Gaminator. Gry online.

graj lub zgiń
Szukaj

Jesteś tutaj pierwszy raz. Bardzo nam miło. Zarejestruj się, aby zyskać dostęp do największej bazy video o grach, możliwości wrzucania swoich treści, a także do systemu podpowiadania gier – Game Connect.

Logowanie

Zamknij Wyślij uwagę
 

Lost: Zagubieni (PC)

Lubię to! 4

Premiera Świat - 26 luty 2008

Ocena użytkowników: średnia

3 osób chce zagrać w tą grę

miejsce w rankingu: n.a.

 

 

Gatunek: Akcja/Arcade, Przygoda Cechy gry: TPP

Rozgrywka: Singleplayer

Moja ocena: 1 2 3 4 5

 

grasz?
close

Game market

zgłoś tę grę

Na tę platformę mamy: 83 screenów, 7 video, 3 recenzji, 2 newsów,

Jedna z Nich

[ zobacz inne recenzje 3 ]
Najlepsza recenzja dodana przez Woland Woland
Po pierwsze - nie mówcie mi, czego nie mogę zrobić. Otóż mogę totalnie zmiażdżyć grę na podstawie popularnego serialu i to po tym, jak napisałem do niej entuzjastyczną zapowiedź. Po drugie, nie mylcie zbiegu okoliczności z przeznaczeniem - ta gra musiała trafić akurat do mnie.

W mieście jest nowy szeryf!


Przede wszystkim, nie wejdziemy w skórę żadnego ze znanych rozbitków (choćby nawet Nikki i Paulo) - bohaterem Via Domus jest ochoczo eksponujący swoją włochatą klatę delikwent z amnezją, jak się potem dowiadujemy - fotoreporter Elliott Maslow. Gość jest tak sympatyczny i złożony ("I'm a complex guy, baby"), że przez całą resztę tej recenzji chyba nie będę nazywał go inaczej jak "Iddiott Tooslow". Przede wszystkim, kolega Iddiott jest niemal kompletnym niemową, chociaż do każdego z rozbitków zawsze startuje z tymi samymi tekstami, a ma ich liczbę z kategorii "niższych dwucyfrowych" (jakieś dwadzieścia, może trochę więcej) - jak już przemawia, to wielkie święto i pora na cutscenkę. Ale dajmy mu na razie spokój i zajmijmy się lepszymi rzeczami. Na ten przykład - grafiką.

Przyszedłem po ciebie, John. Jesteś jednym z dobrych ludzi.


Grafika, w większości przynajmniej, jest całkiem niezła - krajobrazy wyglądają naprawdę świetnie, wystarczy rzucić okiem na screen z kadłubem samolotu. Dżungla, szczególnie we mgle, prezentuje się imponująco, obozowi na plaży też nie można niczego zarzucić. Jednak, żeby tak różowo nie było, problemy zaczynają się przy postaciach.

Możemy je podzielić na cztery kategorie: dopracowane - jak Elliott, Lisa, Locke, Ben, Świńskie Oczka czy Savo, zrobione poprawnie, najwyżej z małymi błędami - do tej grupy należy większość rozbitków - Jack, Kate, Sawyer, Hurley czy Sayid (dwaj ostatni mają tylko kiepsko wymodelowane fryzury), zrobione na odwal się (Claire) i totalnie skopane - albo zupełnie do siebie niepodobne (Desmond, który nie dość, że wygląda, jak wygląda, to jeszcze ma oczy zupełnie innego koloru niż w serialu, oraz Mittelwerk, który na zdjęciach wygląda kompletnie inaczej niż w grze), albo dziwacznie zdeformowane i fatalnie oteksturowane (Jin, Tom bez brody). Nawet jeśli chodziło o "statystów" pojawiających się tylko w jednej scenie, zrobione na odwal się modele wołają o pomstę do nieba.

Jest też, rzecz jasna, Cerberus, czyli czarny dym wydający z siebie odgłosy drukarki igłowej. Akurat ten wygląda i zachowuje się tak jak w serialu, chociaż będziemy mieli z nim do czynienia chyba dwa albo trzy razy. Oczywiście, nie obędzie się bez przerabianej w serialu scenki "twarzą w twarz", kiedy to bohater patrzy w otchłań (czyt. Cerberusa), a otchłań na niego - chociaż i tak psuje ją arcyidiotyczna mina naszego bohatera.

You all everybody...


Muzyka jest również niezła - zresztą nie dziwota, wzięto motywy z serialu, a do skomponowania nowych ściągnięto Michaela Giacchino, tak więc nic nie odstaje. Co do głosów postaci - no, tu jest już sporo słabiej. Pisałem, że Sayid ma skopany głos? Wycofuję to. Sayid jest jeszcze względnie OK. Najbardziej rozdrażnił mnie Sawyer, który brzmi tak jakoś... niezbyt sawyerowato. Po prostu kazano jakiemuś biednemu delikwentowi odczytywać teksty Sawyera z teksańskim akcentem, przez co prawdopodobnie będziemy unikać kontaktów z tym gościem dopóki nie zajdzie potrzeba wybrania się na zakupy. Nawet Locke, profesorskim tonem prawiący komunały i od niechcenia rzucający serialowymi bon motami, mniej drażni.

Promowanie gry tekstami o "występujących" w niej aktorach jest dęte i to przez duże D. Faktycznie, wystąpił i Michael Emerson, i M.C. Gainey, i nawet Henry Ian Cusick, ale co z tego, jak wszyscy mają w grze niewiele do powiedzenia - jakieś trzy do ośmiu kwestii na łeb. Całą resztę, z mniejszym lub większym powodzeniem, nagrali imitatorzy.

...i wszyscy wiemy, co się dzieje z odtwórcami gościnnych ról


Wróćmy jednak do Iddiotta i przyczyny, dla której spadł razem z samolotem na wyspę i uderzył się w łeb. Jak na samym początku zauważymy, ściga go delikwent o ksywce "Świńskie Oczka", próbujący wydusić z biednego gamonia, gdzie ów posiał swój aparat fotograficzny. W rzeczonym aparacie znajduje się bowiem zdjęcie obciążające pewnego pana kumplującego się z nowym szefem Fundacji Hanso - jednak jeżeli akurat nie mieszkamy w USA i nie braliśmy udziału w zorganizowanej przeszło dwa lata temu "alternate reality game" pod tytułem "The LOST Experience", to za chińskiego i koreańskiego boga na raz nie skumamy, o co w tym całym cyrku chodzi. Cała historyjka jest zresztą niskich lotów i można by ją było spisać na paru serwetkach. Oprócz tego, w pięciu odcinkach z jakże imponującej całości siedmiu, Iddiott na koniec obrywa od kogoś w łeb. Albo Świńskie Oczka nadepnie mu na gębę, albo Mr Friendly grzmotnie go pałą w potylicę, albo Sayid nakładzie mu po mordzie. Chyba ktoś się "Eragona" naczytał.

Macie trzy minuty.


Wyjaśniłem już pokrótce "co", teraz więc możemy się skupić na "jak". Przede wszystkim - krótko. I nudno. Rozwalenie całej gry, od początku do końca, zajęło mi około sześciu godzin, co uważam za ponury żart i absolutną kpinę. Przez te sześć godzin musiałem dylać po kilku ciasnych planszach składających się na dżunglę, od czasu do czasu wdawać się w przygłupie, krótkie dialogi z gwiazdami serialu, zbierać jakieś bzdety w stylu kokosów i butelek z wodą w celu przehandlowania ich za pochodnie tudzież lampę naftową oraz robić zdjęcia. To ostatnie, wbrew pozorom, nie ma zupełnie nic wspólnego ani z Dead Rising, ani z Bioshockiem. Po prostu musimy wcelować, idealnie, bez jakiegokolwiek marginesu błędu, w różnorakie graty podobno ważne dla fabuły. Część z nich będziemy musieli sfotografować we flashbackach - ot, obraz robi się czarno-biały, nam przed oczami latają kawałki porwanego zdjęcia, a potem musimy strzelić wierną kopię. Wyzwanie mogą też stanowić układanki z bezpiecznikami - o ile dwie-trzy pierwsze rozwalimy z marszu, przy późniejszych trzeba trochę pokombinować. Co do strzelania, to nie ma go prawie wcale - pistoletu musimy użyć raptem trzy razy w ciągu całej gry, plus jeszcze jakieś trzy razy opcjonalnie. Przy okazji jeszcze trzy razy skorzystamy z komputerów, wypełniając proste testy na inteligencję, i dwa razy będziemy biec przez przeszkody.

I wszystko byłoby fajnie, gdyby Iddiott podczas szlajania się po wyspie nie klinował się na byle pierdołach. Facet potrafi utknąć w średniej wielkości drzwiach, na liściach jakiegoś tropikalnego krzaka i skrzydle samolotu sięgającym mu do pół łydki. Co do tego ostatniego, wystarczy przejść półtora metra w lewo i - o cudzie! - Iddiott bez problemu maszeruje po żelastwie. Po cóż w tej grze system fizyki Ageia PhysX - bladego pojęcia nie mam. U mnie najwyraźniej nie działał.

Myliłem się!


Co do zapowiedzi - prawie nic, co w niej napisałem, nie okazało się prawdą. Doktora Candle'a nie uświadczymy w grze nawet na sekundę, informacji o Dharmie czy wyspie w ogóle nie znajdziemy (ponad to, co znamy z serialu, rzecz jasna), a "przekonywanie do siebie innych rozbitków" przybrało postać kliknięcia jednej, najbardziej oczywistej kwestii w żałośnie krótkich dialogach. Rozpędzanie się? Wspinanie? Dziennik Magnusa Hanso? Walka wręcz? Nic z tego. Nawet obiecane "easter eggs" okazały się irytującymi zbukami, a sekrety do odblokowania składają się tylko i wyłącznie z dziadowskich concept artów, z których i tak 3/4 ujawniono przed premierą.

Wcale nie jesteśmy kwita, Zeke.


Po raz kolejny mamy okazję uświadczyć "przebój" kalibru VtM: Bloodlines. Owszem, Lost: Via Domus może i wygląda ładnie (miejscami), ale jest krótki, nudny i ma dość konkretne problemy z grywalnością. Już pominę głupie błędy w tłumaczeniu (słowo "shells", występujące jeden jedyny raz w całej grze, zamiast "muszle" przetłumaczono jako "łuski", takich kwiutków jest zresztą więcej) i przeokrutnie debilne zakończenie (napisane ponoć przez duet Cuse i Lindelof - czy ten serial AŻ TAK schodzi na psy?!) całej tej nieciekawej i niewyraźnej historyjki. Chcecie pobiegać po dżungli - polecam Crysisa. Chcecie odkryć tajemnicę opuszczonej placówki naukowej, ukrytej przed nieproszonymi gośćmi - polecam Bioshocka. Lubicie "Zagubionych" - polecam serial. Gry nie polecam nijak. To "Jedna z Nich" - kiepskich, krótkich tandet, wypchniętych na fali popularności filmu czy serialu.

Podobała Ci się recenzja? Jeśli tak kliknij "graj"

recenzja dodana przez: Woland Woland który uważa że gra ma takie plusy i minusy

+ Plusy

+  No, dżungla ładnie wygląda...
+ Muzyka z serialu

Minusy

  Marna grywalność
 Problemy z poruszaniem
 Fabuła
 Zakończenie
 Głos Sawyera
 Wygląd Desmonda

dlatego Woland
ocenia tę grę na:

5

Grafika 70%

Dźwięk 70%

Gameplay 40%

Ocena wszystkich
recenzentów

6.7

Grafika 80%

Dźwięk 83%

Gameplay 60%

[ + dodaj screen ]

Woland: Ukryta klatka z trailera... Cieeeekawie się robi. (PC)

Woland: A mi nikt nie pomógł zejść z drzewa... (PC)

Woland: Jaka piękna katastrofa... (PC)

Woland: Obóz na plaży (PC)

Przejmij panowanie nad grą

Teraz

Użytkownicy, którzy lubią tę grę:

Gaminator.tv

Projekt dofinansowany ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka