Medal of Honor: Airborne (PC)
Premiera Świat - 4 wrzesień 2007 Premiera Polska - 7 wrzesień 2007
Ocena użytkowników: dobra
4 osób chce zagrać w tą grę
miejsce w rankingu: n.a.
Wydawca: Electronic Arts
Gatunek: Akcja/Arcade Cechy gry: FPP
Tematyka: Wojenna, Rozgrywka: Singleplayer/Multiplayer
Na tę platformę mamy: 24 screenów, 12 video, 3 recenzji, 1 newsów,
Upadek obyczajów
[ zobacz inne recenzje 3 ] Najlepsza recenzja dodana przez
E. Siekiera
Eugeniusz Siekiera
Nie da się ukryć, że tym, co najsolidniej przyciągało mnie do tej gry, był reklamowany na długo przed premierą patent ze skokami spadochronowymi. Rzecz zupełnie nowa i w FPS-ach drugowojennych do tej pory niespotykana. Obiecywano pełną kontrolę nad skokiem i konstrukcję map umożliwiającą wylądowanie praktycznie w dowolnie wybranym przez nas miejscu. Przyznam, że z tym elementem wiązałem największe obawy, ale jako że los bywa przewrotny, okazał się zarazem jedynym, który mnie nie rozczarował.
Plus i minus
To bezsprzecznie największa zaleta Airborne'a. Otwarta struktura poziomów pozwala na dość sporą dowolność w kwestii zaliczania poszczególnych wytycznych. Każdy etap posiada co najmniej jedną bezpieczną strefę oznaczoną zieloną flarą. Wylądowanie właśnie w tym miejscu daje nam gwarancję, że nie dostaniemy serią między oczy, nim zdołamy wyswobodzić się z linek spadochronu. W takim miejscu również można liczyć na wsparcie ze strony pobratymców i możliwość uzupełnienia zapasów amunicji. Jeśli jednak mamy we krwi coś z wariata, nic nie stoi na przeszkodzie, by osiąść szkopom na tyłkach - pytanie tylko, jak długo w takiej sytuacji będziemy w stanie utrzymać się przy życiu. Jest jeszcze trzeci wariant; wszak można skorzystać z dobrodziejstw ukształtowania terenu i licznie usianych zabudowań, lądując na przykład na dachu budynku, by stamtąd spokojnie zdejmować niczego niespodziewających się wrogów. W teorii wygląda to naprawdę nieźle. Niestety, jak to zwykło bywać, w praktyce nie jest już tak różowo.
Powyższe rozwiązanie niesie za sobą kilka przykrych konsekwencji. Mapy mają co prawda charakter otwarty, ale w gruncie rzeczy są stosunkowo niewielkie. Co z tego, że mogę wbić się do celu na pięć różnych sposobów, a je same zaliczać w dowolnej kolejności, skoro ostatecznie przez dobrą godzinę biegam jak najęty tam i z powrotem po tych samych uliczkach, zmagając się przeciwnikami, którzy wprost uwielbiają się respawnować nawet w tych miejscach, które dokumentnie wysprzątałem pięć minut wcześniej. Cała ta dowolność w zaliczaniu misji to też pic na wodę. Co mi po tym, że najpierw mogę sprzątnąć wysoko postawionego oficjela, a później wysadzić działo przeciwlotnicze lub wykonać to w odwrotnej kolejności? Czy to aż taka rewolucja? Co gorsza, za każdym razem przychodzi nam się przedzierać przez dosłownie tabuny przeciwników, którzy z niewielkiego ciemnego pomieszczenia potrafią się wylewać w nieskończoność. Zdaję sobie sprawę, że takowy zabieg jest efektem ubocznym otwartej struktury map, gdyż w przeciwnym razie daną misję można by zaliczyć w kilkanaście minut, a to byłoby już drobną przesadą, szczególnie gdy uwzględnimy zawrotną ilość poziomów składających się na kampanię w singlu (do tego jeszcze wrócimy).
Przez takie właśnie przegięcia z etapu na etap nabierałem coraz większego przekonania, że mam do czynienia jedynie z - przyznaję - efekciarską, ale przede wszystkim irytująco prymitywną i nieskomplikowaną strzelanką, w której tematem przewodnim jest armia ruchomych celów poprzebieranych w mundury niemieckich żołnierzy. No właśnie, AI też nie powala. Czasem odnosiłem wrażenie, że jedyną rzeczą, z jaką sobie w miarę sensownie radzą, to korzystanie z osłon.
Niestety gra nie niesie żadnego przekazu, żadnych większych emocji, które towarzyszyły podczas rozgrywania kampanii chociażby w sławetnym Allied Assault. Seria straciła element, który od samego początku silnie ją cechował. W temacie grania na uczuciach Airborne daje ciała na całej linii, oddając pałeczkę marce Call of Duty. Fakt, iż oddał ją już dawno, ale nigdy walkowerem! I nie zamierzam w ramach porównania rzucać na ring fenomenalnego Modern Warfare, bo produkcja EA zebrałaby niemiłosierne baty w każdym możliwym aspekcie takiego zestawienia. To byłaby walka Dawida z Goliatem, tyle że tym razem gigant wdeptałby konusa w ziemię. Prawda jest taka, że nawet pierwszy CoD lepiej pozwalał nam poczuć temat, pokazując choć w niewielkim stopniu, jak niewyobrażalnym koszmarem jest wojna. Był oczywiście od pierwszej do ostatniej minuty wyreżyserowany, a co za tym idzie - do bólu oskryptowany, ale liczyły się przecież emocje. W Airborne tego elementu zabrakło. Nie ma więzi z bohaterem, nie czujesz, że jesteś tylko nic nieznaczącym kolesiem i generalnie zwisa ci, że zbłąkana kula może być tą ostatnią. Pozostała tylko wesoła rozpierducha z respawnującymi się botami. Nawiasem mówiąc, system checkpointów (save'a na życzenie tu nie uświadczycie) też woła o pomstę do nieba. Po śmierci gra cofa nas do momentu skoku, przywracając życie również powalonym przeciwnikom. Parodia.
Realizm? Na co komu realizm!
Innym, nie mniej irytującym elementem, jest odstępstwo od cechującej serię dbałości o zgodność z faktami historycznymi i względny realizm przedstawionej opowieści. Gra w ogólnym zarysie bazuje na prawdziwych wydarzeniach, niestety nie zabrakło również kilku bzdur kompletnie wyssanych z palca. Scenarzyści Airborne'a zdrowo sobie pofolgowali, zamieniając ostatnie etapy kampanii w stosunkowo ubogiego krewniaka RTCW. Byśmy się dobrze zrozumieli - nie mam nic do przygód Blaskowitza, było nie było to jeden z ciekawszych FPS-ów ostatniego dziesięciolecia. Tyle że odpalając jakikolwiek produkt spod szyldu Medal of Honor liczę na bród, smród, chaos i horror, w którym równy udział będzie miała każda ze stron, nie spodziewając się, że przyjdzie mi toczyć nierówne boje z pancernymi szkopami, którzy bez zająknięcia potrafią przyjąć na łeb strzał z shotguna.
Podobne dyrdymały pasowały jak ulał do wspomnianego dzieła konkurencji, gdzie temat bluźnierczych eksperymentów, nad-żołnierzy i zombiaków grasujących w podziemnych grobowcach był czymś zupełnie naturalnym. To najbardziej doskwierające (bo najczęściej sprowadzające nas do parteru) uproszczenie, ale niestety nie jedyne. W scenariusz wkradło się również kilka przekłamań historycznych, które nie mają żadnego pokrycia z rzeczywistością (i zdrowym rozsądkiem).
Czy coś pominąłem? Ano tak. Upgrade broni. Kolejne dziwactwo, które na szczęście dla odmiany nie wkurza jak powyższe pomysły, bo najzwyczajniej w świecie bywa przydatne. Wygląda to dość prosto - umiejętne (a więc efektywne) korzystanie z danej spluwy podnosi nam poziom doświadczenia, to zaś co jakiś czas owocuje większą pojemnością magazynka czy gadżetami poprawiającymi celność, zmniejszającymi odrzut etc.
Brzmi i wygląda jak należy
Efekciarstwo i dynamika - tych elementów z pewnością grze odmówić nie sposób. Po części za taki stan rzeczy odpowiada niezwykle wydajny Unreal Engine 3, na którym bazuje program. Jest czym nacieszyć oczy, choć i tu nie wszystko błyszczy, jak należy. Wkurza na ten przykład efekt związany z wybuchem granatu (straszliwa bieda). Podobnie ma się rzecz z interakcją. To pojęcie było twórcom najwyraźniej zupełnie obce, gdyż w Airbornie wszystko jest kuloodporne i przyklejone do powierzchni, począwszy od żarówek, lampek i krzeseł aż po drewniane skrzynie. Fizyka ciał też nadaje się do podmianki. Po przyjęciu kulki wróg na odchodnym ma głupi zwyczaj kpić sobie z grawitacji. Nie raz i nie dwa naszym oczom ukazują się także nienaturalnie rozciągnięte członki powalonych żołnierzy. Ludzie-gumy, kolejny nieudany eksperyment niemieckich naukowców czy ki diabeł? Z drugiej strony, gdy pominiemy wspomniane detale i spojrzymy z dystansu na całokształt, trzeba przyznać, że oprawa gry robi naprawdę niezłe wrażenie. Do tego udało się ją całkiem sensownie zoptymalizować, co w dzisiejszych czasach również zasługuje na uznanie.
Trudno by mi było przyczepić się również do muzycznej strony programu. Mamy tu wszystko, do czego przyzwyczaiły nas najlepsze pierwszoligowe FPS-y - niezwykle soczyste dźwięki otoczenia i świetne, pompatyczne i podbijające tempo rozgrywki kawałki symfoniczne skomponowane specjalnie na potrzeby gry. W ucho wpada również kilka melodii znanych z wcześniejszych odsłon, ale akurat ten delikatny ukłon w stronę korzeni zupełnie mi nie przeszkadzał.
Pora w kilku zdaniach podsumować wrażenia, jakie towarzyszyły mi podczas przygody z najnowszą odsłoną kultowej marki. Choć nie uważam czasu spędzonego z grą za stracony, mimo wszystko nie mogę o Airbornie mówić inaczej, jak tylko w kategoriach rozczarowania. Mam do serii spory sentyment, a od bliskich sercu wymaga się zawsze najwięcej. Rozgrywka jest wciągająca, ale kompletnie nie sprzedaje nam żadnych głębszych treści, tak jak czyni to największy konkurent ze stajni Infinity Ward. Gwoździem do trumny jest stosunek ceny do długości kampanii; grubo ponad 100 zł w momencie premiery i raptem sześć misji to temat na osobny i wyjątkowo jadowity artykuł. Sytuacji nie ratuje również stosunkowo kiepskawy multi ośmieszający się skandaliczną ilością trybów (całe trzy). EA najwyraźniej po raz kolejny zmierza do tego, w czym od lat się specjalizuje - odcinaniu kuponów i trzaskaniu taśmowo kolejnych odcinków. Życzyłbym sobie nie oglądać, jak kolejna wybitna seria przez względy ekonomiczne (więcej, chcemy więcej!) zostaje rozmieniona na drobne. Obym nie był złym prorokiem.
recenzja dodana przez:
E. Siekiera
który uważa że gra ma takie plusy i minusy
+ świetny, soczysty dźwięk
+ przyzwoita grafika
+ dynamiczna i efekciarska
+ skoki dają radę
− zerowa interakcja
− przekłamania historyczne
− nie gra na emocjach, jak stare odsłony
− 6 misji - dobry żart
− cyber-szkopy z końcówki przepełniły czarę goryczy
− biedny multi
Ocena wszystkich
recenzentów
7.7
Grafika 86%
Dźwięk 80%
Gameplay 83%
Lama: Hans wypił troszkę bimberku... (PC)
Kot: Niemiec długoszyi (PC)
Kot: Niemiecka wersja Mr. Fantastica (PC)
Kot: Wiszące skrzynie (PC)
Postacie [1]
- Nazwa: Browning Automatic Rifle
- A.K.A.: BAR
- Typ: Broń















