Gaminator. Gry online.

graj lub zgiń
Szukaj

Jesteś tutaj pierwszy raz. Bardzo nam miło. Zarejestruj się, aby zyskać dostęp do największej bazy video o grach, możliwości wrzucania swoich treści, a także do systemu podpowiadania gier – Game Connect.

Logowanie

Zamknij Wyślij uwagę
 

Saints Row 2 (PC)

Lubię to! 13

Premiera Świat - 4 kwartał 2008

Ocena użytkowników: dobra

4 osób chce zagrać w tą grę

miejsce w rankingu: n.a.

 

 

Gatunek: Akcja/Arcade Podgatunek: Strzelanka Cechy gry: TPP

Moja ocena: 1 2 3 4 5

 

grasz?
close

Game market

zgłoś tę grę

Na tę platformę mamy: 57 screenów, 11 video, 2 recenzji, 15 newsów,

Bal wszystkich Świętych

[ zobacz inne recenzje 2 ]
Najlepsza recenzja dodana przez E. Siekiera E. Siekiera
Decyzja o wydaniu pecetowej edycji Saints Row 2 tuż po najgorętszej premierze sezonu wbrew pozorom nie jest tak głupia, jak może się to na pierwszy rzut oka wydawać. Ekipa Volition od samego początku miała świadomość, jaki tytuł tworzą. Wystarczy na kilka godzin zanurzyć się w zdeprawowanym świecie gangów ze Stilwater, by nabrać przekonania, że nie mamy do czynienia z konkurencją dla GTA IV, a jej swoistą alternatywą.

Eugeniusz Siekiera

Niektórzy są zdania, że oto przed nami osobliwa parodia arcydzieła Rockstara. To dość krzywdzące twierdzenie, bowiem Saints Row 2 świetnie broni się i bez takich etykiet. Postrzegając ją w kategoriach alternatywy dla wiadomej produkcji, mam na myśli dwie kwestie. Po pierwsze, jest to tytuł, który idealnie nadaje się na deser tuż po ukończeniu przygody Niko Bellica. Jednak przede wszystkim jest doskonałą pozycją dla tych graczy, których w ostatnim GTA raziła rezygnacja z luzu, nieskrępowanej zabawy i rubasznego, ciętego humoru na rzecz realizmu, dojrzałej historii i głęboko zarysowanych sylwetek postaci. Patrząc tylko i wyłącznie przez takowy pryzmat, Saints Row 2 jest czymś kompletnie odmiennym.

Stwórz swego sobowtóra


Już pierwsze kroki w tym brutalnym świecie uświadamiają nam dwie rzeczy - możliwości i dodatkowych bajerów mamy tu bez liku, ale w ostateczności esencją rozgrywki i tak jest bezpardonowa rzeź. Nim w ogóle zanurzymy łokcie we krwi Bogu ducha winnych klawiszy (seans rozpoczyna się epicką ucieczką z pierdla, gdy po kilku latach budzimy się ze śpiączki), trzeba wpierw wymodelować sobie naszego pupila. Jeśli myśleliście, że Oblivion oferował spore pole manewru w zakresie rzeźbienia twarzy, powinniście zobaczyć etap kreacji w SR2. Niezliczona ilość suwaków daje nam praktycznie niczym nieograniczony wpływ na to, jak ostatecznie wyglądać będzie nasza postać. Nic nie stoi na przeszkodzie, by przy odrobinie samozaparcia wykreować wirtualnego odpowiednika nas samych. Rzecz niezwykle kusząca, ale szybko zrezygnowałem z tego pomysłu. Jako że wcielamy się z pozbawionego skrupuł zbira, postawiłem na wizerunek tępawego mięśniaka, który samym spojrzeniem jest w stanie kruszyć mury.

Dodać również należy, że kształtowanie modelu z początku przygody zakresu naszych możliwości nie wyczerpuje. W trakcie rozgrywki mamy dostęp do jubilerów, salonów tatuaży i chirurga plastycznego, który za drobną opłatą wymodeluje nam facjatę wedle upodobań, a nawet - w razie wewnętrznej i niepohamowanej potrzeby - w ułamku sekundy przerobi nas na zgrabną kobitkę. Boże, błogosław Amerykę i umiejętności współczesnych chirurgów!

Skoro już przy możliwościach dodatkowych jesteśmy, z konieczności trzeba wspomnieć o sieci sklepów, którymi gęsto są usiane ulice Stilwater. W niektórych można zaopatrzyć się w żarcie, alkohol (a nawet prochy), z salonu samochodowego wyjechać lansiarską furą, u mechanika dorobić bajeranckie spoilery, w sklepie z bronią uzupełnić zapasy amunicji, a w sklepie z ciuchami dobrać skrojone na miarę wdzianko. Szerokie spektrum możliwości doskonale odzwierciedla ostatnia z wymienionych miejscówek, bowiem nawet najzwyklejszego t-shirta można dowolnie przerobić (kolor, logo i tym podobne detale), by odpowiadał naszym indywidualnym gustom.

Betonowa dżungla


To oczywiście klasyczna kosmetyka, która jest ciekawym i umilającym zabawę dodatkiem. Pora jednak przejść do rozgrywki właściwej. Kampanię podzielono na misje prologu, które są swoistym wprowadzeniem w świat gry, oraz questy związane z poszczególnymi gangami. Ulicami miasta rządzą trzy organizacje, zaś na samym szczycie drabiny stoi potężna korporacja Ultor, z którą przyjdzie nam się rozliczyć pod koniec przygody. Nim jednak to nastąpi, czeka nas kilkanaście godzin totalnej demolki i systematyczne przejmowanie władzy na kolejnych obszarach. Całe miasto podzielono na kilkadziesiąt fragmentów, zaś każdy szczęśliwie ukończony quest daje nam kontrolę nad następną okolicą. Czasem wrogi gang próbuje odbić swój teren i z grubsza przypomina to wojny z San Andreas, ale tutaj na szczęście przedstawiono to w znacznie krótszej i mniej upierdliwej formie. Oprócz klasycznych misji (choć ciekawych motywów nie brakuje, praktycznie wszystkie kończą się masową rzezią i bezkompromisową rozwałką), mamy też tak zwane fortece, a więc miejscówki gęsto obsadzone przez mięso armatnie. Przejęcie fortecy polega oczywiście na wycięciu wszystkich w pień, a w ramach premii - rozwaleniu jakiejś łodzi czy śmigłowca.

Z kim zaś konkretnie walczymy? Mamy Bractwo, przerośniętych wytatuowanych bydlaków wożących się w masywnych terenówkach, Synów Samedi, czyli bandę wyluzowanych ziomków, którzy największe profity czerpią z handlu prochami; mamy wreszcie Roninów, a więc lokalny odpowiednik Yakuzy. Preferują szybkie i zwinne motory, a - obok pistoletu maszynowego - ich ulubioną zabawką okazuje się katana, z którą nigdy się nie rozstają.

Każdy wątek to odrębna opowieść, które z uwagi na zróżnicowanie poszczególnych gangów nie zazębiają się w żaden konkretny sposób i, przede wszystkim, nie nudzą. Tu z konieczności wspomnieć trzeba o cut-scenkach i fabule. Rzecz jasna, i w jednym, i drugim przypadku daleko do poziomu GTA IV, ale i tak wyszło to chłopakom z Volition nad wyraz zgrabnie. Z uwagi na trywialne zadania i ogólną karykaturalność przedstawionej historii, byłem autentycznie zaskoczony, że zaprezentowana opowieść tak bardzo mnie wciągnęła. Co więcej, przesiąknięte burackim humorem przerywniki filmowe potrafią od czasu do czasu sprzedać solidnego kopa w zęby i zaserwować jakąś mocną, wpadającą w pamięć scenę. Brawa należą się również za montaż i dynamikę wyżej wspomnianych. Wszystko to sprawia, że ogląda się je z zaangażowaniem jak dobre rasowe kino akcji.

Szacunek to rzecz święta


Trzy główne wątki fabularne możemy rzecz jasna rozgrywać w dowolnej kolejności. Warunek jest tylko jeden - odpowiednia ilość szacunku, zwanego przez ziomali ze Stilwater "szacunem". Nabijanie wskaźnika respektu to rzecz absolutnie niezbędna, jeśli chcemy dotrwać do napisów końcowych. Aktywacja questa skutkuje zbiciem puli posiadanego szacunku, trzeba więc dbać o to, by nigdy go nie zabrakło. W sukurs naszym potrzebom przychodzą tak zwane akcje - kolejna wizytówka Saints Row 2, a zarazem jeden z najbardziej rozbudowanych elementów tej produkcji.

Akcje są najróżniejsze, od klasycznych wyścigów, czy zawodów przypominających Destruction Derby, aż po brutalne walki na ringu, zabójstwa na zlecenie czy dostarczanie do dziupli konkretnych fur. Nuda? Może tak, ale to dopiero wierzchołek góry lodowej. Z pewnością każdy już słyszał o zemście szambiarza, polegającej na wylewaniu ekskrementów na budynki i ludzi. Równie szalone jest rzucanie się pod samochody w celu wyłudzania odszkodowań, praca w charakterze ochroniarza gwiazdy, polegająca na pozbywaniu się namolnych fanów, czy wzięcie udziału w programie "Gliny", dzięki któremu możemy paradować w stroju gliniarza i kroić na plasterki rozmaitych pechowców, rzecz jasna w blasku jupiterów i na oczach rozanielonej publiczności. Wymienione przykłady nie wyczerpują chorej wyobraźni twórców. Poszczególnych atrakcji mamy od zatrzęsienia i, mimo pewnej schematyczności, trudno narzekać na brak wyboru.

Niemałe znaczenie mają również czynniki ekonomiczne. Sposobów, by upłynniać zarobioną kasę nie brakuje. Jedną z nich są nieruchomości. Można zainwestować w przyzwoity apartament w drogiej dzielnicy, następnie wstawić tam plazmowy telewizor, jacuzzi i stylowe meble. Każda miejscówka to automatycznie bezpośredni dostęp do posiadanych pojazdów, schowka z bronią, szafy z ciuchami i przede wszystkim sejfu, do którego systematycznie napływa forsa zarówno z kontrolowanych dzielnic, jak i posiadanych sklepów.

To kolejna ciekawostka - oprócz samych mieszkań, w zasięgu naszego portfela znajduje się również całe multum sklepów. Dzięki zainwestowaniu w takowy otrzymujemy zniżkę na dane produkty i niewielki, acz stały dochód. W miarę rozwoju fabuły odblokowujemy również szereg usprawnień. Niektóre mają marginalne znaczenie (np. możliwość zmiany stylu gangu), inne z kolei przekładają się na naszą skuteczność bojową (odblokowanie nowego gnata, zwiększenie celności, a nawet możliwość zwerbowania kilku pomocników).

O czym jeszcze warto wspomnieć? Wzorem serii GTA dorzucono również od groma rozmaitych bonusów, które wydłużają żywotność tytułu, czyniąc zeń prawdziwy raj dla zbieraczy bądź tych, którzy lubią zaliczać wszystko w 100%. Mamy szereg skoków kaskaderskich do wykonania, płyt CD do znalezienia, miejsc do zapaćkania sprayem (motyw malowania tagów z San Andreas się kłania) i całą masę innych atrakcji. Do tego można zaliczyć całą kampanię w trybie kooperacji, opcjonalnie pobawić się rozgrywkami sieciowymi, aczkolwiek te ostatnie na tle konkurencji wypadły stosunkowo blado i nieciekawie (zaledwie trzy tryby, niewielkie pole manewru i koszmarne lagi skutecznie zniechęcają do dłuższych posiedzeń).

Solidna porcja batów


Póki co rysuje się nam obraz brutalnej, prymitywnej, a z drugiej strony szalenie rozbudowanej i niezwykle grywalnej produkcji. Niestety, tu kończy się sielanka, pora na odrobinę kwasu. Wiecie, co zawsze sprawiało mi ogromną frajdę w serii GTA? Eksploracja miasta. Długie przejażdżki, nauka układu ulic, podziwianie widoczków. W Saints Row 2 droga do celu zawsze była jedynie... drogą do celu, a nie pretekstem do turystycznych wojaży. A wszystko przez kompletnie spapraną optymalizację i fizykę jazdy, która w całości nadaje się do podmianki.

Kiedy musisz manewrować między samochodami, goniąc jakiegoś typa i prowadzić jednocześnie ostrzał, a gra zalicza ostre chrupnięcia w kilkusekundowych odstępach (czyli w praktyce zawsze, gdy w tle doczytywane są jakieś detale), to masz szczerą ochotę wyjąć płytę z napędu, połamać, oblać benzyną, podpalić, a na końcu ugasić płomienie uryną. To jest tak koszmarnie frustrujące, że jakakolwiek przyjemność z jazdy bierze w łeb. Można się przyzwyczaić do średnio urodziwej grafiki, można przełknąć to, iż pozostali uczestnicy ruchu to debile pierwszej wody, którzy czasami zachowują się kompletnie nieprzewidywalnie. Ba, można ostatecznie strawić miałki model jazdy, fatalny model zniszczeń, kompletnie nierealną fizykę i fakt, iż samochody na najdelikatniejsze wciśnięcie klawisza skrętu reagują zbyt nerwowo. Jeśli jednak bez względu na ustawienia program szarpie, bo jakieś barany pokpiły sprawę i po raz kolejny wypuściły na rynek spapraną konwersję, wtedy autentycznie włącza ci się w głowie mały agresor. Żal tym większy, że sam koncept miasta, układ i projekt poszczególnych dzielnic naprawdę może się podobać. Stilwater jest jednym z tych wirtualnych miejsc, które chciałoby się poznać od podszewki. Szkoda, że program skutecznie wybija nam takie pomysły z głowy.

Dla odmiany warto pochwalić warstwę audio omawianej produkcji. Świetnie spisali się aktorzy, użyczający głosu głównym personom opowieści, równie dobrze wypadły stacje radiowe, które na wzór wspominanego wielokrotnie GTA podzielono ze względu na prezentowany gatunek muzyki. Gdyby jednak komuś nie wystarczał podstawowy repertuar, w specjalnych sklepach może nabyć dodatkowe utwory.

Saints Row 2 to niekontrolowana jazda z wciśniętym do oporu pedałem gazu przy akompaniamencie dudniącej muzyki i eksplodujących samochodów. Jest przy tym przerysowana, zabawna, momentami skrajnie, wręcz karykaturalnie brutalna i - co równie ważne - wciąga jak lotne piaski. Najnowsza produkcja Volition okazała się dla mnie swoistym powrotem do San Andreas, ale pod pewnymi względami jest to powrót bardziej strawny, bo mniej tu ziomalstwa, palantów obwieszonych złotem i gaci z krokiem w kolanach, więcej zaś możliwości i ogólno pojętego luzu. Grę polecam, ale tych, którzy zdecydują się w nią zainwestować, jednocześnie przestrzegam, że wymaganiami potrafi przydusić niemal każdy sprzęt, a babole i niedociągnięcia techniczne niejednokrotnie wyprowadzą was z równowagi. Tym niemniej warto. Tak rozbudowanej, a przy tym odprężającej sieczki, nie było już dawno.

Podobała Ci się recenzja? Jeśli tak kliknij "graj"

recenzja dodana przez: E. Siekiera E. Siekiera który uważa że gra ma takie plusy i minusy

+ Plusy

+  dobrze zaprojektowane miasto
+ przerysowana i momentami skrajnie brutalna
+ tony rubasznego humoru
+ i tyle samo możliwości uprzykrzania życia mieszkańcom Stilwater
+ szalenie rozbudowana
+ zróżnicowana muzyka
+ świetne cut-scenki

Minusy

  przeciętna grafika
 tragiczna optymalizacja
 beznadziejna fizyka i model jazdy
 zerowa inteligencja przeciwników

dlatego E. Siekiera
ocenia tę grę na:

7

Grafika 60%

Dźwięk 80%

Gameplay 80%

Ocena wszystkich
recenzentów

7.0

Grafika 60%

Dźwięk 90%

Gameplay 80%

[ + dodaj screen ]

E. Siekiera: Epicka ucieczka z pierdla (PC)

E. Siekiera: Głowa do góry, burdel już niedaleko (PC)

E. Siekiera: Kamikadze czy ki diabeł? (PC)

E. Siekiera: Kto jest debeściak? (PC)

Postacie [1]

H&K MP5K
  • Nazwa: H&K MP5K
  • A.K.A.: Kurz, Kurczak
  • Typ: Broń
Przejmij panowanie nad grą

Teraz

Użytkownicy, którzy lubią tę grę:

Gaminator.tv

Projekt dofinansowany ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka