Gaminator. Gry online.

graj lub zgiń
Szukaj

Jesteś tutaj pierwszy raz. Bardzo nam miło. Zarejestruj się, aby zyskać dostęp do największej bazy video o grach, możliwości wrzucania swoich treści, a także do systemu podpowiadania gier – Game Connect.

Logowanie

Zamknij Wyślij uwagę
 

Shadow of Memories (PC)

Lubię to! 1

Premiera: nie znamy jeszcze daty premiery

Ocena użytkowników: bardzo dobra

0 osób chce zagrać w tą grę

miejsce w rankingu: n.a.

 

 

Gatunek: Przygoda

Tematyka: Science-Fiction,

Moja ocena: 1 2 3 4 5

 

Game market

zgłoś tę grę

Na tę platformę mamy: 7 screenów, 1 video, 1 recenzji, 1 newsów,

Eike Kusch i kamień filozoficzny

[ zobacz inne recenzje 1 ]
Najlepsza recenzja dodana przez Toddziak Toddziak
Spaceruję ulicą sennego, niemieckiego miasteczka. Idę, idę, idę, oglądam obłoczki, poprawiam obciachową fryzurę i czuję wręcz mistyczną bliskość z całym wszechświatem. Wszystko jest piękne, śliczne i w ogóle cacy na maksa. Sielski obrazek psuje jednak jakiś osobnik, który biegnie sprintem w moją stronę, jakby goniły go wszystkie diabły. Hej, dlaczego on trzyma nóż? I czemu wbija mi go w bebechy?! Haaargh... żegnaj, okrutny świecie! Przynajmniej chwilowo...

Śmierć nadejdzie dzisiaj


To właśnie przydarzyło się bohaterowi gry "Shadow of Memories" (znanej również jako "Shadow of Destiny"), wydanej pierwotnie na PlayStation 2, a potem przekonwertowanej również na pecety i Xboxa. Eike Kusch, bo takie miano nosi nasz protagonista, zostaje zamordowany w biały dzień przez nieznanego sprawcę. Zamiast jednak podążyć w stronę światła, przejść po moście z pajęczyny nad przepaścią czy też odrodzić się w ciele muszki owocówki, trafia do wielce osobliwego miejsca przypominającego pokój zapalonego antykofila po przejściu huraganu. Młody mężczyzna budzi się na podłodze i nie bardzo wie, czy dalej zalicza się do materii ożywionej. Wtedy rozlega się seksowny głos, który spokojnie wyjaśnia, że owszem Eike jest obecnie martwy, ale stan ten niekoniecznie musi się utrzymać. Jeśli chłopakowi uda się powstrzymać zabójcę, ocali życie. Nie jest to jednak takie proste, bo wyrok da się jedynie odroczyć, a nie anulować. Aby rozwiązać problem permanentnie, Eike musi dotrzeć do samego źródła całego ambarasu i spróbować odkręcić spiralę problemów, jednocześnie unikając nieustannych zamachów na swoje życie. Często będzie to wymagało przeniesienia się nawet w bardzo odległą przeszłość. Pomoże nam w tym zmyślne urządzenie o nazwie Digipad.

Eike z początku jest dość nieufny wobec tajemniczej istoty, ale że nie uśmiecha mu się być nieboszczykiem do końca życia (ekhem), w końcu zgadza się przeciwstawić przeznaczeniu. Otrzymuje od nowego sprzymierzeńca wspomniany już Digipad, garść ostrzeżeń oraz błogosławieństwo na drogę, po czym zostaje odesłany do świata żywych.

Warto po powrocie na ten padół łez odwiedzić upiorną wróżkę, która sprawia wrażenie istoty wyjątkowo eterycznej. Chce ona nam jednak z jakiegoś powodu pomóc i przepowiada, że zginiemy za pół godziny, o ile w porę nie pokrzyżujemy mordercy szyków. A jak możemy to zrobić? W chwili śmierci byliśmy sami jak palec, więc gdyby tak otoczyć się tłumem przechodniów? Digipad w dłoń i do dzieła!

Człowiek ze złotym Digipadem


Podróże w czasie stanowią główną oś rozgrywki. Nie wolno nam jednak przenosić się w absolutnie dowolny sposób. Eike może udać się jedynie w te okresy, które w jakiś sposób są z nim powiązane. Łącznie zawitamy do kilku epok, takich jak koniec XVI wieku, sam początek XX czy rok 1980. Podczas wędrówek poprzez historię napotkamy na naszej drodze wielu bohaterów, z którymi łączy nas więcej niż się wydaje. Wymienić należy tylko tych ważniejszych, czyli Danę (kelnerkę z teraźniejszości), Eckarta Bruma (kustosza muzeum i dobrego znajomego Eike'a), Margarete Wagner i jej brata Hugona (potomstwo alchemika Wagnera) oraz Homunculusa (to właśnie on wręcza nam Digipada). Jeśli ktoś wyczuł tutaj subtelny posmak legendy o doktorze Fauście, niech wie, że nie jest aż tak daleki od prawdy. A jeśli dodać do tego jeszcze kamień filozoficzny, atmosfera z pewnością się zagęści...

Należy tutaj opowiedzieć o właściwym celu naszych podróży, bo nie są to bynajmniej wycieczki rekreacyjnie. Otóż, zwykle sytuacja wygląda tak, że na początku każdego rozdziału Eike'owi przysługuje tylko kilka sekund na ocalenie. Oczywiście, w tak absurdalnie krótkim czasie możemy co najwyżej pobiegać sobie w kółeczko dla rozrywki, nim bohater zostanie bezceremonialnie zarżnięty (tudzież otruty, przejechany, zepchnięty z dachu - raj dla sadystów!) i uda się na spotkanie zgryźliwego Homunculusa. Następnie powracamy do Lebensbaum (miasta, gdzie toczy się akcja) z przeważnie półgodzinnym zapasem czasu do powtórnej egzekucji. A sekundy biegną w czasie rzeczywistym, więc należy się spieszyć (od razu jednak uspokoję wszystkich skrajnych flegmatyków: twórcy przewidzieli opcję pauzy). Gdy jednak nie zmieścimy się w przewidzianym limicie, czeka nas śmierć. Ostateczna. Sorry, game over, load game. Jest to o tyle bolesne, że nie możemy zapisać stanu gry w dowolnym momencie. Okazję ku temu mamy jedynie na koniec rozdziału lub przy wychodzeniu do menu głównego. Typowa konsolowa naleciałość, ale na blaszaku zwyczajnie wkurza.

Postraszyliśmy trochę, więc teraz dla równowagi coś przyjemnego, a mianowicie kombinowanie. Najlepszym przykładem ilustrującym, jaki mamy wpływ na bieg dziejów, jest sytuacja, gdy morderca atakuje nas zza drzewa. Jak tym razem spławić natręta? Bardzo prosto; wystarczy przenieść się za pomocą Digipada parę setek lat wstecz i nie dopuścić, by drzewko w ogóle zostało posadzone! Dzięki temu prostemu zabiegowi, we współczesności w miejsce korzeni, pnia i korony rosnąć będzie sympatyczny klomb z barwnymi kwiatami. A że agresor nie posiadł umiejętności "w różach ukrycie", chwilowo musi spasować. Ten aspekt gry związany z następstwami podróży w czasie, jest bardzo ciekawy, a obserwowanie konsekwencji naszych poczynań przynosi wiele frajdy. Podobała mi się również sama postawa Eike'a. W odróżnieniu od zdecydowanej większości bohaterów japońskich produkcji nie walczy on o miłość, sprawiedliwość i żel do włosów, ale zwyczajnie ratuje własną skórę. Przez to staje się bardziej "ludzki", a tym samym łatwiej się z nim do pewnego stopnia identyfikować.

Co ciekawe, podczas naszych wędrówek po osi czasu nie dane nam będzie przemieszczać się również w przestrzeni. Poza krótkimi wizytami w Otchłani, domenie Homunculusa, pozostaniemy w obrębie Lebensbaum. Dzięki temu dokładnie zaobserwujemy jak miejsce to zmieniało się w przeciągu wieków, choć wszelkie innowacje są raczej natury kosmetycznej, bo rozkład ulic pozostaje ten sam. Najważniejsze budynki różnią się w poszczególnych epokach "zawartością", ale od czego jest mapa, na której wszystko jest wypisane jak wół?

W tajnej służbie Jego Homunculusowej Mości


"Shadow of Memories" należy go gatunku przygodówek, więc oprócz historycznego skakania wte i wewte, co raczej nie wpisuje się w konwencję gatunku, będziemy także zbierać przedmioty. Muszę jednak rozczarować wszystkich tych, co lubią nosić przy sobie pierdyliony niepotrzebnych rupieci. W ciągu całej rozgrywki znajdziemy raptem kilka rzeczy, które możemy zabrać i potem wykorzystać. Zapomnijcie także o pixel huntingu! Każdy ważny dla fabuły przedmiot (oraz tzw. energy unity, które zasilają Digipada) pulsuje zielonym blaskiem niby neon "tu jestem, jełopie!". Takie rozwiązanie jest zrozumiałe ze względu na konsolowe korzenie gry, ale drastycznie obniża i tak nie najwyższy poziom trudności.

Dialogi ze zwykłymi NPC-ami, którzy snują się leniwie po Lebensbaum, ograniczono do minimum. Za to słowne konfrontacje z postaciami bardziej znaczącymi przedstawiono w formie cut-scenek. Długich cut-scenek. Na oglądaniu filmików spędzimy więcej czasu niż na właściwej grze! "Shadow of Memories" można spokojnie przejść w cztery-pięć godzin (osiem rozdziałów plus krótki prolog i epilog), co nawet jak na przygodówkę, nie jest wynikiem zadowalającym. Tym bardziej razi więc dysproporcja między częściami "oglądanymi" a "granymi". Grę ratuje aż osiem (!) różnych zakończeń, co na pewno zachęca do powtórnego sięgnięcia po ten tytuł. I uwierzcie: warto je wszystkie poznać, bo dopiero wtedy rozsypane elementy układanki zaczynają tworzyć w miarę kompletny obrazek. Zaręczam, że po jednym ukończeniu gry, nie rozgryziecie nawet połowy wątków.

Dość gładko udało się nam przejść do tego, co przykuwa do "Shadowa" na wiele godzin, nie dając od niego odejść aż do napisu "The End", a potem każe nam zagrać jeszcze raz. Chodzi oczywiście o fabułę. Historia Eike'a, która zaczyna się w miarę prosto i zrozumiale, osiąga szybko taki stopień pokomplikowania, że scenariusz "Zagubionych" wydaje się przy niej nowelką podrzędnego pozytywisty. Mimowolnie ciskają się na usta różnorakie pozytywne ekspresywizmy. Zdradzić nawet najmniejszy ułamek fabuły, to byłaby wręcz zbrodnia przeciw ludzkości i brutalne morderstwo przyjemności "własnoocznego" odkrywania sekretów gry, dlatego nic więcej już nie powiem. Może jeszcze tylko wyleję swój żal za to, że twórcy jakby troszkę pogubili się w swoim dziele, przez co ostatecznie niektóre pytania pozostaną bez odpowiedzi na zawsze. Ja poczułam się lekko oszukana, ale jeśli ktoś ma naturę "gdybatora", będzie wniebowzięty.

Licencja na konwersjowanie


Jak już wcześniej wspomniałam, "Shadow of Memories" pierwotnie gościł na PS2, a dopiero potem zrobiono konwersję na komputer. Grafika nie prezentuje więc standardu większości dzisiejszych produkcji, ale mimo wszystko nie zestarzała się aż tak bardzo. Modele postaci, a zwłaszcza mimika ich twarzy, wciąż robi bardzo dobre wrażenie. Trochę gorzej prezentują się tekstury, które bywają dość rozmazane, co widać szczególnie przy różnego rodzaju napisach. Filmiki są za to zrobione ładne i można je oglądać bez większych zgrzytów. Dodano nawet opcję przerwania ich, gdy oglądamy je po raz kolejny. Za to udogodnienie należą się brawa, bo redukuje on czynniki "frustracjogenne" przy którymś z kolei przechodzeniu gry.

Mamy do wyboru dwa sposoby sterowania bohaterem - za pomocą pada lub klawiatury. Nie byłam zmuszona korzystać z pierwszej opcji, co tylko pozytywnie świadczy o jakości konwersji. Bardzo szybko można załapać, który klawisz odpowiada za co (zwłaszcza po uprzednim przeczytaniu manuala) i, co ważniejsze, do komfortowej obsługi interfejsu wystarczy jedna ręka. I jeszcze a propos konwersji: wreszcie nie trzeba wychodzić z gry na chama, czyli przez alt + F4, bo udostępniono nam cywilizowaną opcję "exit". Mała rzecz, a cieszy.

Dźwięk to za mało


Muzyka w "Shadow of Memories" jest bardzo specyficzna, a można zaryzykować nawet epitet "niepokojąca". Jednym przypadnie do gustu, innym nie. Mnie akurat nie zachwyciła. Motyw przewodni w menu głównym szybko zaczął mi działać na nerwy, a utwór, który rozbrzmiewa w głośnikach podczas prologu, gdy dopiero stawiasz swoje pierwsze kroki, wydał mi się osobliwie szyderczy. Reszta jakoś specjalnie nie zapada w pamięć, co oznacza, że nie wyróżnia się ani w sposób pozytywny, ani negatywny. Nie jest więc tragicznie, lecz brak soundtracka na płytce nie będzie spędzał mi snu z powiek.

Dźwięki prezentują przyzwoity poziom, choć trochę dziwnie słucha się biegnącego anorektyka Eike'a, który tupie jak stado nosorożców z nadwagą. Więcej zastrzeżeń jednak nie stwierdzono.

Na osobny akapit zasługuje także voice-acting, który prezentuje bardzo nierówny poziom. Z jednej strony wspaniały głos Homunculusa, całkiem przyjemne dla ucha zawodzenie wróżki, niezgorszy Eike i Eckart, po środku cała gama zupełnie przeciętnych bohaterów, których wypowiadana kwestia ogranicza się zwykle do paru słów, a z drugiej irytujący marnym aż do bólu aktorstwem Hugo oraz prawdziwa katastrofa w osobie Margarete. Córka doktora Wagnera wyrzuca z siebie wszystkie zdania, niezależnie od grozy czy powagi sytuacji, jednakowym słodko-infantylnym tonem, od którego można dostać próchnicy. Wraz z każdorazowym użyciem otworu gębowego przez wyżej wymienioną bohaterkę uruchamiał mi się odruch warunkowy w postaci otwierającego się w kieszeni noża i silnej potrzeby mordowania bezbronnych kociąt. Jeanne Hartmann, czyli kobieta odpowiedzialna za ten gwałt na naszych uszach, powinna napisać poradnik jak NIE powinno się dubbingować postaci.

Graj i nie pozwól umrzeć


"Shadow of Memories" to pozycja na wskroś oryginalna i klimatyczna. Intrygująca fabuła potrafi wciągnąć bez reszty. Szkoda tylko, że przygoda kończy się tak szybko, a przy tym nie jest wolna od wad. Niemniej jednak warto dać Eike'owi szansę. Niech biedak jeszcze trochę sobie pożyje...

Podobała Ci się recenzja? Jeśli tak kliknij "graj"

recenzja dodana przez: Toddziak Toddziak który uważa że gra ma takie plusy i minusy

+ Plusy

+  osiem różnych zakończeń!
+ fabuła pokręcona jak świński ogonek
+ grafika wciąż daje radę
+ akcja naprawdę wciąga

Minusy

  strasznie krótka, nawet jak na przygodówkę
 bardziej (dobry) film niż gra
 brak save'a w dowolnym momencie
 nierówny voice-acting
 zbyt niski poziom trudności

dlatego Toddziak
ocenia tę grę na:

7

Grafika 80%

Dźwięk 60%

Gameplay 90%

Ocena wszystkich
recenzentów

7.0

Grafika 80%

Dźwięk 60%

Gameplay 90%

[ + dodaj screen ]

focus: Śniegiem zasypało (PC)

focus: Mała pogawędka (PC)

focus: Piękna niewiasta (PC)

focus: Niebieskooka blondynka (PC)

Przejmij panowanie nad grą

Teraz

Użytkownicy, którzy lubią tę grę:

Gaminator.tv

Projekt dofinansowany ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka