Ninja Blade (PC)
Premiera Świat - 31 październik 2009
Ocena użytkowników: dobra
0 osób chce zagrać w tą grę
miejsce w rankingu: n.a.
Deweloper: From Software Dystrybutor: Microsoft Wydawca: Microsoft Game Studios
Gatunek: Akcja/Arcade Podgatunek: Bijatyka Cechy gry: TPP
Tematyka: Science-Fiction,
Game market
zgłoś tę grę
Na tę platformę mamy: 30 screenów, 14 video, 1 recenzji, 7 newsów,
Na plasterki!
[ zobacz inne recenzje 1 ] Najlepsza recenzja dodana przez
E. Siekiera
Eugeniusz Siekiera
Tak, choć nie do końca. Skąd ta pokrętna logika? Bo gra w ogólnym rozrachunku wypada nieźle. Jest szybko, dynamicznie i efektownie, a oprócz drobnicy pod ostrze naszego miecza trafiają wyjątkowo przerośnięte bydlaki. Jest, powiedziałbym, w 100% zgodnie z kanonem. Więc w czym rzecz? Odniosłem wrażenie, że ekipa From Software przedobrzyła. Zapragnęli stworzyć slashera przegiętego do granic, bardziej efekciarskiego niż Matrix i Dragon Ball razem wzięte. Obsadzili swoje dziecko taką ilością bossów, by konkurencja zarumieniła się ze wstydu, a absurdalne, przeczące prawom fizyki cut-scenki naszpikowali tak niewiarygodną ilością sekwencji QTE, że wystarczyłoby ich dla całej trylogii. Co z tego kulturowego, kipiącego kiczem tygla wyszło w ostateczności?
Danie strawne, acz tylko tyle. Można zapomnieć o wykwintnej uczcie, o uczuciu sytości, które towarzyszyć nam będzie jeszcze długo po konsumpcji. Idąc śladem tych kulinarnych porównań, Ninja Blade jest niczym fast food. Może nie dworcowa buda z rozmiękczonymi frytkami. Bardziej jak jedna ze znanych sieci, w których za stosunkowo niewielkie pieniądze można się zapchać, ale wystarcza to na krótką metę. Godzinę później nie będziesz pamiętał, co jadłeś.
Fabuła bywa w takowych produkcjach rzeczą mało istotną, więc płytka, naciągana historia zaprezentowana w Ninja Blade nie sprawia zawodu. Grunt, by był pretekst do robienia ostrej zadymy. Terenem naszych działań jest Tokio, w którym przychodzi nam stawić czoła niezwykle groźnemu pasożytowi. Ostatnią deską ratunku okazuje się Ken Ogawa, który jako jedyny zdaje się być uodporniony na działanie robali. A że przy okazji jest zręczniejszy od Neo, to tylko plus dla niego.
Pomysł na rozgrywkę jest prosty, bo po wielokroć sprawdzony. Mamy wojownika, który wesoło sobie hasa po niszczonym sukcesywnie mieście i tnie na cienkie plastry zainfekowane poczwary. Co kwadrans (a czasem i częściej) trafia na jakiegoś wyjątkowo przerośniętego skurczybyka i wtedy dopiero zaczyna się prawdziwy balet. Pod względem populacji wszelkiej maści bossów Ninja Blade wyprzedza konkurencję, choć nie powiem, by był to powód do dumy. Walki często są długie, a takie zagęszczenie podobnych starć sprawia, że rozgrywka staje się momentami nużąca. Co gorsza, gra zaczyna połykać własny ogon, bo z czasem przychodzi nam walczyć ze znanymi już olbrzymami. Czyżby wychodził na wierzch brak pomysłów? Schematyczność i powtarzalność dotyczy zresztą całej konstrukcji programu. Przynajmniej połowę misji rozpoczynamy zasiadając za działem i prując do wrażych paskudztw. Wtręt celowniczkowy to miłe urozmaicenie, ale nie w takiej ilości, jak tutaj.
W walce z wkradającą się gdzieś w połowie nudą nie pomaga również inna kwestia. Etapy to istne kobyły, a wyjście z gry przed ukończeniem misji skutkuje utratą postępów, zapis bowiem dokonuje się dopiero po zatłuczeniu głównego big bossa każdego poziomu. Tak inteligentne rozwiązania to mogły przypełznąć na PC tylko w wyniku konwersji typowej konsolówki. Nie powiem, jak olbrzymia radość przepełniła me serce, gdy po 50 minutach przebijania się przez najrozmaitsze ścierwo gra wyrzuciła mnie na pulpit, na pięć minut przed zadaniem ostatecznego ciosu. Nie pozostało nic innego, jak cisnąć kompem przez okno... lub zacisnąć zęby i zacząć od początku.
Pod względem zagęszczenia absurdu i łamania praw fizyki przerywniki w Ninja Blade dorównują tym z serii DMC, a w niektórych momentach nawet ją prześcigają. Bieganie po ścianach, nieprawdopodobne ewolucje i skoki pomiędzy budynkami? Banał. Jazda na motorze dobry kilometr nad miastem po wyrzucanych w powietrze wrakach samochodów? Już lepiej. Gość o sile Hulka i zręczności Spidermana zatrzymujący szorujący po asfalcie wrak olbrzymiego samolotu? Dlaczego nie. Tu jest po prostu wszystko. W temacie charyzmy i "tego niedefiniowalnego czegoś", co decyduje o popularności danej postaci, naszemu pupilowi wciąż jeszcze sporo brakuje do Dantego, jednak na polu małpiej zręczności i nieludzkich możliwości ci panowie mogliby podać sobie ręce. Jestem ciekaw, jak wyglądałby pojedynek tych jegomości.
Tyle że w przypadku licznych, piekielnie efektownych cut-scenek też przedobrzono. Z czym? Z sekwencjami Quick Time Events. Są wszędzie. Co krok, co minutę. Czasem w trakcie jednej walki z podrzędnym bossem bawimy się w prawidłowe wciskanie klawiszy kilka razy. I po raz kolejny - nie mam nic przeciwko takim urozmaiceniom, ale powinien to być bonus do rozgrywki właściwej (jak w Resident Evil 4 chociażby), a nie drugi najczęściej występujący element w kampanii.
W kwestii uzbrojenia szału nie ma, ale posiadane klamoty wystarczają z nawiązką, by każdego upierdliwca przerobić na kotlety. Początkowa lista ciosów nie jest może zbytnio imponująca, ale dzięki zdobycznym orbom możemy podbijać poziom poszczególnych egzemplarzy, ucząc się tym samym nowych combosów. Obok kilku mieczy na naszym wyposażeniu znajduje się również ninjutsu, którego właściwości podejrzanie mocno przypominają dysk z ostrzami z Dark Sectora. Początkowo celnie wymierzone ustrojstwo potrafi jedynie gasić ogień, jednak w miarę postępów pozyskujemy nowe umiejętności, jak zapalanie czy porażenie wiązką energetyczną. Zastosowanie powyższych jest dwojakiego rodzaju - przydaje się zarówno po odblokowywania zatarasowanych przejść, jak i zadawania obrażeń przeciwnikom (nie wyłączając bossów).
Co oprócz samej walki? Niewiele prawdę mówiąc. Drobne elementy akrobatyki to trochę zasłona dymna, mająca zatuszować wrażenie, że cała kampania to jedna wielka bitka przetykana sekwencjami QTE. Nasz protegowany świetnie biega po ścianach, huśta się na drążkach z wprawą godną Księcia Persji, a czasem dla relaksu zmuszony jest użyć specjalnego wzroku (Ninja Vision), by namierzyć ukryte przejście bądź punkt zaczepienia pozwalający dostać się w dalsze rejony mapy. Do tego dochodzi korzystanie z właściwości ninjutsu, by wypalać zatarasowane przejścia bądź gasić płomienie blokujące jedyną możliwą drogę. To jednak tylko krótkie przerwy na oddech, bo esencją jest tu walka. I to walka nie z drobnicą, a olbrzymimi robalami. Tych jest tu najwięcej; najwięcej też czasu tracimy na uziemianie takowych egzemplarzy.
Na korzyć Ninja Blade przemawia brak sensownej konkurencji na PC. Poza ostatnim Devil May Cry’em trudno znaleźć ciekawą alternatywę. Projekt ekipy From Software nie jest tak wymagający, nie nagradza gracza, który tygodniami szlifuje umiejętności. Tutaj jesteśmy rzuceni na głęboką wodę już na starcie, ale dopłynięcie do brzegu okazuje się stosunkowo proste. To krótka, dość banalna, ale i piekielnie efekciarska łupanina. Godna polecenia szczególnie tym graczom, którym nie uśmiecha się mozolna nauka opanowywania postaci. Tu po godzinie już każdy może wymiatać.
recenzja dodana przez:
E. Siekiera
który uważa że gra ma takie plusy i minusy
+ szalenie widowiskowa
+ masa dynamicznych przerywników
+ dobra oprawa graficzna
+ prosty i przejrzysty system walki
+ jako relaksator daje radę
− zbyt dużo QTE
− zbyt wielu bossów
− brak save'a w trakcie misji
− średnia muzyka
Ocena wszystkich
recenzentów
7.0
Grafika 80%
Dźwięk 60%
Gameplay 70%
E. Siekiera: Chwila skupienia (PC)
E. Siekiera: Co trzy głowy to nie jedna (PC)
E. Siekiera: Czysty Matrix (PC)
E. Siekiera: Dream Team (PC)

