BlackSite: Area 51 (PC)
Premiera: nie znamy jeszcze daty premiery
Ocena użytkowników: średnia
2 osób chce zagrać w tą grę
miejsce w rankingu: n.a.
Na tę platformę mamy: 16 screenów, 2 video, 2 recenzji, 1 newsów,
Nie taki ufok straszny...
[ zobacz inne recenzje 2 ] Najlepsza recenzja dodana przez
E. Siekiera
Eugeniusz Siekiera
Nie wiem, czy jest ona wynikiem nazbyt rozbuchanych oczekiwań czy czegokolwiek innego. Przecież nikt chyba cudów się nie spodziewał, wszak pierwsza Strefa 51 też żadnym odkryciem roku nie była. Ot, typowo zręcznościowy FPS-ik w starym stylu, w którym najpierw strzelamy, dopiero potem zadajemy pytania, o ile kto żywy ostanie się na placu boju. Tutaj mamy dokładnie ten sam scenariusz, wsparty dodatkowo jednym z najbardziej zaawansowanych silników graficznych ostatnich lat (Unreal Engine 3.0). Więc o co ten cały krzyk?
Podróże małe i duże
Największą przewagą BlackSite'a względem wcześniejszej odsłony (z pominięciem oprawy rzecz jasna) jest różnorodność miejscówek. Area 51 była pod tym względem stosunkowo monotematyczna, skupiała się bowiem na tytułowej Strefie 51. Pod koniec robiło się nieco ciekawiej, bo oprócz ufoli pojawił się na horyzoncie również ich statek, jednakże przez większość gry skazani byliśmy na przemierzanie ciągnących się kilometrami korytarzy bazy. BlackSite nie popełnia tego błędu. Cała kampania w singlu (dość krótka niestety) została podzielona na szereg zróżnicowanych tematycznie etapów.
Interaktywny prolog rzuca nas do Iraku, trzy lata wstecz, gdzie cała afera miała swój początek. Trzyosobowy oddział Delta Force (w tym gracz w roli Aerana Pierce'a) zostaje wysłany pod pretekstem przejęcia pewnego bunkra, który to wedle raportu wywiadu służy jako magazyn bomb chlorowych i innych niebezpiecznych zabawek. Nie trudno się domyślić, że rzeczonych bomb na miejscu nie znajdziemy, miast tego... Szczegółów zdradzać nie będę, dość powiedzieć, że sprawy mocno się skomplikują, a nasz dream team zostanie nieco uszczuplony.
Na dodatek, oprócz wojskowych pod nasz celownik z równą pasją i zaangażowaniem zaczną pchać się jakieś mutanty i inne podejrzane stwory, które raczej nie figurują w żadnym znanym podręczniku do biologii. Generalnie rzecz biorąc zrobi się gorąco i dramatycznie. Po wykaraskaniu się z tego bagna część wspominkowa dobiega końca, my zaś przenosimy się w czasie i przestrzeni. Od tej pory terenem naszych działań będzie stan Nevada, z miasteczkiem Rachel na czele. Nie zabraknie również krajoznawczych wycieczek po wypalonej słońcem pustyni, tudzież podziwiania widoków z pokładu śmigłowca. Do samego finału pozostaniemy w obrębie Strefy 51, próbując rozwikłać skrywane od lat tajemnice, które teraz wylazły na światło dzienne, siejąc popłoch i spustoszenie.
Zero taktyki
Już pierwsza misja nie pozostawia wątpliwości, z jaką grą mamy do czynienia. I schemat, wedle którego rozgrywamy ten początkowy etap, obowiązuje do samego końca. Choć w boju częstokroć towarzyszą nam wyszkoleni i uzbrojeni po zęby żołnierze, my zaś możemy wydawać im proste komendy, BlackSite nawet nie próbuje udawać gry z zacięciem taktycznym. Tu nie ma miejsca na skradanie czy wymyślną grę zespołową - cała zabawa ogranicza się do siania ogniem na lewo i prawo. System wspomnianych rozkazów jest prosty i intuicyjny - wszystko sprowadza się do operowania jednym klawiszem akcji. W zależności od tego, na co wskażemy kursorem, chłopaki z Delty zaatakują dany cel, zmienią pozycję, bądź na przykład wyważą zabarykadowane drzwi.
O kompanów martwić się nie trzeba, bo wszystkim rządzi tutaj wszechobecny skrypt i nie grozi im przedwczesna śmierć. A jak będzie trzeba, to i właściwą drogę sami znajdą w razie potrzeby. Sztuczna inteligencja, zarówno przeciwników, jak i naszych, delikatnie mówiąc nie poraża (a jeśli już, to w negatywnym tego słowa znaczeniu), więc brak konieczności niańczenia współtowarzyszy wyszedł grze na dobre. Jedyne, na co przekłada się nasze postępowanie na placu boju, to tzw. morale oddziału. O co w tym chodzi? W zależności od tego, jak bardzo pomocni i efektywni jesteśmy, morale zespołu rośnie bądź maleje. Im wyższy poziom, tym drużyna agresywniej i śmielej prze do przodu. Jeśli zaś dostajemy od obcych paskud po zadku, morale zalicza glebę, co z kolei owocuje tym, że chłopaki, miast walczyć, kryją się po kątach, a oddane strzały są mniej celne niż zazwyczaj. Piszę tu, jak to powinno wyglądać wedle śmiałych założeń twórców, bo niestety nie zauważyłem rażących zmian w zachowaniu podkomendnych. Być może wynika to z faktu, że nasi to skończone niedojdy i 90% roboty trzeba wykonać samemu. Niskie czy wysokie morale nie mają więc większego wpływu na wydarzenia, bowiem panowie cały czas walczą tak samo - czyli kiepsko. Tak czy inaczej za sam pomysł należy się pochwała, ale nad realizacją stanowczo trzeba by jeszcze popracować.
Gigantomania
Pamiętacie ataki klonów w Area 51? Bitwy z jednym rodzajem przeciwników, którzy dosłownie wylewali się z każdego ciemnego zaułka? Niestety BlackSite'a dotyka podobny problem. Zróżnicowanie obcych pozostawia sporo do życzenia, aczkolwiek tu jest z tym nieco lepiej, bo kilka paskud nadrabia wyglądem bądź rozmiarami. Szczególnie zapada w pamięć robal okupujący olbrzymi most, z którym walczymy (z robalem, nie mostem) prowadząc ostrzał z pokładu śmigłowca. Wysokie na kilkadziesiąt metrów (skromnie licząc) monstrum jest całkiem nieźle animowane, gdy zaś już dziada utłuczemy, odchodzi z tego padołu w iście hollywoodzkim stylu. To definitywnie najciekawsza i zarazem najbardziej widowiskowa scena gry. Innych bossów również nie brakuje, co więcej, lubią się powtarzać (w trakcie przygody występują częściej niż raz).
Zjadliwe, choć kiepsko doprawione
Największy problem z BlackSitem jest tej specyficznej natury, że niewiele znajdziemy tu elementów, do których nie można by się w ten czy inny sposób przyczepić. Na przykład fabuła - zaczyna się ciekawie, w trakcie gry niepotrzebnie komplikuje, a kończy wyjątkowo sztampowo i tandetnie, jak w kiepskim filmidle z mocno okrojonym budżetem.
Albo animacja i fizyka. Niby z pudełka krzyczy do nas logo Havoka, problem w tym, że w grze nie bardzo go widać. Owszem, wiele przedmiotów podatnych jest na naszą ingerencję, ale brak wyraźnej konsekwencji w tym względzie. Fizyka prowadzonego pojazdu też pozostawia wiele do życzenia. Prowadzimy ciężki samochód terenowy, a w trakcie jazdy sprawia wrażenie, że wywróci się od silniejszego podmuchu wiatru. Animacja ciał po śmierci to już kompletna żenada. Ogólne wrażenie psują również pomniejsze babole, jak na przykład pozostałości po odstrzelonych typkach, czyli wszelkiej maści uzbrojenie, które ma dziwną tendencję do lewitowania w powietrzu.
O dziwo, jako całość wyszło z tego całkiem strawne danie (choć nieco zacofane względem dzisiejszych tytułów pierwszoligowych), ale wystarczy rozebrać potrawę na czynniki pierwsze, by zobaczyć, że poszczególne składniki są źle dobrane, a całość kiepsko przyprawiona. Tym niemniej zjeść się da, należy jednak pamiętać, że nie będzie to najlepsza uczta waszego życia. Ot, bardziej przystawka przed czymś poważniejszym.
recenzja dodana przez:
E. Siekiera
który uważa że gra ma takie plusy i minusy
+ odprężająca rozwałka w starym stylu
+ rozmiary niektórych paskud
+ niezła oprawa
+ spore zróżnicowanie etapów
− przy dłuższym seansie nużąca
− fabuła rodem z podrzędnego filmu
− kiepska AI
− masa drobnych błędów
Ocena wszystkich
recenzentów
6.0
Grafika 65%
Dźwięk 65%
Gameplay 55%
E. Siekiera: A mówiłem wczoraj, stary, nie pij tyle! (PC)
E. Siekiera: Czy wszyscy mają tu kota na puncie UFO? (PC)
E. Siekiera: Dramatyczny zgon tuż przed końcem - jakież to banalne! (PC)
E. Siekiera: Grafika to najjaśniejsza strona gry (PC)

