Star Wars: The Force Unleashed - Ultimate Sith Edition (PC)
Premiera Świat - 6 listopad 2009 Premiera Polska - 4 grudzień 2009
Ocena użytkowników: dobra
3 osób chce zagrać w tą grę
miejsce w rankingu: n.a.
Deweloper: Aspyr Media Dystrybutor: Licomp Empik Multimedia Wydawca: LucasArts
Gatunek: RPG, Akcja/Arcade Podgatunek: Strzelanka Cechy gry: Wolna kamera, TPP
Tematyka: Science-Fiction,
Game market
zgłoś tę grę
Na tę platformę mamy: 20 screenów, 10 video, 1 recenzji, 32 newsów,
Zabawy z grawitacją
[ + dodaj własną recenzję ] Recenzja dodana przez
E. Siekiera
Eugeniusz Siekiera
Moc. Moc nakręca grywalność, jest motorem napędowym i siłą, która przyciąga do monitora. Sam fechtunek i szatkowanie przeciwników daleko ciekawiej przedstawione było w wiekowej serii Jedi Knight. Konstrukcyjnie i fabularnie również produkty Ravena, choć nie pierwszej młodości, zdołały wyprzedzić najnowszą konkurencję. Jednak czasy mamy inne, inne też są możliwości. Tam, gdzie projektanci poziomów i scenarzyści zawodzą, nadrabiają bajery technologiczne.
Moc jest w tej grze wyjątkowo silna, a to za sprawą fizyki. Poziom tutorialowy, w którym przychodzi nam się wcielić w samego Dartha Vadera, doskonale uzmysławia, z czym mamy do czynienia. Pierwsze użycie Force Push roznosi monstrualne wrota w drzazgi. Przeciwnicy, fragmenty drzew i pomniejsze głazy, słowem wszystko, co nie jest zbyt ciężkie, wzbija się w powietrze i lata po całej mapie jak szalone, wystawiając środkowy palec w kierunku grawitacji. Przy pierwszym zetknięciu z programem jest to na tyle efektowne, że nawet nie zwracamy uwagi na nieistniejącą SI czy tunelową budowę poziomów. To nic, skoro można z pomocą kilku przycisków rozstawić wszystkich po kątach i pokazać, kto rządzi na dzielnicy. Warto jednak ostudzić emocje i odpowiedzieć sobie na pytanie, czy The Force Unleashed ma coś więcej do pokazania i czy na premierę wersji pecetowej warto było ostrzyć sobie zęby.
Każdy zainteresowany doskonale wie, o czym recenzowany tytuł traktuje, tym niemniej dla porządku nadmienić należy, że w najnowszej megaprodukcji LucasArts wcielamy się w Starkillera, sekretnego ucznia Lorda Vadera, zaś historycznie fabuła osadzona jest pomiędzy starą a nową trylogią. Nadarza się zatem okazja, by dla odmiany stanąć po drugiej stronie barykady, zasmakować w Ciemnej Stronie Mocy i przerobić kilku rycerzy Jedi na kotlety.
Pora jednak wrócić do najważniejszego pytania - czy gra jest warta grzechu, bądź przynajmniej wyrwania z życiorysu kilku godzin? Cóż, uważam, że zaszkodził jej przede wszystkim olbrzymi hype, jaki towarzyszył przed premierą edycji konsolowych. Jakiej grafiki to nie ujrzymy, jakiego silnika fizycznego to nie użyto. Emocje i oczekiwania podkręcały dodatkowo brednie, jakoby poczciwe pecety nie były w stanie udźwignąć tego cudu natury, co rzekomo stało się głównym przyczynkiem do opóźnienia premiery o cały rok. I co? I nic. Grę rozhulałem na dwuletnim sprzęcie i choć wymagania faktycznie są spore, z płynnością nie było problemu nawet w momencie największych zadym. Nie chodzi jednak w marketingowy bełkot, ale prosty fakt, że The Force Unleashed naprawdę nie jest żadnym ósmym cudem świata. To prymitywna, choć przy tym dość dynamiczna i efekciarska, siekanina, w której dominująca rola przypadła silnikom fizycznym. To one dają tu największy popis.
Liczba mnoga nie została użyta przypadkowo, bowiem za prawidłowe odwzorowanie prawa powszechnego ciążenia i wszelkich niuansów z tym związanych odpowiadają aż trzy odmienne narzędzia. Brzmi srogo, ale doprawdy nie ma się czym podniecać. Na pierwszy ogień weźmy doskonale znanego Havoka, który zajmuje się większością obiektów. Euphoria, goszcząca w GTA IV, odpowiada z kolei za zachowania ciał i ich prawidłową interakcję w świecie gry. Ostatni, najmniej znany DMM bierze na barki elementy otoczenia, na które w ten czy inny sposób możemy oddziaływać poprzez odkształcanie, zakrzywianie, łamanie etc. Trzeba przyznać, że całkiem sensownie to wszystko ze sobą współgra, choć nie brakuje sytuacji, w których ciało wroga (bądź nasze własne) zachowuje się jak szmaciana lalka i po przyjęciu trafienia szoruje po powierzchni kilkanaście metrów niczym hokejowy krążek po lodowej tafli.
Naszym podstawowym narzędziem pracy jest naturalnie miecz świetlny. Irytować mogą pewne uproszczenia, jak niemożność krojenia przeciwników na cieniutkie plastry (gra jest trochę za bardzo ugrzeczniona, zapewne w celu załapania się na niższy próg wiekowy) czy fakt, że nasza broń zadaje określone punkty obrażeń, miast zabijać po jednym ciosie. Masz więc wrażenie, że zamiast wymachiwać mieczem świetlnym, okładasz wroga cepem. Sam system walki również nie należy do szczególnie wymyślnych, tu jednak z pomocą przychodzi Moc. Dzięki zaawansowanej fizyce proste pchnięcia, podnoszenie przedmiotów bądź przeciwników i rzucanie nimi dają masę frajdy, a z czasem do puli możliwości dochodzą dodatkowe atrakcje. Generalnie już od samego początku mamy świadomość kierowania poczynaniami potężnej postaci. Starkiller to kawał silnego sukinsyna. Przesadnie silnego, ale dzięki temu możemy wyczyniać prawdziwe cuda, a walka przeciwko dużej liczbie przeciwników jednocześnie okazuje się chlebem powszednim. Oczywiście, z czasem rośnie poziom trudności, tu jednak naprzeciw wychodzi prosty system rozwoju, dzięki któremu wraz z rozwojem scenariusza i zdobywaniem kolejnych poziomów doświadczenia możemy wykupić nowe combosy bądź podciągnąć statystyki postaci. Nie ma tego przesadnie dużo, ale w banalny i przejrzysty szkielet rozgrywki wpisuje się idealnie.
Tyle teorii. Zabawa pomimo pewnej wtórności jest całkiem przyjemna, choć czasem gra potrafi napsuć krwi. Ot, chociażby fragment związany ze ściąganiem z orbity Gwiezdnego Niszczyciela. Za powyższy pomysł należą się gromkie brawa i sto batów na gołe plecy. Z jednej strony motyw jest niezwykle widowiskowy, ale towarzysząca mu minigierka należy do jednych z najbardziej upierdliwych w długiej historii gier video. Być może na padzie sprawdza się to lepiej (ba, jestem o tym przekonany), ale na klawiaturze wszystko rozwleka się niepotrzebnie w czasie, wkurza i frustruje. Kiedy w końcu udało mi się ściągnąć bydle na ziemię, autentycznie miałem ochotę zapalić papierosa. Byłem wycieńczony, jakby mi kto kazał wagon węgla rozładować. A będąc w temacie - zaliczenie scenariusza z pomocą klawiatury i myszy jest co prawda możliwe, ale momentami morderczo frustrujące. Gra pisana była z myślą o konsolowych kontrolerach i na nich sprawdza się zdecydowanie najlepiej. Inną, nie mniej irytującą bolączką jest kamera. Zazwyczaj trzyma się grzecznie naszych pleców, gdy jednak przejmuje inicjatywę (np. podczas walk z bossami), gubi się jak dziecko we mgle. Nie wiem, kto wpadł na ten genialny pomysł, by walki z najtrudniejszymi przeciwnikami komplikować dodatkowo dziadowskim ustawieniem kamery, ale brawo dla tego pana. Spierniczył robotę koncertowo.
Grafika jest dość nierówna. Owszem, silnik ma potencjał, co w kilku miejscach skwapliwie wykorzystano, ale obok wizualnych perełek trafiają się również etapy rażące schematyzmem, monotonią i słabszymi teksturami. Wszystkie też, bez względu, czy mowa o zamkniętych pomieszczeniach, czy otwartych plenerach, są hermetycznymi kiszkami. Poziomy mają budowę tunelową i nie sposób zboczyć z wytyczonego szlaku, choć konstrukcja niektórych leveli zdaje się sugerować co innego. Plusem jest z pewnością różnorodność tematyczna odwiedzanych miejscówek. Nawet jeśli zawitamy na daną planetę po raz kolejny, śmigamy w zupełnie innych lokacjach, więc wrażenie déjà vu nam nie grozi.
Najbardziej w tym wszystkim zastanawia, co tu zajmuje aż tyle miejsca. Nieco ponad 25 gigabajtów na kilkugodzinną kampanię? Miejcie litość. Owszem, sporo tu długich, momentami przegadanych przerywników w wysokiej rozdzielczości, te jednak nie stanowią nawet połowy objętości gry. Złośliwcy twierdzą, że 5 giga przypada na sam program, resztę zajmuje emulator PS3, przez co gra momentami chodzi jak chodzi (i wygląda jak wygląda). Pal licho jednak tajemnice zagospodarowanego miejsca, wszak w dobie terabajtowych dysków nie jest to jakiś szczególnie uciążliwy problem.
Dodatkowy podtytuł jasno sugeruje, że względem edycji premierowych otrzymujemy wydanie wzbogacone. Cóż się nań składa? Trzy dodatkowe, stosunkowo krótkie epizody. Niestety, czuć dość wyraźnie różnicę pomiędzy nimi a podstawową kampanią fabularną. Mapy sprawiają wrażenie stworzonych na chybcika, nie zaskakują ilością detali, rażą za to rozmaitymi babolami w rodzaju znikających bądź zbyt późno doczytujących się tekstur. W podstawowym scenariuszu podobnych anomalii nie uświadczyłem. Tym niemniej i te trzy bonusowe rozdziały z pewnością będą gratką dla każdego miłośnika Gwiezdnych Wojen. W końcu nie co dzień trafia się okazja skopać zadek Skywalkerowi. Tak jak nie co dzień mamy sposobność, by stanąć po Ciemnej Stronie Mocy. Jak dla mnie strawna rzeź, ale rzeź na raz. A w związku z powyższym nie do końca warta kasy, jaką zażyczył sobie wydawca.
recenzja dodana przez:
E. Siekiera
który uważa że gra ma takie plusy i minusy
+ fizyka
+ niektóre miejscówki dają radę
+ sporo radosnej młócki
+ Moc
+ muzyka
− idiotyczna praca kamery podczas starć z bossami
− nierówna oprawa
− liniowe etapy
− momentami frustrująca


eeeee przesada Nozie to tylko gra, a CW to tylko bajka. Poza tym nigdy się tak dobrze nie bawiłem rzucając ludźmi na lewo i prawo :P .
Za reckę Graj, ale G. Lucasowi należy się porządny kop w zad za to, że pozwolił komuś w historię tego zacnego uniwersum wprowadzić kogoś tak potężnego jak Starkiller.
To juz drugie przewinienie Lucas'a (pierwszym było danie Anakinowi Skywalkerowi padawanki w tym serialu o Wojnach Klonów, co to leci na jakims Jetixi'e czy cuś) - przecież to już zupełnie sie nie zgadza się z tym, co przekazuje nam treśc filmu.
Możecie mi wyjaśnić, dlaczego wszyscy, do cholery, czepiają się tej kamery?!?! Dlaczego mi jakoś NIGDY nie sprawiła problemu? Ja rozumiem, że podczas walk z bossami jakiekolwiek sensowne użycie mocy graniczy z cudem, ale halo! to jest zręcznościówka, slasher, a taka kamera jest trudnością, którą należy pokonać, a nie za wszelką cenę wytykać palcem.
Bzdura też, jeżeli chodzi i wypisane wady. Nierówna oprawa... może. Frustrująca? Raz, czy dwa razy, i to nie bardziej niż Mirror's Edge czy Prince of Persia 2008. Ale liniowe etapy? Rany, człowieku, znowu jak wyżej. To jest slasher. Masz przeć przed siebie i młócić co ci wejdzie pod miecz świetlny, i najważniejsze, żeby ci się to nie znudziło, a nie żebyś musiał latać w lewo i w prawo z nadzieją, że może tu znajdę tego bossa, albo tu wreszcie zobaczę zakładnika, którego miałem uwolnić.
Ale samą recenzję czytało się bardzo przyjemnie, i ze zdecydowaną większością się subiektywnie zgadzam, wobec czego GRAJ.
Na PC może faktycznie jest słabo, ze względu na wymagania i 25 giga na dysku, ale już na Xboxie 360 gra się w nią zajebiście. Odkąd ją mam (prawie 2 lata) to przynajmniej raz w tygodniu sobie ją odpalę. TFU FTW!!!
Sory chodziło mi o to, że gra ma nie małe wymagania na pc, jak to bywa przenoszenie z konsoli na pc często wychodzi kiepsko, oczywiście są wyjątki.
@DeadPoison - Czasami bardzo trudno zrozumieć co piszesz. :P
gra jest super, ale nie na pc o ile nie masz sprzęt bardzo dobry
A widzieliście wymagania sprzętowe podane na pudełku? ;) Sprzęt rodem z NASA.
Farce Unleashed: Ultimate Shit Edition. Najpierw ściemniali, dlaczego nie będzie (prawda: bo im się nie chciało), a jak się im zachciało, to wydali z dużym opóźnieniem zrobiony na odwal się port. Phy.
@maciekBWR - wiedziałem, że będzie bronił Force Unleashed, po prostu wiedziałem ;]
@maciekBWR Ta gra jest do du...
A dla mnie ta gra jest idealna i jak ktoś powie inaczej to skopię wam trawnik!
Świetny tekst. :] Jak grałem w wersję na X360, miałem mniej więcej takie uwagi, jak te, które opisałeś w swojej recenzji. Wyżej 7/10 nie skoczy.