanka siarczystych przekleństw. O odwróceniu się i wycelowaniu nie ma nawet co marzyć.

Sytuacji nie ratują również kobylaste mapy oraz idiotycznie rozmieszczone punkty zapisu, które w większości przypadków poukrywano w kiepsko widocznych miejscach, jak gdyby były bonusowymi artefaktami do odnalezienia. Doprawdy ubaw po pachy. Rising Sun to definitywnie najsłabszy tytuł wydany pod banderą Medal of Honor. Prawdę mówiąc, bliżej mu do poziomu kioskowych wydawnictw niż kolejnej z odsłon uznanej serii. Jeśli kusi cię odkurzenie tego starocia, naprędce mogę podać dziesięć lepszych pomysłów na zmarnowanie kilku godzin życia. Chyba żeś masochista, ja umywam ręce.

Podobała Ci się recenzja? Jeśli tak kliknij "graj"

recenzja dodana przez: E. Siekiera E. Siekiera który uważa że gra ma takie plusy i minusy

+ Plusy

+  dobry dźwięk i muzyka
+ etapy celowniczkowe + misja w Singapurze

Minusy

  paskudna grafika
 tragiczne AI
 skrajnie liniowa
 dżungla jeszcze nigdy nie była tak klaustrofobiczna
 frustrująca
 trochę pomniejszych baboli i niedoróbek

dlatego E. Siekiera
ocenia tę grę na:

5

Grafika 40%

Dźwięk 70%

Gameplay 50%

Ocena wszystkich
recenzentów

5.0

Grafika 40%

Dźwięk 70%

Gameplay 50%

Postacie [4]

M1 Garand
Thompson
  • Nazwa: Thompson
  • A.K.A.: Tommygun, Chicago Typewriter, Chopper
  • Typ: Broń
Colt M1911
Browning Automatic Rifle
Przejmij panowanie nad grą

Teraz

Użytkownicy, którzy lubią tę grę:

Gaminator.tv

Projekt dofinansowany ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka