Shadow of the Colossus (PS2)
Premiera Świat - 14 październik 2005 Premiera Polska - 17 luty 2006
Ocena użytkowników: rewelacja
1 osób chce zagrać w tą grę
miejsce w rankingu: n.a.
Dystrybutor: Sony Online Entertainment Wydawca: Sony Computer Entertainment
Gatunek: Akcja/Arcade, Przygoda Cechy gry: TPP
Tematyka: Fantasy, Rozgrywka: Singleplayer
Na tę platformę mamy: 31 screenów, 1 video, 2 recenzji, 1 newsów,
Gra wprost stworzona do nadinterpretacji...
[ zobacz inne recenzje 2 ] Najlepsza recenzja dodana przez
Pyszny
W Shadow of the Colossus cel całej zabawy jest na pozór prosty i wszystko wydaje się być w jak najlepszym porządku. Mamy głównego bohatera - dzielnego, odważnego młodzieńca, który w zamian za wskrzeszenie swej ukochanej, jest w stanie zrobić wszystko. Tak się bowiem składa, że panienka zmarła, a jedynym sposobem na uratowanie jej duszy przed całkowitym zniknięciem w odmętach Tartaru jest... nie, nie wyrżnięcie w pień całej armii piekielnego pomiotu, ale zabicie szesnastu kolosów, spoczywających w spokoju od wieków na "zakazanych ziemiach". To najwięksi i budzący zarazem najwięcej emocji bossowie w historii gier. A, i przy okazji dopomnę tylko, że to jedyni przeciwnicy, jakich spotkamy podczas historii opowiedzianej w Shadow of the Colossus. Zdziwieni?
Rzeczywistość odbierana na wiele sposobów...
Wydawałoby się, że mamy do czynienia ze schematem fabularnym bardzo starym i oklepanym jak świat, jednak... no właśnie, znowu muszę podzielić się z Wami garstką własnych przemyśleń. Uważacie, że destrukcyjne oraz samolubne skutki miłości są odpowiednim pretekstem do tego, by bezkompromisowo likwidować niewinne istnienia? Bo wiecie, zabicie szesnastu pięknych i przy okazji nie przeszkadzających nikomu istot w imię czegoś, co zostało już utracone, nie jest chyba zbyt dobrym wytłumaczeniem. Walka ze złem? Gromienie piekielnego pomiotu, mordowanie goblinów i wyrzynanie całych zastępów orków - zdecydowanie tak, ale zatapianie miecza w ciałach monumentalnych istot, które żyją sobie same dla siebie, nikomu przy tym nie przeszkadzając, to zupełnie inna bajka. Nikomu nie zagrażają, żyją w pełnym odosobnieniu. Mało tego! One najzwyczajniej w świecie śpią, budząc się tylko i wyłącznie przy okazji przymusowej walki o życie z czymś, przed czym uciec nie mają żadnej szansy. Ich jedyną zbrodnią, winą i zarazem klątwą jest to, że... żyją, że istnieją, a ich śmierć może pomóc w uratowaniu jednej tylko kobiety. Czy mord na Kolosach ma jakikolwiek sens? Starożytne cywilizacje stworzyły je w jednym tylko celu - obrony zamków, pradawnych świątyń oraz tajemnic, do których dostępu nie powinien mieć żaden stąpający po "zakazanej ziemi" śmiertelnik. Przyznam się szczerze, iż po ukończeniu Shadow of the Colossus doszedłem do wniosku, że... ja chyba jestem nadwrażliwy i przeżywam wszystko po stokroć bardziej, aniżeli przeciętny użytkownik konsol. Każdy wgnieciony w ziemię Kolos wywoływał w moim sercu intensywne nagromadzenie skrajnie negatywnych emocji. Począwszy od współczucia, przez poczucie winy, na wspomnianej w pierwszym akapicie recenzji rozpaczy, kończąc. Zanudzać Was dalej nie mam zamiaru, ponieważ dla człowieka, który nigdy nie zakosztował się w Shadow of the Colossus, będzie to tylko i wyłącznie niepotwierdzone żadnymi faktami gadanie. Puste, można by rzec...
Wznieść się prawie ku niebiosom, by zrujnować wszystko...
Właściwie jedynym czynnikiem łagodzącym całą rzeź jest fakt, że Kolosy wyglądają nie tylko przerażająco, ale i monumentalnie, a rozmiarami potrafiłyby zgnieść nas niczym pluskwę. Kiedy stanąłem twarzą w twarz z pierwszym oponentem, przez głowę przeszła mi dokładnie taka myśl: "A w jaki ja niby sposób mam unicestwić coś tak przeogromnego!?". Każdy mocarz ma jakąś swoją cechę charakterystyczną. Jedne wyglądają jak przerośnięte istoty humanoidalne, inne z kolei jak boskie, kolejne zaś swoim wyglądem przypominają znane nam z prawdziwego życia zwierzęta. Mamy tutaj odpowiednik małpy, byka, nawet żyrafy połączonej z czymś, czego tak naprawdę słowami opisać się nie da. Inne z kolei przypominają zupełnie fantastyczne istoty, nie mające żadnego odpowiednika w realnym świecie. Łączy je natomiast jedno - wszystkie wyglądają wręcz nieprawdopodobnie. Na tyle nieprawdopodobnie, że widząc kolejne wariacje twórców, zachodzimy w głowę, jakim cudem można było wpaść na tak genialny design przeciwników. W świecie Shadow of the Colossus panuje także pewna niepisana zasada, mówiąca o tym, iż z im mniejszym Kolosem mamy do czynienia, tym jest od zdecydowanie bardziej zadziorny i groźniejszy od jego kilkunastokrotnie większych braci. Każdy z nich potrafi nam oczywiście zrobić jakąś krzywdę, jednak jeśli tylko chwilkę pomyślimy i uda nam się odnaleźć słaby punkt delikwenta, a przy okazji wykombinujemy po drodze, jak do tego punktu się dostać, wtedy zaczyna się rzeź. I w tym momencie do czynienia mamy z kolejnym czynnikiem emocjolanym. Kolos z każdą sekundą stara się żałośnie i nieporadnie odwlec nieuchronnie zbliżający się momentu własnego upadku. Szarpie się na wszystkie strony, pragnie nas jak najszybciej z siebie zrzucić. Co uderzało mnie najbardziej przy każdym zarzynanym wielkoludzie? Był to... wyraz ich błagalnych oczu. Błagalnych, ale i zarazem obojętnych. Martwych już od samego początku...
Jak jednak przebiega cała rozgrywka?
Najbardziej charakterystyczną cechą Shadow of the Colossus jest oczywiście pozorna prostota i pustka stworzonego na potrzeby gry świata. Wszystko przebiega w nietypowy, banalny zarazem sposób. Kończy się film wprowadzający do rozgrywki, unosimy do góry magiczny miecz (przyczynę przebudzenia Kolosów z wiecznego snu) i kiedy już sprecyzujemy gdzie wiązka odbijanego światła jest najwęższa... po prostu wyruszamy w ślad za nią. Koniec, później pozostaje nam tylko mordowanie Kolosów. Śmieszne? Na pewno nie. Żałosne? W żadnym wypadku. Inne i do tej pory niespotykane? Jak najbardziej. Oczywiście, nie każdemu takie podejście do zabawy musi podejść podobnie samo jak mnie, jednak myślę, że warto chociaż spróbować. Odnalezienie przeciwnika często wydaje się być problematyczne, bowiem wiązka światła pokazuje nam wyłącznie orientacyjny kierunek, w którym powinniśmy podążać. Zdarza się, że aby szczęśliwie dotrzeć do celu, musimy zejść z konia i prześliznąć się po skalnych urwiskach. Po dotarciu do Kolosa rozpoczyna się faza rozpoznawania przeciwnika. Metodą prób i błędów staramy się na niego wspiąć, odnaleźć jakiś punkt zaczepienia, bądź też pomyśleć, czy aby otoczenie wokół nas nie pomoże nam w ubiciu mocarza. A może z kolei należy wykorzystać chwilę słabości Kolosa po wykonaniu przez niego najmocniejszej kombinacji ciosów... Dobra, już nic nie mówię. Znalezienie punktu zaczepienia jest czasami banalnie proste, innym razem zastanawiać możemy się nawet kilkanaście minut. Fakt jednak pozostaje faktem - po kilku pierwszych zabitych Kolosach, wiemy mniej więcej czego mamy się spodziewać i z której strony prześwietlać kolejne bestie. Czasami przyda się też koń o imieniu Agro, innym znowu razem nasz łuk będzie jedyną bronią, która tak naprawdę umożliwi nam dostanie się do słabego punktu monumentalnego bydlaka. Najczęściej jednak się wspinamy, a w prawym górnym rogu ekranu widnieje wskaźnik odpowiedzialny za przekazanie nam informacji na temat siły uchwytu prowadzonego przez nas bohatera. Wpływ na jego długość ma oczywiście kilka wskaźników pokroju czasu, przez jaki trzymamy się futra mocarza, a także ciągłego ruchu oponenta, który stara się nas non-stop rozpaczliwie zrzucić. Wspinamy się na szczyt "ruchomej wieży", wyciągamy magiczne ostrze i jednym, szybkim pociągnięciem zatapiamy je w niechronionym punkcie na ciele przeciwnika. Kolos pada, my zostajemy przeniesieni do świątyni, gdzie po kilku minutach wysłuchiwania umoralniających tekstów, kolejny raz wyruszamy na poszukiwanie kilkunastokrotnie od nas większego przeciwnika. I tak jeszcze piętnaście razy...
Kraina artyzmem ociekająca...
Shadow of the Colossus już w momencie wyjścia na rynek nie powalało graficznie, a teraz wydawać może się archaicznym, niedostosowanym do nowoczesnych standardów, brzydkim kaczątkiem. Z jednej strony przemierzana kraina, towarzyszące nam przy tym krajobrazy, architektura oraz wszelakie smaczki, na które podczas tej rozgrywki się natykamy, prezentują się wprost niewiarygodnie. Z drugiej z kolei przyprawić o mdłości potrafią beznadziejnie słabe tekstury oraz ogólna "kwadratowość" tytułu. Kolory są wyblakłe, jednak jest to oczywiście ogromnym plusem Shadow of the Colossus, ponieważ służy spotęgowaniu, i tak ciężkiego już, klimatu gry. Animacja bohatera kuleje, gra potrafi momentami przyciąć, a całość wydaje się być jakaś taka... niedzisiejsza. Oczywiście, Kolosy to zupełnie inna sprawa. Animacja ich ruchu przypomina najlepsze sceny z najbardziej kasowych filmów fantastycznych, ogólna ich prezencja jest przerażająca, a szczegółowość wykonania powala na łopatki już przy pierwszym podejściu. Poza tym, dokucza nam ciągłe doczytywanie się danych "w locie", co często obrazowane jest przez wyskakujące dosłownie przed naszymi oczami obiekty (coś a la przypadłości z GTA: San Andreas). Pomimo tego, Shadow of the Colossus to i tak jedna z najlepiej wykonanych gier na PlayStation 2. Przyznajmy jednak, że raczej ze względu na wszechobecny artyzm, niźli umiejętności koderskie twórców.
Jeśli zaś chodzi o muzykę oraz wszelkiego rodzaju dźwięki, to... nie mam w tej materii nic do powiedzenia. Myślę, że wystarczy, jeśli wspomnę, że nie wyobrażam sobie oceny innej, niż maksymalna dla tego aspektu gry. Szczerze? Gdyby można było dać 11 - nie zawahałbym się. Po prostu musicie usłyszeć motywy muzyczne, towarzyszące majestatycznym upadkom (jakkolwiek by to paradoksalnie nie brzmiało) Kolosów.
Dzieło...
Innym słowem Shadow of the Colossus podsumować nie można. Prawdopodobnie dla wielu z Was przygody Wanderera (bo tak na imię ma główny bohater) będą następną grą do kolekcji, a kolejne Kolosy okażą się tylko i wyłącznie potworami do zabicia. Powiem tak - nie powinniście w ten sposób podchodzić do opisywanej przeze mnie gry. Wymaga ona myślenia. Jeśli z tym u Ciebie ciężko, raczej nie bierz się za ten tytuł, bo tak naprawdę nie ujrzysz w nim niczego nadzwyczajnego. Każdy reaguje na tę grę inaczej. Tutaj nie chodzi o grafikę, o wspomnianą w pierwszym akapicie interakcję z otoczeniem czy też inne aspekty, na które większość graczy nowożytnego świata zwraca pierwszorzędnie uwagę. Historia o Kolosach to genialna opowieść o pięknej miłości, która egzekwowana jest w jeden z najobrzydliwszych sposobów. Budzi ona zupełnie skrajne emocje. Od uznania, przez rozważania na tematy egzystencjalne, współczucie i rozpacz, po pogardę, czy wręcz niemożliwą do opanowania złość.
Shadow of the Colossus.
Zapamiętajcie...
recenzja dodana przez:
Pyszny
który uważa że gra ma takie plusy i minusy
+ niekonwencjonalne podejście (tylko 16 przeciwników na całą grę)
+ monumentalność historii
+ sylwetki kolosów
+ fenomenalnie zbudowany i zaprojektowany świat gry
+ oprawa dźwiękowa
+ możliwość nieskończonej nadinterpretacji tytułu
+ tutaj o "coś" chodzi
− strona techniczna (oprawa, framerate, przycięcia)
− nie każdemu musi przypaść do gustu
− może trochę zbyt mało dynamiczna podczas poszukiwania kolejnych kolosów
Ocena wszystkich
recenzentów
10
Grafika 75%
Dźwięk 95%
Gameplay 100%
michal9208: Czym on karmił tą krowę, że tak wyrosła? (PS2)
Chidder: Szkic jednego z kolosów (PS2)
Chidder: Nie dość że wielkie, to jeszcze uzbrojone (PS2)
Chidder: Wersja finalna niewiele się różni od tego projektu (PS2)

