Gaminator. Gry online.

graj lub zgiń
Szukaj

Jesteś tutaj pierwszy raz. Bardzo nam miło. Zarejestruj się, aby zyskać dostęp do największej bazy video o grach, możliwości wrzucania swoich treści, a także do systemu podpowiadania gier – Game Connect.

Logowanie

Zamknij Wyślij uwagę
 

Lost Planet: Extreme Condition (PC)

Lubię to! 5

Premiera Świat - 26 czerwiec 2007 Premiera Polska - 30 sierpień 2007

Ocena użytkowników: dobra

0 osób chce zagrać w tą grę

miejsce w rankingu: n.a.

Deweloper: Capcom Dystrybutor: CD Projekt Wydawca: Capcom

 

Gatunek: Akcja/Arcade Podgatunek: Strzelanka Cechy gry: TPP

Tematyka: Science-Fiction, Rozgrywka: Singleplayer/Multiplayer

Moja ocena: 1 2 3 4 5

 

Game market

zgłoś tę grę

Na tę platformę mamy: 16 screenów, 10 video, 1 recenzji, 10 newsów,

Lodowe pustkowia monotonii i nudy

[ zobacz inne recenzje 1 ]
Najlepsza recenzja dodana przez E. Siekiera E. Siekiera
Skuta lodem planeta gdzieś na rubieżach kosmosu, samotny bohater z problemami, utraconą pamięcią oraz olbrzymie robale, które co rusz wychylają swój łeb spod ziemi i szukają kłopotów. W międzyczasie trzeba gdzieś iść, coś zrobić, wyjaśnić. Szczegółów nie pamiętam. Fabuła jest głupia jak przeciętny polityk i dziurawa jak jego kieszeń. Równie dobrze mogłoby jej w ogóle nie być. Ale kto przy zdrowych zmysłach odpalałby taki tytuł dla fabuły?

Eugeniusz Siekiera


Lost Planet okazał się grą bardzo nierówną, a w ostatecznym rozrachunku nieco mnie rozczarował. Z jednej strony mamy piękną, momentami wręcz oszałamiającą grafikę, gigantycznych, świetnie animowanych przeciwników, z drugiej zaś nieustanna sieczka z czasem robi się monotonna, a przydługie, rozciągnięte do granic przyzwoitości przerywniki filmowe potrafią znudzić człowieka, jak kolejny odcinek Mody na sukces.

Kto wam te dialogi układał?


Zasiadając do Lost Planet, nastawiłem się przede wszystkim na babranie się po pas w śniegu, ostrą sieczkę i rozgrzane lufy karabinów, które nie ostygną nawet na ostrym mrozie. I te elementy faktycznie w produkcji japońskiego giganta znajdziemy. Problem w tym, że po przejściu raptem półgodzinnego etapu serwuje mi się niemal dziesięciominutowy przerywnik, w którym nic się nie dzieje, a bohaterowie odkrywając kolejne szczeble zakrojonego na szeroką skalę spisku, siedzą, ględzą i przynudzają. Ktoś zaraz pewnie powie, że mógłbym je pominąć. To prawda, ale mam głupi zwyczaj oglądania wszystkiego, łącznie z napisami końcowymi. Skoro ktoś to przygotował, ja za to zapłaciłem, dlaczego miałbym to olać? Więc siedzę, słucham drętwych, pisanych na jedno kopyto dialogów i czekam na jakiś rozwój wypadków. Daremne moje nadzieje. Podczas cut-scenek nie dzieje się praktycznie nic, co normalnie może i by mnie nie wkurzało, ale chyba nigdy Capcom nie kierował się tak rażącą niekonsekwencją. No bo weźmy chociażby przerywniki z Devil May Cry'a - są dokładnie takie, jak i sama rozgrywka - szybkie, dynamiczne, momentami zabawne, a przez to nie nudzą nawet przez chwilę. Tymczasem tutaj bieda aż piszczy. Warto je oglądać chyba tylko dla ponętnej Luki.

Grafika, że oko bieleje?


Niekwestionowanym atutem Lost Planet jest grafika. To jedna z pierwszych prawdziwie next-genowych produkcji i ową next-genowość faktycznie widać. Dlatego też. patrząc przez pryzmat oszałamiającej w pewnych miejscach oprawy, długo głowiłem się, co też mi tu nie pasuje. Bo że coś nie grało, wiedziałem od samego początku. Dopiero w końcowych etapach załapałem, co tak bardzo nie dawało mi spokoju. Konstrukcja map i ogólna sterylność, jaka na nich panuje. Owszem, lodowe pustkowia prezentują się nieźle, ale na dłuższą metę są koszmarnie monotonne. Jaki jest śnieg, każdy widzi. Ten w Lost Planet prezentuje się wyjątkowo dobrze, a zamieć w końcu wygląda, tak jak powinna (czytaj: widoczność ogranicza się do czubka nosa, a i to nie zawsze), ale jak zobaczysz jeden etap, to tak, jakbyś widział już wszystkie. Zamknięte pomieszczenia wypadają na tle otwartych plenerów jeszcze gorzej, bo tutaj wspomnianej sterylności nic już nie tłumaczy. Poza całą armią robactwa do wytępienia, rozwalonych ciężarówek czy zbiorników z energią termalną, nie ma tu praktycznie nic. Wnętrza budynków i hal są do tego stopnia ubogie, że nie utrwaliła mi się w pamięci żadna charakterystyczna miejscówka. Czy to źle? Ano źle, nawet bardzo, biorąc pod uwagę, że mamy do czynienia z grą, w której oprawa gra pierwsze skrzypce.

Najcięższy grzech - monotonia


W miarę postępów w grze, grubą kołdrę śniegu zamieniamy na wypalające swą czerwienią strumienie płynnej lawy. Tutaj podobny zarzut, co na początku - za pierwszym czy drugim razem robi to wrażenie, ale niestety gra w żaden ciekawy sposób nie ewoluuje, nawet nie stara się czymś zaskoczyć, pokazać czegoś nowego, co by zmusiło mnie do zatrzymania i pokiwania z podziwem głową. Wręcz przeciwnie, im bliżej końca, tym odczuwałem coraz większe znużenie, a co za tym idzie, coraz prężniej przebijałem się przez kolejne fale obcego ścierwa, chcąc mieć to jak najszybciej za sobą.

Same mapki też są niezwykle ubogie pod względem konstrukcyjnym. Mamy tutaj zupełne przeciwieństwo takiego chociażby Half-Life 2, w którym nie brakowało świeżości, na każdym kroku pojawiał się nowy, zaskakujący pomysł, a poziomy nie dość, że cieszyły oko różnorodnością, dodatkowo zaprojektowano ciekawie i z głową. Tutaj praktycznie wszystko odwalono na jedno kopyto - albo kilka pustych pomieszczeń, albo rozciągająca się aż po horyzont gigantyczna przestrzeń, przysypana kilkumetrową warstwą śniegu i pojawiającymi się od czasu do czasu skałami i ruinami starych budynków, które teraz są już tylko cieniem dawnej świetności. I to z grubsza tyle. O jakimkolwiek ciekawszym zapętleniu korytarzy, czy czymś w tym guście można od razu zapomnieć.

Dla odmiany garść pochwał


Jeśli zaś chodzi o kwintesencję gry, czyli samą walkę, z pewnością na pochwałę zasługują nasi najwięksi (nie tylko gabarytowo) przeciwnicy w tej grze. Akridzi wyglądają i poruszają się obłędnie. Co prawda widzę tu pewne inspiracje jednym z najbardziej kiczowatych filmów ubiegłego stulecia, czyli Żołnierzami Kosmosu (nierówna walka ludzi z olbrzymimi robalami i te sprawy), ale akurat wizja Capcomu przypadła mi do gustu. Na szczególne wyróżnienie zapracowali sobie ci najwięksi z największych. Na wzór starych automatowych produkcji, koniec każdego etapu wieńczy pojedynek z jakimś wyrośniętym paskudztwem. Powiem szczerze, że to chyba najciekawsza i z całą pewnością najbardziej emocjonująca część rozgrywki. Warto przebić się przez cały etap chociażby po to, żeby tego doświadczyć na własnej skórze. Bossowie są niezwykle ciekawie zaprojektowani i najczęściej wielcy jak stodoła (a czasem jak kamienica). Co istotne, nie wystarczy grzać na oślep ile fabryka dała. Większość obcych może pochwalić się pancerzem tak twardym, że ostra amunicja nie robi na nich większego wrażenia. Ale oczywiście każdego niemilca twórcy obdarzyli swoistą piętą achillesową. Wystarczy więc skupić się na wrażliwych punktach na ciele przeciwka, a największa nawet poczwara szybko stanie się wspomnieniem.

W boju skutecznie pomagają nam mechy, którymi w wielu momentach gry przyjdzie nam się posłużyć. Co prawda, swymi rozmiarami respektu w nikim nie wzbudzą, ale skromny wygląd z nawiązką nadrabiają potężnym uzbrojeniem i różnorodnością, w jakiej tu występują. Co więcej, broń mecha nie jest na trwałe przymocowana do maszyny i jest również zdatna do użytku, gdy poruszamy się na własnych nogach. Jest to co prawda trochę nieporęczna zabawka, ale zniszczenia, jakie nią zadajemy w szeregach przeciwnika, rekompensują te drobne niedogodności.

Walki można co prawda unikać (czasem, miast bawić się w kotka i myszkę, opłaca się po prostu wziąć nogi za pas), ale gra w sprytny sposób zmusza nas do tego, byśmy jak najczęściej chwytali za spluwę. Wszystko rozbija się bowiem o energię termalną, jedyną rzecz, która trzyma nas tak naprawdę przy życiu na tej niegościnnej planecie. Poziom T-ENG nieustannie maleje, warto więc wciąż uzupełniać braki (każde utłuczone ścierwo to dla nas mała porcja zbawiennej substancji), gdyż odpowiednia jej ilość niejednokrotnie wyciągnie nas z tarapatów (uzupełnia automatycznie utracone punkty życia, a więc nawet śmiertelne uderzenie wcale nie musi być jednoznaczne z końcem naszego żywota).

Co nieco o konwersji


Do omówienia pozostała jeszcze sprawa konwersji. Na szczęście nie mamy do czynienia z tak spektakularną porażką jak Devil May Cry 3 czy Resident Evil 4 (w swej pierwotnej wersji) w edycjach na PC. Świetne tytuły zostały tragicznie przeszczepione na grunt blaszaków. Tutaj z kolei dostajemy przeciętną grę, przeniesioną dla odmiany całkiem zgrabnie. Oczywiście nie wszystko jest idealne. Szczególnie rażą dwie rzeczy - po pierwsze opisy sterowania, odnoszące się do konsolowego pada. A klawiatura to pies? Drugą, doskwierającą bolączką jest konieczność aktywacji gry przez Steama. W obliczu gry, w której multiplayer pełni jedynie rolę przystawki do singla, takie rozwiązanie jest jakimś koszmarnym nieporozumieniem.

Niespełniony sen


Wszystkie powyższe lamenty i żale wynikają po części z mocno nadszarpniętych oczekiwań. W końcu tyle się o tej grze mówiło, a wyszedł klasyczny przeciętniak. Te wszystkie przedpremierowe "ochy i achy" tylko zaszkodziły produkcji Capcomu, gdyż najzwyczajniej świecie nie spełniła wygórowanych oczekiwań. A to przecież wcale zła gra nie jest. Wręcz przeciwnie. Lost Planet zapewnia intensywną, skomasowaną dawkę wrażeń, zamykających się w bardzo krótkiej, bo raptem 5-6 godzinnej kampanii w singlu oraz stosunkowo słabym multi. Gra się wybornie, pod warunkiem jednak, że serwujemy sobie zabawę w odcinkach, powiedzmy 2-3 misje na jedno posiedzenie. Dłuższy seans zaowocował u mnie totalnym zniechęceniem do dzieła Japończyków. Nie udało się, niestety, twórcom uciec od klątwy nudy, która ciąży nad tego rodzaju prostackimi zręcznościówkami. Podobnie jak w Serious Sam 2, zabawa jest naprawdę niezła, ale tylko na krótką metę.

Podobała Ci się recenzja? Jeśli tak kliknij "graj"

recenzja dodana przez: E. Siekiera E. Siekiera który uważa że gra ma takie plusy i minusy

+ Plusy

+  grafika miejscami głowę urywa
+ animacja i wygląd Akridów
+ na krótką metę grywalna

Minusy

  po dłuższym seansie nuży potwornie
 infantylna fabuła, przegadane przerywniki
 biedne, marnie skonstruowane mapy

dlatego E. Siekiera
ocenia tę grę na:

7

Grafika 90%

Dźwięk 80%

Gameplay 70%

Ocena wszystkich
recenzentów

7.0

Grafika 90%

Dźwięk 80%

Gameplay 70%

[ + dodaj screen ]

E. Siekiera: Finałowy, żenująco prosty boss - do rozwalenia w pół minuty (PC)

E. Siekiera: Gdzieś tu zaparkowałem gablotę (PC)

E. Siekiera: Gigantyczna ćma - lepiej, żeby nas nie zauważyła (PC)

E. Siekiera: Ktoś pozostawił tu całkiem sprawnego mecha, warto zeń skorzystać (PC)

Przejmij panowanie nad grą

Teraz

Użytkownicy, którzy lubią tę grę:

Gaminator.tv

Projekt dofinansowany ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka