Gaminator. Gry online.

graj lub zgiń
Szukaj

Jesteś tutaj pierwszy raz. Bardzo nam miło. Zarejestruj się, aby zyskać dostęp do największej bazy video o grach, możliwości wrzucania swoich treści, a także do systemu podpowiadania gier – Game Connect.

Logowanie

Zamknij Wyślij uwagę
 

Delta Force: Helikopter w Ogniu (PC)

Lubię to! 3

Premiera Świat - 25 marzec 2003 Premiera Polska - 30 kwiecień 2003

Ocena użytkowników: bardzo dobra

0 osób chce zagrać w tą grę

miejsce w rankingu: n.a.

 

 

Gatunek: Akcja/Arcade Podgatunek: Strzelanka Cechy gry: FPP

Tematyka: Wojenna, Rozgrywka: Singleplayer/Multiplayer

Moja ocena: 1 2 3 4 5

 

grasz?
close

Game market

zgłoś tę grę

Na tę platformę mamy: 39 screenów, 1 video, 1 recenzji,

Nie wszystko złoto, co się świeci

[ zobacz inne recenzje 1 ]
Najlepsza recenzja dodana przez mnq mnq
Mniej więcej pod koniec drugiej połowy lat 90-tych pomiędzy branżą gier komputerowych a przemysłem filmowym wytworzyła się swoistego rodzaju więź. Deweloperzy przyzwyczaili nas do faktu, że każda głośniejsza premiera kinowa z pewnością zaowocuje stworzeniem wirtualnej adaptacji, bazującej na motywach ze srebrnego ekranu. To jednak, czy efekt końcowy trzymał jakiś poziom, w przypadku większości gier opartych na motywach filmów stanowiło kwestię z grubsza drugoplanową

Cofnijmy się jednak do roku 2001, kiedy to na ekrany kin wszedł jeden z najlepszych dramatów wojennych, wyreżyserowany przez Ridleya Scotta - "Black Hawk Down". O tym, że obraz zdobył kilka prestiżowych nagród, wie chyba każdy fan kina akcji. W 2003 roku, studio Novalogic wypuściło na rynek kolejną odsłonę serii Delta Force sygnowaną podtytułem hollywoodzkiego hitu. Czy kolejna odsłona "Delty" wniosła ze sobą coś więcej, czy może bezczelnie żerowała na popularności filmu? Zapraszam do recenzji.

mnq


Rys fabularny


Na samym początku wypada powiedzieć, że doklejenie do kolejnej odsłony serii Delta Force podtytułu Black Hawk Down miało znaczenie tylko i wyłącznie czysto marketingowe. Z dziełem Ridleya Scotta, rzeczony twór poza raptem kilkoma misjami i realiami, w których toczy się akcja gry, nie ma nic wspólnego. Oznacza to, że należy zapomnieć o dramatycznej walce na ulicach Mogadiszu, obecności znanych z filmu postaci czy jakimkolwiek rozmachu całej produkcji. Ale po kolei.

Akcja Delta Force: Black Hawk Down przenosi gracza do roku 1993, do ogarniętej wojną domową, spalonej gorącym afrykańskim słońcem Somalii. Jako żołnierz słynnej amerykańskiej formacji Delta, w ramach misji stabilizacyjnej ONZ walczymy z reżimem generała Mohammeda Faraha Aidida. Całość nie ma spójnej linii fabularnej, brakuje również wyrazistych bohaterów. Nawet żołnierz, w którego przyjdzie nam się wcielić jest bezimienny i kompletnie bezpłciowy (niekoniecznie w dosłownym tego słowa znaczeniu). Ogólnie atmosfera towarzysząca całej rozgrywce jest nijaka. Osobiście nie odczuwałem specjalnych emocji - poza irytacją lub znużeniem - przebijając się przez kolejne misje.

Za wolność, hamburgery i Coca-Colę


Podczas trwania całej gry przyjdzie nam się przebić przez zlepek szesnastu praktycznie zupełnie niezwiązanych ze sobą misji. Zadania możemy wykonywać w dowolnej kolejności. Wraz z zaliczaniem możliwych do wyboru od początku gry misji, sukcesywnie odblokowujemy dostęp do kolejnych zadań. Akcje, w których przyjdzie wziąć nam udział do specjalnie wyszukanych nie należą. W zasadzie przez 80 procent czasu trwania zabawy, gracz bierze udział w bardzo podobnych do siebie zadaniach. Przyjdzie nam osłaniać konwoje sił sprzymierzonych, likwidować wrogie magazyny broni, przejmować jeńców lub po raz enty wysadzać coś w powietrze.

Z jednej strony to dość logiczne, bo przecież nie każda potyczka to krwawe, trwające po kilkanaście godzin epickie batalie. Patrząc jednak na to z perspektywy gracza, ten płacąc za produkt oczekuje ciekawych i emocjonujących wyzwań. Tych niestety w DF: Black Hawk Down brakuje. Jedynie ostatnie 3-4 misje, które niezbyt wiernie odtwarzają wydarzenia znane z filmowego pierwowzoru wprowadzają jakiś lekki powiew świeżości. Oczywistym jest, że to zdecydowanie za mało. Poza tym ich wykonanie również nie przyprawi nawet średnio zaprawionego w bojach gracza o szybsze bicie serca.

Sporą część każdej z misji pokonujemy na piechotę z karabinem w dłoni. Żeby nieco urozmaicić rozgrywkę, od czasu do czasu w grze pojawiają się pojazdy. Pośmigamy więc na pokładach łodzi, ciężarówek, Humvee oraz śmigłowców klasy Little Bird i tytułowych Black Hawków. Nie ma się jednak co ekscytować na wyrost, ponieważ żadnym z pojazdów nie jest nam dane pokierować. Nasza rola z reguły ogranicza się do bycia pasażerem lub we wstawkach o charakterze celowniczkowym - strzelcem pokładowym.

Mechanika całej gry jest prosta jak budowa cepa. O aktualnej sytuacji jesteśmy na bieżąco informowani w komunikatach radiowych. Mapy są tak skonstruowane, że nie sposób się zgubić. Mało tego, "wierząc" w inteligencję gracza twórcy zaopatrzyli go w radar, na którym wielka strzałka ostentacyjnie wskazuje mu w tym starannie wyznaczonym labiryncie drogę do kolejnych celów misji. Ot tak, żeby się czasem bidulka gdzieś nie zgubiła.

Przez wszystkie misje przebijamy się mimochodem i nawet nie zauważycie, kiedy macie całą grę za sobą. To, że kolejne zadania są mało emocjonujące i w gruncie rzeczy takie same, nie stanowi głównego problemu tej gry. Tym, co uderzy chyba każdego jest śmiesznie krótki czas ich trwania. Praktycznie każdą z 16-stu misji da się ukończyć w niespełna 25 minut albo i krócej. Przyjmując nawet optymistyczną wersję - aczkolwiek nieprawdziwą - że każde z postawionych zadań to od około 25-ciu do 30-stu minut zabawy, w sumie otrzymujemy ledwo 8 godzin kampanii dla pojedynczego gracza.

Oślepimy ich blaskiem amerykańskiego słońca


Walka stanowi główny element napędowy dla akcji w grze. Jedno trzeba przyznać, starcia są wyjątkowo nudne. Nawet podczas walki ze sporą grupą przeciwników nie czuje się tego, co w chociażby Medal of Honor czy Call of Duty. Członkowie milicji są bowiem głupsi od butów u lewej nogi. Niezależnie od tego, czy mają szanse lub nie, z pieśnią na ustach tudzież krzycząc coś o Allahu pchają się wprost pod lufę naszego karabinu. Podobna przypadłość towarzyszy amerykańskim chłopcom, którzy są z nami podczas poszczególnych zadań. Trepownia spod znaku gwieździstego sztandaru jest równie durna, co wirtualni somalijscy chłopi, których oderwano od pługa i dano do rąk karabin. Kompani są kompletnie bezużyteczni i stanowią klasyczny zapychacz ekranu.

Utrudnieniem w walce z milicją Aidida jest fakt, że przeciwnicy od cywilów odróżniają się tylko tym, że trzymają w ręku kałasznikowa. Na pierwszy rzut oka lub z daleka dość trudno stwierdzić kto jest bezbronny, a kto zechce odstrzelić nam co nieco. Łatwo tu o pomyłkę. W tej kwestii panowie z Novalogic zachowali jednak wyjątkowy realizm sytuacji i pokusili się o sprawdzoną w rzeczywistości chłodną kalkulację, czyli możliwe dopuszczalne straty zarówno wśród cywili jak i naszych.

Oznacza to, że jeśli którykolwiek z naszych przygłupich kompanów lub niewinny cywili padnie trupem gra nie oznajmia nam, że ponieśliśmy porażkę. Całkiem zdroworozsądkowe podejście, w końcu to jest wojna. Rzecz jasna, jeśli zdecydujemy się położyć trupem wszystko, co się rusza w zasięgu naszego wzroku, nie powinniśmy być zaskoczeni informacją o przegranej misji. Wymaga to więc od gracza pewnego skupienia i rozwagi w doborze celów.

Kolejnym kwiatkiem jest celność. Nasi przeciwnicy z pewnością do strzelców wyborowych nie należą, ale nie od dziś wiadomo, że od każdej reguły są odstępstwa. Prowadzi to czasami do kuriozalnych sytuacji. Zdarza się, że oddaleni o kilka metrów członkowie milicji za nic w świecie nie mogą w nas trafić. Z kolei innym razem, oddalony od kilkaset metrów, zaszyty gdzieś na dachu pojedynczy snajper punktuje nas serią z AK-47.

Również nasi kompani, którzy rzekomo są członkami elitarnej jednostki komandosów nie popisują się umiejętnościami strzeleckimi. Ich skuteczność na tym polu jest praktycznie zerowa. Ponadto, ich skrypty SI odpowiedzialne za celowanie najwyraźniej uwzględniają najkrótszą możliwą opcję oddania strzału w linii prostej. Fakt, że na linii strzału znajduje się przeszkoda bynajmniej nie przeszkadza naszym kolegom z oddziału na sukcesywne wywalanie kolejnych magazynków w narożniki lub ściany budynków.

Z czym na wroga?


Uzbrojenie, z którego przyjdzie nam skorzystać to autentyczny arsenał, z którego korzystały siły amerykańskie podczas misji w Somalii. Do naszej dyspozycji oddanych zostaje kilka mutacji karabinków szturmowych z rodziny M-16 wyposażonych w dodatkowe akcesoria jak lunety czy granatniki. Są też i karabiny maszynowe, karabiny snajperskie, pistolety, strzelba oraz kilka rodzajów ładunków wybuchowych.

Z broni korzysta się przyjemnie, aczkolwiek próżno tu mówić o jakimś przesadnym realizmie. Dobrze celując, przy użyciu pistoletu jesteśmy w stanie powalić przeciwnika oddalonego o kilkadziesiąt metrów. Z reguły jeden strzał z czegokolwiek, zwieńczony trafieniem gdziekolwiek kończy życie każdego delikwenta. Nie ważne, czy trafiliśmy prosto w czoło lub palec u nogi, przeciwnik pada trupem.

Przed każdą z misji możemy wybrać sprzęt, który nam odpowiada. Standardowo gra oferuje pewien domyślny ekwipunek, który w gruncie rzeczy z reguły jest trafnym wyborem. Osobiście odniosłem wrażenie, że najlepszą opcją na większość misji jest M-16 lub CAR-15 z podczepionym granatnikiem. W obszarach zabudowanych nieźle spisują się również karabiny maszynowe. Korzystanie z pozostałego sprzętu jest raczej według własnego upodobania.

Korzystanie z granatów jest bezcelowe, ponieważ trudno nimi trafić gdziekolwiek. Poza tym, eksplodujący granat ma bardzo słabą moc. W efekcie czego delikwent musi niemal na nim usiąść, aby rzucony ładunek cokolwiek zdziałał. O wiele lepiej spisują się pociski z podczepianego pod karabin granatnika, chociaż te czasami potrafią przeniknąć przez obiekt w który trafiły, w efekcie nie powodując eksplozji. Znikomą użytecznością wykazują granaty hukowe, a jej całkowitym brakiem granaty dymne.

Od czasu do czasu dla urozmaicenia możemy postrzelać z poustawianych tu i ówdzie cekaemów, lub zamontowanych na jeepach i pokładach helikopterów działek. Dodatkowym bajerem są: przeciwpancerna wyrzutnia rakiet, zdalnie odpalane ładunki wybuchowe oraz użyteczny w ciemnych pomieszczeniach noktowizor.

Technicznie


Od strony wizualnej Delta Force: Black Hawk Down zarówno dziś jak i swoich czasach nie stanowiła rewolucji. Program zasilany jest autorskim silnikiem graficznym Novalogic, znanym m.in. z Comanche 4. Zależnie od ustawień grafiki gra może wyglądać nie najgorzej, aczkolwiek w oczy rzucają się niektóre z tekstur, które zostały nieprzyzwoicie rozmyte.

Poszczególne lokacje pod względem wystroju oraz kolorystyki nie wzbudzają jakiegoś zachwytu, dominują różne odcienie brązu i piaskowego. Każdy teren zabudowany to mały labirynt zbudowany z wielokrotnie powielonych blaszanych bud, baraków i chat. Elementami otoczenia, które zasługują na pochwałę są: ładnie jak na tamte czasy wyglądające lustro wody oraz przyzwoicie wykonany efekt oślepiającego słońca.

Modele broni wyglądają poprawnie, są w gruncie rzeczy szczegółowe i raczej nie mam im nic do zarzucenia. Gorzej z modelami postaci, które nie dość, że są mało różnorodne (około 10-ciu: łącznie z przeciwnikami, NPC i "naszymi"), to na dodatek poziom ich detali jest mizerny. Sprawa nieco lepiej wygląda z pojazdami, które prezentują się ładnie. Szczególnie śmigłowce są godne uwagi, na ośmiokątne "koła" Humvee oraz ciężarówek opuszczę zasłonę milczenia.

Kroplą przepełniającą czarę goryczy jest fakt, że pomimo takiej sobie oprawy graficznej do płynnego działania Delta potrzebowała całkiem mocnego sprzętu. W erze dzisiejszych demonów prędkości to nie problem, ale wówczas budziło to nie lada kontrowersje.

Warstwa dźwiękowa jest chyba jedynym pełnoprawnym plusem tego tytułu. Efekty wystrzałów, eksplozji i otoczenia brzmią w porządku. Wisienką na torcie jest muzyka, która w DF: Black Hawk Down jest naprawdę rewelacyjna. Stylizowane na rdzenne afrykańskie brzmienia motywy zostały świetnie dobrane do tematu gry. Szkoda tylko, że z całą resztą nie poszło tak dobrze.

Ocena


Podsumowując, Delta Force: Black Hawk Down to typowy średniak dobry do "popykania" na kilka minut. Gra jest sztandarowym przykładem, jak na świetnej licencji wydaje się średnio interesujący produkt, którego zadaniem jest podczepić się pod sukces pierwowzoru. Gracze oczekujący wciągającej, pełnej wartkiej akcji kampanii raczej nie znajdą tu za wiele dla siebie.

Pomijając fakt, że gra jest skandalicznie krótka i wymaga niewspółmiernie więcej aniżeli oferuje, o Delcie można powiedzieć tyle dobrego, że były gorsze gry. Żywotność tytułu może nieco przedłużyć tryb multiplayer, ale o ile się nie mylę ten nie cieszy się sporą popularnością. Zatem zbierając to wszystko w całość: osobiście jako fan kinowego Black Hawk Down, wystawiam tej grze mocno subiektywne 5.

Podobała Ci się recenzja? Jeśli tak kliknij "graj"

recenzja dodana przez: mnq mnq który uważa że gra ma takie plusy i minusy

+ Plusy

+  świetna muzyka
+ przyzwoita oprawa dźwiękowa
+ niezłe modele broni i pojazdów
+ dobra na chwilę

Minusy

  za krótka
 przesadzone wymagania sprzętowe
 tragiczna SI
 mało emocjonująca
 mała ilość modeli postaci

dlatego mnq
ocenia tę grę na:

5

Grafika 60%

Dźwięk 80%

Gameplay 50%

Ocena wszystkich
recenzentów

5.0

Grafika 60%

Dźwięk 80%

Gameplay 50%

[ + dodaj screen ]

GameCheaters: Cóż to przyjdzie dziś robić? (PC)

GameCheaters: Tubylcy (PC)

GameCheaters: Taka chatka wiele nie wytrzyma (PC)

GameCheaters: Ale poleciał (PC)

Przejmij panowanie nad grą

Teraz

Użytkownicy, którzy lubią tę grę:

Gaminator.tv

Projekt dofinansowany ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka