Alone in the Dark: The New Nightmare (PC)
Premiera Świat - 25 czerwiec 2001
Ocena użytkowników: dobra
0 osób chce zagrać w tą grę
miejsce w rankingu: n.a.
Gatunek: Akcja/Arcade, Przygoda Podgatunek: Survival Horror Cechy gry: TPP
Tematyka: Horror, Rozgrywka: Singleplayer
Na tę platformę mamy: 25 screenów, 1 recenzji, 2 newsów,
Powrót po latach
[ + dodaj własną recenzję ] Recenzja dodana przez
E. Siekiera
Eugeniusz Siekiera
Komercyjny sukces nowatorskiego projektu Infogrames przyczynił się do powstania niemal równie dobrej kontynuacji, ta zaś dodatkowo zaostrzyła nasze apetyty, więc po jakimś czasie ujrzeliśmy trzecią część kultowej sagi, niestety znacznie odstającą od pozostałych. Wyprawa w świat Dzikiego Zachodu okazała się pomysłem dość dziwnym, mało emocjonującym i przede wszystkim zacofanym technicznie. Jako że na horyzoncie pojawili się już nowi gracze, o przygodach detektywa Carnby'ego wkrótce zupełnie zapomniano. Nasz ekspert od spraw paranormalnych zaszył się na kilka lat, by w nowym milenium powrócić w zupełnie odświeżonej wersji.
Choć czwarty Alone to survival w pełnym tego słowa znaczeniu, korzystający z wszelkich rozwiązań należnych gatunkowi, mniej lub bardziej subtelne zmiany dotknęły każdej składowej programu. Zmienił się nawet wygląd bohatera. Miast schludnie (i nudno) ubranego poczciwca w średnim wieku otrzymaliśmy postać młodszą, z długimi kudłami, ubierającego się zupełnie inaczej, w stylu, który już nie nasuwał jednoznacznych skojarzeń z serialami kryminalnymi z lat 70. Edward Carnby w tej części jest zresztą tylko opcją, jedną z dwóch głównych postaci. Jego towarzyszką w eskapadzie okazuje się być Aline Cedrac, ponętna archeolożka (że też wszystkie bohaterki z tytułem naukowym są w filmach czy grach jeśli nie atrakcyjne, to przynajmniej nieprzyzwoicie zgrabne i młode), a zarazem ekspert w temacie wierzeń Indian plemienia Abakanis.
Miejscem akcji jest Wyspa Cieni, ze szczególnym uwzględnieniem wiekowej, olbrzymiej posiadłości należącej do rodu Mortonów. Przybywamy w to posępne miejsce z powodu śmierci niejakiego Charlesa Fiske'a, bliskiego przyjaciela naszego detektywa. Gdzieś w tle przewija się również motyw tajemniczych indiańskich tablic o niezwykłych właściwościach i podejrzanej rodzinki, która wieczorami, miast zasypiać przed telewizorem, eksperymentuje z mocą, której nie jest w stanie okiełznać. Niestety, w wyniku wypadku już na starcie Carnby ze swą współtowarzyszką zostają rozdzieleni i rozpoczynamy przygodę w pojedynkę, uprzednio wybierając jednego z bohaterów. W końcu tytuł zobowiązuje. Strach dopada w ciemności. A ciemność najlepiej smakować samotnie.
Motyw z podziałem na role jest czymś więcej, niż możliwością pokierowania postacią ze zgrabniejszym tyłkiem. To przede wszystkim okazja do rozegrania dwóch dość zróżnicowanych kampanii. Naturalnie rzecz tyczy się tej samej historii, tyle że poznajemy ją z różnych perspektyw, a ścieżki bohaterów, choć w trakcie scenariusza wiele razy się krzyżują, do końca rozgrywki pozostają względnie odrębne, serwując nam różne wyzwania i problemy. Carnby, jak to facet, lubi postrzelać i pokozaczyć, dlatego też jego przygoda przesiąknięta jest zapachem prochu i trudniejszych pojedynków, z kolei niewiasta stawia na rozum, więc rezolutny los rzuca jej pod nogi wyzwania intelektualne i w tym przypadku dominują elementy logiczne.
Wprowadzony podział jest pomysłem ciekawym, choć jawnie zerżniętym z wydanej kilka lat wcześniej drugiej odsłony Residenta. Gdy się przyjrzeć bliżej, schematy okazują się zaskakująco podobne. Kobieta i facet w głównej roli, którzy zostają rozdzieleni już na początku, a także ta sama historia i różne ścieżki prowadzące do szczęśliwego finału. Podobieństwa nie kończą się zresztą w tym miejscu. Okres pomiędzy wydaniem trzeciej i czwartej części Alone'a był dla Carnby'ego czasem letargu, ale konkurencja nie spała i podarowany czas wykorzystała dość skrupulatnie, definiując na nowo gatunek survivali. Po niewiarygodnym sukcesie capcomowskiej serii nagle wszystkie produkcje tego pokroju zaczęły dziwnie przypominać Residenta, przynajmniej w temacie mechanizmów rozgrywki. Podobnie ma się rzecz z AitD4. Mamy tu ten sam system ekwipunku, zapisu gry czy model poruszania się w ustawionym na sztywno środowisku.
Pod względem technicznym trudno się do produkcji DarkWorks przyczepić. Świat po drugiej stronie to połączenie prerenderowanych teł i trójwymiarowych modeli postaci, więc rozwiązania dość archaicznego, ale idealnie wpisującego się w kanon. Na tle ówczesnej konkurencji AitD4 wypadał nieźle; najbliższe otoczenie cieszy oko przywiązaniem do detali i szczegółów (zwłaszcza w pomieszczeniach zamkniętych), a gra świateł i cieni prezentuje się wręcz kapitalnie (a raczej prezentowała się w momencie premiery, choć i dziś nie można jej wiele zarzucić).
Gra kuleje jednak na innej płaszczyźnie. Płaszczyźnie być może najistotniejszej, przynajmniej w omawianym gatunku. Mowa o strachu, o grozie, o klimacie leniwie sączącym się z ekranu monitora. Klimat jest tu bowiem ledwie wyczuwalny, a grozy tyle, co kot napłakał. Napotkane monstra nie szokują, walka jest średnio emocjonująca, brakuje tu również chwytliwych momentów zaskoczenia, które wysadziłyby nas z fotela. Owszem, rozgrywka jest sensownie skonstruowana, a dwie alternatywne kampanie cieszą, ale brak elektryzujących składników, o których wspomniałem powyżej, sprawia, że po jednokrotnym ukończeniu scenariusza nie mamy większej ochoty, by na Wyspę Cieni kiedykolwiek powrócić.
recenzja dodana przez:
E. Siekiera
który uważa że gra ma takie plusy i minusy
+ niezła grafika, świetne cienie
+ 2 bohaterów, 2 kampanie
+ odświeżona stylistyka serii
− nie straszy, nie przeraża
− za bardzo zapatrzona w kierunku Residenta

