Devil May Cry 4 (PC)
Premiera Świat - 24 lipiec 2008 Premiera Polska - 19 wrzesień 2008
Ocena użytkowników: bardzo dobra
6 osób chce zagrać w tą grę
miejsce w rankingu:82
Deweloper: Capcom Dystrybutor: CD Projekt Wydawca: Capcom
Gatunek: Akcja/Arcade Podgatunek: Bijatyka, Strzelanka Cechy gry: TPP
Game market
zgłoś tę grę
Na tę platformę mamy: 56 screenów, 13 video, 1 recenzji, 12 newsów,
Świetna konwersja wielkiej gry
[ zobacz inne recenzje 1 ] Najlepsza recenzja dodana przez
E. Siekiera
Eugeniusz Siekiera
Skoro zaczęliśmy od końca, pozwólcie, że skończę ten wątek, warto bowiem wspomnieć o tym już teraz. Panie i panowie - jest dobrze. Co tam dobrze, jest rewelacyjnie! Nie wiem, kto odpowiada za przeszczepienie na blaszaki najnowszej odsłony serii, ale śmiem przypuszczać, że po totalnie spartaczonej wielkiej trójcy (Onimusha 3, Resident Evil 4, DMC3) Capcom w końcu wynajął inną ekipę, bądź też sam wziął na swoje barki ten obowiązek i tym razem przygotował tytuł, który jakościowo wcale wersjom konsolowym nie ustępuje, a być może nawet je przewyższa.
Konwersja idealna?
DMC 4 to modelowy przykład tego, jak powinien wyglądać idealny port z konsoli. Gra bazuje na silniku znanym z Lost Planet, ale Devil nie dość, że lepiej wygląda, również sprawniej działa na tych samych komputerach. Ekran zalewa nieustanna feeria barw, rozbłysków i innych efekciarskich sztuczek, nasze oczy pojone są fenomenalnym designem lokacji, niezwykle dopracowanymi modelami, ostrymi jak żyleta teksturami i - co szczególnie ważne w przypadku takowej produkcji - niezwykłą płynnością. Nawet w momencie największych zadym lub starć z dużymi i szczegółowo wykonanymi przeciwnikami (jak na przykład znany z dema Berial, żeby daleko nie szukać) frame rate nieustannie orbitował w okolicach 90 FPS, a w chwilach względnego spokoju dobijał do pułapu 120 klatek. Oczywiście, wszystko w maksymalnych detalach i sensownej, odpowiednio wysokiej rozdzielczości. Efektowna mieszanka tych wszystkich elementów sprawia, że przez pierwsze godziny wprost nie możemy oderwać wzroku od ekranu, gapiąc się weń jak urzeczeni. Tego właśnie oczekiwaliśmy po next-genowych tytułach, tak też powinny wyglądać ich konwersje.
Najmniejszych problemów nie było również z padem. Pojawiła się w mojej głowie chyba całkiem słuszna obawa, że DMC 4 okaże się kolejną produkcją, w której jedynym preferowanym urządzeniem będzie pad z Xboxa 360. Na szczęście nic z tych rzeczy. Nawet tani kontroler kupiony tylko na potrzeby tej jednej gry spisywał się po prostu rewelacyjnie. Nie było również konieczności definiowania klawiszy etc. Wystarczyło podpiąć i grać, dokładnie tak, jak na konsoli. I opłacało się, bo zabawa nawet na najprostszym padzie nabiera rumieńców i jest po prostu przyjemniejsza, a co za tym idzie bardziej satysfakcjonująca.
Opery mydlanej ciąg dalszy...
Jak już zapewne doskonale wiecie, tym razem Dante ustępuje miejsca młodszemu, choć nie mniej pyskatemu koledze. Nero przypomina nieco swego wielkiego poprzednika z trzeciej odsłony serii, która to chronologicznie umiejscowiona była na samym początku całej historii, a więc i sam Dante miał jeszcze mleko pod wąsem. Co za tym idzie był wyjątkowo zadziorny, wyszczekany i zarozumiały. Za nic miał starszych, mądrzejszych, bardziej doświadczonych, a autorytetami co najwyżej wycierał sobie gębę. Lub podłogę.
Nową postać poznajemy w chwili, gdy na zebranie członków Zakonu Miecza wpada z niezapowiedzianą wizytą tajemniczy gość w czerwonym płaszczu i urządza krwawy spektakl. Nie byłoby to szczególnie dziwne, gdyby nie dwa istotne fakty - tym gościem jest Dante, syn legendarnego wojownika Spardy, zaś ludzie, z których robi konfitury, to członkowie bractwa traktującego ojca Dantego niemal jak boga. Skąd więc nagła potrzeba przelania krwi? Tego nie wiemy. Żadnego rozeznania w sytuacji nie ma również Nero, który wyrusza w pogoń za prowodyrem całego zamieszania. Oczywiście nagłych zwrotów akcji nie zabraknie, a fabuła nie raz i nie dwa próbuje nas zaskoczyć, ale zaręczam, że tak jak w przypadku poprzednich części, historia jest stosunkowo przewidywalna i pełni tu całkowicie marginalne znaczenie. Wiadomym, że najważniejsza jest przecież...
JATKA!!!
Jedno jest pewne. Drugiej takiej gry na PC nie ma i prawdopodobnie nigdy nie będzie, przynajmniej do czasu pojawienia się piątej odsłony cyklu (bo na God of War III to raczej pececiarze nie mają co liczyć). Nero, idąc śladem swego poprzednika, z równie wielką wprawą i finezją kroi przeciwników na cieniutkie plasterki i choć z pozoru niczym się od Dantego nie różni, ma coś, co sprawia, że rozgrywka nabiera zupełnie nowego posmaku. Na podstawowym wyposażeniu Nero znajdziemy rewolwer zwany Błękitną Różą oraz miecz o nie mniej finezyjnej nazwie - Czerwona Królowa. Co więcej, w przeciwieństwie do kampanii Dantego w trzeciej odsłonie, w trakcie scenariusza nie zdobywamy dodatkowych klamotów (z wyjątkiem miecza Yamato, ale ten służy nam przede wszystkim do zamiany w demona). Bieda? Wydawałoby się, że tak. Na szczęście mamy jeszcze asa w rękawie, a jest nim - dosłownie i w przenośni - Ramię Diabła, które wprowadza do rozgrywki solidną dawkę pieprzu. Z jego pomocą nie tylko łapiemy przeciwników, wbijając ich brutalnie w glebę (iście porażający widok), ale i przyciągamy ich do siebie lub sami w tempie ekspresowym pokonujemy znaczne odległości. Sensowne rozplanowanie klawiszy odpowiadających za poszczególne ruchy sprawia, że po krótkim, intensywnym treningu dosłownie fruwamy po mapie, lądując na ziemi tylko po to, by podrapać się po zadku. Odniosłem wrażenie, że opanowanie postaci Dantego wymagało znacznie większego poświęcenia i to okupionego niejednym zgonem.
Oczywiście nie zmieniły się zasady, wedle których skonstruowano rozgrywkę i poszczególne misje. Dalej biegamy, aktywujemy dziwaczne przełączniki i zbieramy rozmaite świecidełka (tzw. orby), które w specjalnych statuach możemy wymienić na różne przydatne fanty, zaś niemal każdy poziom wieńczy pojedynek z dużym, brzydkim i wyjątkowo wrednym skubańcem (w pamięć zapadają szczególnie dwa egzemplarze - przerośnięta ropucha i płonący Berial). Oczywiście nie mogło również zabraknąć możliwości odblokowania dodatkowych ciosów, ruchów i ataków specjalnych. To zaś z kolei skłania do powtórnego rozegrania kampanii, gdyż jest tego wszystkiego tyle, że sporo się trzeba napocić, by maksymalnie wyżyłować umiejętności postaci.
Takich rzeczy się nie robi
Być może zdziwi was to, co powiem, ale gra dostałaby wyższą ocenę, gdyby była o jakieś 40%... krótsza. Mamy sobie scenariusz, który tak sprytnie skonstruowano, że gdzieś w okolicach 12 misji (łącznie jest ich 20) Nero idzie w odstawkę (jest to rzecz jasna fabularnie uzasadnione), zaś na plan pierwszy wysuwa się Dante, który występował wcześniej głównie w roli naszego oponenta, robiąc między innymi za bossa. I co musi zrobić Dante? Cofnąć się na początek, a więc zaliczyć w odwrotnej kolejności wszystkie lokacje, które mieliśmy już okazję odwiedzić. Mało tego, musi również skopać zadki gigantom, które wcześniej Nero posłał na zieloną trawkę. Oczywiście styl i możliwości Dantego są mocno odmienne od tych, którymi dysponował Nero, więc de facto sama sieczka wygląda nieco inaczej i pojawia się konieczność opanowania kolejnej postaci. Tyle że to tylko zwykła zasłona dymna mająca przyćmić prosty fakt, iż Capcom poszedł na totalną łatwiznę i każe nam dwa razy przechodzić to samo!
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że DMC jest serią skierowaną do bardzo specyficznego kręgu odbiorców. Nie inaczej jest z czwartą odsłoną. To gra dla ludzi, którzy niezdrowo podniecają się biciem kolejnych rekordów, zaliczaniem misji bez uszczerbku na zdrowiu czy krzesaniu wyjątkowo finezyjnych kombosów. Tu chodzi o stylową jatkę, a tła i inne bzdety to tylko kosmetyczny dodatek, wszak walczyć gdzieś trzeba. W związku z tym podejrzewam, że ci najbardziej fanatyczni miłośnicy Devila bez zająknięcia przełkną to, iż twórcy w pewnym momencie skorzystali z koła ratunkowego z napisem "pójście po linii najmniejszego oporu".
Dante to jest gość
Tym niemniej obecność Dantego jako grywalnej postaci oczywiście cieszy, bo miło mimo wszystko wskoczyć w skórę starego zawadiaki i po raz kolejny poustawiać towarzystwo po kątach. W kwestii mechaniki Dante bez drastycznych zmian czy modyfikacji został przeszczepiony z trzeciej części serii, powracają więc cztery style walki (Trickster, Swordmaster, Royal Guard i Gunslinger), które jednakże tym razem można zmieniać w locie w trakcie bitki, co oczywiście jest doskonałym pomysłem, gdyż jeszcze dodatkowo podkręca i tak już zabójczo szybkie tempo rozgrywki. Inną wartą odnotowania nowością są nowe klamoty Dantego. Miłośnicy klasyki będą kontent, gdyż powracają nieśmiertelne Ebony & Ivory oraz największy postrach piekielnego pomiotu, czyli miecz Rebellion. Na tym jednak wybór się nie kończy; do dyspozycji mamy jeszcze obrzyna oraz mocno eksperymentalne uzbrojenie kryjące się pod nazwą Rzeźnika, Pandory i Lucyfera.
Odniosłem wrażenie, że gra jest nieco bardziej przyjazna dla niedzielnych graczy, którzy nie towarzyszą przygodom Dantego od pierwszej części i nie są ekspertami w wyprowadzaniu co bardziej wymyślnych wiązanek ciosów. Trójka pod tym względem nie znała litości i potrafiła każdego leszcza przemielić w tempie ekspresowym. Zresztą i sama postać Nero jest pewną formą ułatwienia. Stosunkowo szybko można opanować tę postać, a możliwości skrywane w ramieniu bohatera sprawiają, że w niezwykle łatwo i sprawnie radzimy sobie z napływającym zewsząd tałatajstwem. Oczywiście DMC4 wciąż stawia na tych graczy, którzy nie lubią mieć z górki, bo prawdziwie satysfakcjonująca i emocjonująca zabawa rozpoczyna się na poziomie Legendarnego mrocznego rycerza, który zostaje odblokowany po jednorazowym zaliczeniu scenariusza. Zakosztować nowego Devila z całą pewnością warto, nawet jeśli z hukiem odbiłeś się od poprzedniczki. Jakość oprawy, przystępność, nowa postać i niezwykła dynamika - to elementy, które przyciągną do serii nowych graczy. A starzy? Starych wyjadaczy przekonywać nie trzeba.
recenzja dodana przez:
E. Siekiera
który uważa że gra ma takie plusy i minusy
+ piekielnie efektowna
+ piekielnie dynamiczna
+ piekielnie grywalna
+ Nero, choć świeżak, też nie ułomek
+ świetnie wyreżyserowane przerywniki
+ doskonała optymalizacja, wzorowa konwersja
− dublowanie map i bossów to kosmiczne nieporozumienie
− kamera czasem fiksuje
Ocena wszystkich
recenzentów
8.0
Grafika 90%
Dźwięk 80%
Gameplay 90%
E. Siekiera: A fe, bić staruszka? (PC)
E. Siekiera: Aż iskry poszły (PC)
E. Siekiera: Batman? (PC)
E. Siekiera: Chyba się wkurzył (PC)






