Gaminator. Gry online.

graj lub zgiń
Szukaj

Jesteś tutaj pierwszy raz. Bardzo nam miło. Zarejestruj się, aby zyskać dostęp do największej bazy video o grach, możliwości wrzucania swoich treści, a także do systemu podpowiadania gier – Game Connect.

Logowanie

Zamknij Wyślij uwagę
 

Call of Cthulhu: Dark Corners of the Earth (PC)

Lubię to! 4

Premiera: nie znamy jeszcze daty premiery

Ocena użytkowników: bardzo dobra

1 osób chce zagrać w tą grę

miejsce w rankingu: n.a.

 

 

Gatunek: Akcja/Arcade, Przygoda Podgatunek: Strzelanka, Skradanka, Survival Horror Cechy gry: FPP

Moja ocena: 1 2 3 4 5

 

grasz?
close

Game market

zgłoś tę grę

Na tę platformę mamy: 37 screenów, 1 video, 2 recenzji,

Pięć minut dla niedocenionego mistrza!

[ zobacz inne recenzje 2 ]
Najlepsza recenzja dodana przez Weaver Weaver
Mroczne Zakątki Świata to miejsca nietypowe. A przy tym emanujące siłą, która sprawia, że człowiek - nosząc duszę na ramieniu - pragnie poznać ich przeszłość. Zrozumieć coś, czego tak naprawdę nie da się racjonalnie wytłumaczyć. Żeby jednak dojść do takiej konkluzji, trzeba najpierw przeżyć coś, co zmotywuje do podobnego myślenia. Masz odwagę?

Weaver

O Call of Cthulhu: Dark Corners of the Earth, pomimo iż od premiery gry minęły prawie trzy lata, wcale nie było głośno. Dziwi mnie, że produkt - nawet na dzień dzisiejszy, bez problemu detronizujący wiele głośnych tytułów pod względem klimatu - przeszedł bez echa, choć posiadał wszystko to, co potrzebne do zbudowania takiego nastroju grozy, aby przerazić nawet samych producentów. Nie sposób więc oprzeć się wrażeniu, że Call of Cthulhu: Dark Corners of the Earth to doskonały przykład na to, że reklama po prostu musi być! Niezależnie od tego, czy gra będzie tak beznadziejna, jak kilka ostatnich NFS-ów do kupy wziętych, czy stanowić będzie urzeczywistnienie rewolucyjnych pomysłów. A do tego zaimplementowanych w tak zrównoważony i pasujący do całości sposób, aby gracze zaniechali pełnienia nawet czynności fizjologicznych. Nie zmienia to jednak faktu, że dzieło ludzi z Headfirst Productions to najwyższych lotów horror, którego zwyczajnie wstyd nie znać!

Howard was here


W trakcie etapów poprzedzających produkcję Mrocznych Zakątków Świata, scenarzyści kierowali się starą, ale za to bardzo aktualną, hitchcockowską zasadą - "najpierw nastaje trzęsienie ziemi, a później napięcie już tylko wzrasta". O czym warto wspomnieć - w bezpośredniej rozgrywce widać to niemal na każdym kroku.

Akcja Call of Cthulhu: Dark Corners of the Earth zapoznaje nas z jednym z pensjonariuszy szpitala psychiatrycznego w Arkham, mieście usytuowanym nieopodal - bardzo dobrze znanego fanom prozy H.P. Lovecrafta - nadmorskiego wygwizdowa o nazwie Innsmouth. W pierwszych momentach zabawy obserwujemy wspomnianego pensjonariusza, bezimiennego nieszczęśnika, który targnął się na własne życie poprzez zaciśnięcie grubej pętli na szyi. Koleje losu prowadzą jednak do tego, że w pobliżu izolatki, w której osadzono desperata, przechadza się sanitariusz, który - zobaczywszy całe zajście - natychmiast wpada do izolatki i... Tyle. Historia nagle zostaje przerwana, by chwilę później przenieść nas do roku 1920. Wówczas też zostaje nam przedstawiona osoba prywatnego detektywa, Jacka Waltersa, który przybywa na wezwanie przed wejście do niewielkiego domostwa - jak się na miejscu okazuje - okupowanego przez uzbrojonych okultystów. Co więcej, kolejne wydarzenia - rychło nabrawszy tempa - prowadzą detektywa do wnętrza domu, gdzie natrafia on na różnego rodzaju materiały świadczące o tym, że nie został on wezwany na miejsce zupełnie przypadkowo. Następnie, w wyniku poznania pewnych makabrycznych faktów, na których istnienie namacalne dowody okazują się leżeć odłogiem w piwnicy pod domem, bohater dostaje zwyczajnie świra.

Bilet w jedną stronę


Ale to już zupełnie inna historia. Chociaż, czemu zaprzeczyć nie można, w bezpośredni sposób powiązana z teraźniejszym stanem pana Waltersa, a także sprawą, której podejmie się on - jako pierwszej, zresztą - od ponad sześciu lat nieświadomej nieobecności wywołanej amnezją. Owa sprawa natomiast dotyczyć będzie tajemniczego zniknięcia Briana Burnhama, jednego z pracowników niewielkiego sklepu wielobranżowego w... Innsmouth. Policja, podobnie zresztą jak sam właściciel sklepu, z miejsca wykluczyła jednak motyw rabunkowy, gdyż - pomimo tego, że pracownik posiadał wszystkie klucze - nic nie zostało skradzione. Co za tym idzie, przyczyna zaginięcia pana Burnhama musi być zakorzeniona w zupełnie innej materii. Problem polega na tym, że Jack Walters - zgodziwszy się na przeprowadzenie śledztwa w sprawie Burnhama, czyli poznanie powodów jego zniknięcia - tak naprawdę podpisał cyrograf z samym Diabłem. O czym zresztą przekona się na własnej skórze, próbując odnaleźć zleconą personę...

Nie chwal dnia przed zachodem słońca


Faktyczna rozgrywka rozpoczyna się od przyjazdu Jacka do Innsmouth, gdzie detektyw ma nadzieję w miarę szybko zdobyć kilka poszlak, które pomogą mu - choćby ogólnikowo - zrekonstruować wydarzenia poprzedzające zniknięcia Briana. Jak się jednak okazuje, nawet to nie będzie łatwym zadaniem, gdyż wszyscy mieszkańcy Innsmouth w żadnym wypadku nie będą skorzy do pomocy. Mało tego, na każdym kroku będą starać się uświadomić bohaterowi, że zrobił błąd, przyjeżdżając do mieścinki. Widać to chociażby po tonie, w jakim rozmawiają z Jackiem. W ogóle, tutejsi mieszkańcy są... jacyś dziwni. Nie sposób tego jednoznacznie określić, ale jest w nich coś, co budzi lęk. Może to sposób bycia, może zabobonna mentalność, a może obawa przed tym, co może wyjść na jaw, jeśli Jack zacznie myszkować po mieścinie znacznie intensywniej. Co by jednak nie mówić, grając, odnosi się wrażenie, że bohater trafił do ula naprawdę wkurzony pszczół, które nie zawahają się przed niczym, jeśli spostrzegą, że pan Walters robi się coraz bardziej - jak to mówią - niewygodny.

Rekonesans


Gra od samego początku oferuje nam, pomimo obserwowania akcji z perspektywy pierwszej osoby, przede wszystkim niesamowity klimat towarzyszący eksploracji Innsmouth. Nie zaś, jak pewnie część z Was przypuszczała, likwidowanie kolejno pojawiających się stworków - które jednak wystąpią, ale później - żywcem przeniesionych z prac Lovecrafta. Zatem, gracz ma możliwość swobodnego poruszania się po głównych, wyeksponowanych dla ogółu lokacjach, takich jak np. wejście do portu, motel, alejki między domostwami czy główny plac, na którym znajduje się charakterystyczny posąg - ekhm - bez głowy. Ogromną zaletą gry natomiast jest to, że jej producenci w taki sposób przygotowali scenariusz, iż - pomimo wspomnianej przynależności Call of Cthulhu: Dark Corners of the Earth do gatunku gier FPS - użytkownik przez bardzo dużą część rozgrywki nie ma na wyposażeniu żadnej broni. Nie trudno się więc domyślić, że jeśli bohater wpada w tarapaty - a okazji do tego jest naprawdę sporo - jedynym sposobem na ocalenie życia okazuje się albo ucieczka, albo ukrycie w jakimś ciemnym zaułku.

Zdaję sobie sprawę z tego, że na piśmie może nie brzmi to najlepiej, ale emocje towarzyszące wymienionym momentom potrafią przyprawić o zawał. Adrenalina skacze jak szalona! Dosłownie! Zresztą, kto ukończył grę ten z pewnością pamięta - ot, choćby - akcję w motelu, w którym zatrzymał się bohater, i w którym nieomal dokonał żywota z rąk... Ha, tego naturalnie nie zdradzę. Niemniej, co przyznają zapewne obeznani z tematem, strachu było co nie miara.

Sedno


Oczywiście, rozgrywka polega nie tylko na zwiedzaniu rozmaitych miejsc, ale przede wszystkim na rozwiązywaniu łamigłówek, zbieraniu poszlak prowadzących do kolejnych tropów, analizowaniu zebranych materiałów. W tym miejscu warto wspomnieć o tym, że mocną stroną gry jest świetnie zachowana równowaga między eksploracją, rozwiązywaniem zagadek a momentami, które rychło nadają tempa całej akcji, tym samym sprawiając, że zabawa staje się jeszcze bardziej emocjonująca. Wymieniony wcześniej fakt braku posiadania broni, oraz wiążący się z nim strach wywołany pewną bezradnością, bezustannie idzie w parze z koniecznością zachowywania wszelkiej ostrożności. Jeśli bowiem będziemy chcieli przedostać się do miejsca, które strzeżone jest nie tyle przez policję, co zwykłych mieszkańców Innsmouth, będziemy musieli zwracać szczególną uwagę na to, aby nas nie zauważono. Niewiele bowiem czasu upłynie, od momentu zaalarmowania "służb porządkowych" do całkowitego unicestwienia bohatera. Swoją drogą, jeśli chodzi o Innsmouth, zwykłe aresztowanie byłoby wręcz błogosławieństwem wobec tego, co "stróże prawa" robią ludziom, którzy nie są w stanie podporządkować się określonym warunkom egzystencji w społeczeństwie.

Ciekawym pomysłem, który bardzo mocno wpływa na wiarygodność rozgrywki, jest to, że gracz nie widzi na ekranie monitora żadnego interfejsu. Wszystko bowiem, co nasz detektyw przeżywa - czy jest ranny, czy przerażony - uwydatniane jest pod postacią konkretnych wizualizacji. Szczerze powiem, robi to naprawdę niezłe wrażenie, a w dodatku bardzo mocno wpływa na poziom utożsamienia się z Jackiem. W praktyce natomiast wygląda to w ten sposób, że kiedy Jack otrzymuje cios, tudzież zostaje postrzelony, zaczyna kuleć, poruszać się znacznie wolniej niż normalnie, w tle natomiast pojawia się brzęk złamanej kości. Ponadto, obserwowane przez detektywa środowisko zaczyna szybko tracić barwy, co jest wynikiem ciągłej utraty krwi. Rany z kolei bohater opatruje w czasie rzeczywistym, wyciągając jedną z kilku zebranych wcześniej apteczek, następnie robiąc zastrzyk i bandażując zranione miejsca. I jakby tego było mało, gra w żadnym wypadku nie stopuje następujących kolejno wydarzeń. Jeśli więc w trakcie opatrywania ran nagle pojawi się przeciwnik, wówczas Jack traci jakiekolwiek szanse na przeżycie.

Z kolei w chwilach, kiedy bohater - zrządzeniem losu - trafia na dość wysoko położone kondygnacje, ekran zaczyna wirować, rozmazywać się, co zaś jest wynikiem lęku wysokości ze strony pana Waltersa. Kiedy natomiast detektyw staje się świadkiem jakiejś makabrycznej sceny, wówczas zaczyna powtarzać w myślach, że nie powinien być tu, gdzie jest, że powinien był odpuścić sobie tę sprawę.

Wszystkie te elementy, razem z wcześniej wymienionymi, bardzo mocno wpływają na uwiarygodnienie całej rozgrywki w Call of Cthulhu: Mroczne Zakątki Świata. Dlatego też emocje, które towarzyszą zabawie, zostają w pamięci na bardzo długo. Dla niektórych nawet na zbyt długo...

Widzę i słyszę... coś


Wiadomą sprawą jest, że w grach typu Call of Cthulhu: Mroczne Zakątki Świata dźwięk odgrywa bardzo ważną rolę. Powiedziałbym nawet, że znacznie ważniejszą niż sama grafika. Na nasze szczęście, nie zapomnieli o tym producenci gry, którzy stworzyli taką ścieżkę dźwiękową i zaaplikowali do produktu takiej klasy efekty, że aż strach. Dosłownie! Wszystkie miejsca, które odwiedzamy - czy będą to spowite mrokiem ulice miasteczka, czy odrzucające swą prezencją kanały, czy nie do końca opustoszałe pomieszczenia rafineryjne - posiadają taki zestaw najrozmaitszych dźwięków, na które składa się także cisza (czasami bardziej przerażająca niż skrzek potwora), że człowiek myśli tylko o tym, aby jak najszybciej wydostać się z tego przeklętego miejsca. Efekty dźwiękowe zatem, podobnie jak i utwory muzyczne, pojawiające się tylko w pewnych momentach, zasługują na ogromne uznanie. W zasadzie można je określić jako klasę samą w sobie. I wierzcie lub nie, ale nie są to słowa bez pokrycia. Polecam sprawdzić to na własną rękę, oczywiście tylko tym, którzy zbiorą w sobie odpowiednie pokłady odwagi.

Jeśli chodzi o wizualną stronę Call of Cthulhu: Mroczne Zakątki Świata, grafika nie robi już tak piorunującego wrażenia, jak pozostałe elementy, o których przeczytaliście. Faktem jednak jest, że oprawa bardzo dobrze komponuje się z klimatem gry. Jednak jeśli ktoś oczekuje swego rodzaju wodotrysków, bajerów z wykorzystaniem DirectX 10, może się rozczarować. W końcu gra wyszła w 2005 roku i, ponadto, stanowi port z pierwszego Xboxa.

Poradzę sobie, bez obaw


Szkoda. Naprawdę szkoda, że Call of Cthulhu: Mroczne Zakątki Świata nie zyskał należnej mu sławy oraz rozgłosu. Gra posiada bowiem niesamowity klimat, ciekawe pomysły, uwiarygodniające rozgrywkę, świetnie dobraną oprawę muzyczno-dźwiękową, i... po prostu to "coś". Nikt jeszcze nie określił, co to może być. I nieważne, jakiej gry dotyczyło owe "coś". To jest po prostu "coś", co zatrzymuje gracza przed ekranem do momentu, aż nie ujrzy on napisów końcowych, wieńczących zabawę. I z taką też rekomendacją polecam wszystkim Call of Cthulhu: Mroczne Zakątki Świata. Dla mnie, gra kultowa.

Podobała Ci się recenzja? Jeśli tak kliknij "graj"

recenzja dodana przez: Weaver Weaver który uważa że gra ma takie plusy i minusy

+ Plusy

+  Niesamowity klimat!
+ Rewelacyjne udźwiękowienie
+ Ciekawy i wciągający scenariusz
+ Ciekawe pomysły nadające rozgrywce rumieńców
+ Niewielkie wymagania sprzętowe
+ Polska wersja - za jakość, cenę oraz za to, że w ogóle jest

Minusy

  Chyba tylko to, że szybko się kończy...
 ...i że druga połowa gry już tak nie przeraża

dlatego Weaver
ocenia tę grę na:

8

Grafika 70%

Dźwięk 90%

Gameplay 90%

Ocena wszystkich
recenzentów

8.0

Grafika 70%

Dźwięk 90%

Gameplay 85%

[ + dodaj screen ]

KoZa: Piękniś (PC)

KoZa: "Zainwestuj w Tic Taci, bo ci jedzie!" (PC)

KoZa: Za dużo w Maku jadał (PC)

KoZa: Czyżby "Drogi Watson"? (PC)

Przejmij panowanie nad grą

Teraz

Użytkownicy, którzy lubią tę grę:

Gaminator.tv

Projekt dofinansowany ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka