Zamknij Wyślij uwagę

Gaminator. Gry online.

graj lub zgiń
Szukaj

Połącz konta

Połącz konta gaminatora z Xbox Live aby Twoi przyjaciele wiedzi w co grasz i w jakie osiągnięcia zdobyłeś

Geralt

Geralt

Punkty:
43

Punkty które zdobyłeś za dodawanie artykułów, recenzji, video

Menu

Geralt 1196726514000 2007-12-04

Wyzima Handlowa, część pierwsza

Triss postanowiła mnie niecnie wykorzystać - miałem rozmieścić trzy magiczne czujniki w fikuśnych główkach gargulców: jeden na cmentarzu, drugi przy wejściu do kanałów w dzielnicy klasztornej, a trzeci na ścianie ratusza. Prościzna. Potem miałem się stawić wieczorem na oficjalnej popijawie w "Nowym Narakorcie".
Gdy tylko się z tym uwinąłem, Triss zaskoczyła mnie kolejną wiadomością - dzieciak, którego uratowałem na Podgrodziu, mógł nieźle nawywijać, tak więc moim zadaniem było przejść się do Shani i wytłumaczyć jej, że jeżeli nie chce następnego ranka siedzieć na jakimś rozwalonym kamieniu w kraterze, który zostanie po szpitalu, i radośnie kumkać, to lepiej, żeby wysłała małego do specjalistki.
Niestety dziewczyna była zdecydowanie przeciw, tak więc w imię zachowania Wyzimy w dotychczasowym kształcie (nie ma nic gorszego niż magiczny kataklizm) postanowiłem sam odstawić Alvina do czarodziejki. Niech się chłopak uczy, skoro się taki urodził. Przeznaczenie nie wybiera.
Zajrzałem do szpitala - akurat tak się złożyło, że trafiłem tam na mojego gamoniowatego kumpla Jaskra. W napadzie dobrych pomysłów zdecydował się śledzić drani, którzy porwali Alvina, tak więc wszedłem do środka, porozkładałem pachołków Salamandry po kątach i, w przerwie między pierwszą falą a posiłkami, kazałem wierszoklecie brać dzieciaka i wynosić się do Triss w chyżych podskokach. Sprawa była ewidentnie rozwojowa.
Triss, oczywiście, poinformowała mnie, że mam iść do Shani i powiedzieć jej co zaszło, a potem wrócić w jednym kawałku, tak więc najpierw zdecydowałem się zboczyć do karczmy i wypić co nieco dla kurażu. W "Nowym Narakorcie" trafiłem na rycerza, który opowiedział mi głodny kawałek o swojej siostrze, ponoć porwanej przez wampiry - nie powiem, żebym tak do końca w to wierzył, ale przepytałem go.
Co lepsze, pewien byłem, że w burdelu o wdzięcznej nazwie "Dom Nocy" widziałem dziewczynę odpowiadającą rysopisowi - na co rycerzyk mało nie przywalił mi kuflem. Musiałem to sprawdzić, ale dopiero po paru głębszych i partyjce kości. A tu, jak na złość, Jaskier też zgłosił się do mnie ze swoimi problemami - gdzieś przepił lutnię i nawet mimo kilku głębszych (co gorsza, ten wymoczek odmówił napicia się czystej żytniej!) nie chciał powiedzieć, gdzie ją zostawił. Niestety, w lokalu panowała susza - bufetowa zamiast postawić flaszkę zaczęła mnie zanudzać opowieściami o swojej babci (autorce niezawodnego środka na kaca), a karczmarz za wcale niemałą sumę podzielił się plotkami o wiadomej bandzie - zdradzając mi hasło do ich bazy, niestety nic do picia również nie miał. Korzystając z nieuwagi obsługi zwinąłem więc dwie butelki czerwonego wina ze stojaka i rozpiłem Jaskra do cna. Okazało się, że nauczył jakąś młódkę, ehem, gry na flecie, co jej tatusiowi było zdecydowanie nie w smak, i uciekając przez okno z portkami w garści, zostawił instrument (nie ten...) w domu pana dobrodzieja - a ja, oczywiście, musiałem się tam wlec, w stanie wskazującym, i czym prędzej odzyskać lutnię.
Nie dość, że musiałem zapłacić staremu pierdzielowi odszkodowanie, to jeszcze musiałem się z pannicą wykłócać, żeby w ogóle oddała instrument. Jaskier był ucieszony, kiedy dostarczyłem mu lutnię, i nalegał, żebym został na występ, tak więc z grzeczności poczekałem do wieczora. Niestety, mój przyjaciel bardziej się znał na dupczeniu niż na śpiewaniu, zatem zdecydowałem się pójść na oficjalne przyjęcie piętro wyżej.
Najpierw przywitałem się z Leeuvardenem, organizatorem całego bankietu, potem ze starym Veleradem, Talarem i zauważalnie niedorżniętą królewną oraz jej bucowatym absztyfikantem z kwiatkiem na kaftanie. Jako, że Talar mógł być dość pomocny w sprawie Salamandry, jeszcze raz z nim pogadałem - opieprzył mnie, że mam konflikt między Wiewiórami a Zakonem w dupie, ale zignorowałem go - miałem być z założenia neutralny, no, czasami może ratować ginące gatunki.
Królewna Adda pożerała mnie - tym razem tylko wzrokiem - tak więc postanowiłem poszukać jakiegoś sposobu, żeby pociągnąć ją za język. Niestety zażyczyła sobie swojego ulubionego jedzenia - a jako, że nie wiedziałem, cóż nim u diabła było, zadałem najlepiej poinformowanej osobie w kraju kilka pytań. Po wykonaniu misji specjalnej (zwędzić kwit z sypialni obok, rozpić jakiegoś namolnego grubasa, który się właśnie napatoczył, doręczyć kwit), agent jego królewskiej mości wreszcie puścił farbę.
Na odpowiedź zdębiałem - Talar wygłosił tyradę na temat katoblepasów, które, jeśli dobrze pamiętałem lekturę różnorakich bestiarzy, nie były szczególnie jadalne. Były morderczo wręcz cuchnące, brzydkie jakby ktoś je zdzielił brzydkim kijem przez pysk, a spojrzenie też miały bardzo nieprzyjazne. Niestety o sposób przyrządzania śmierdziela musiałem pytać Velerada - szczęściem w jego przypadku wystarczyła znaleziona w skrzyni z kwitem flaszka cytrynówki.
Triss, uprzejmie poproszona, zrobiła z wołowego steku tatar z katolibasa, który zaserwowałem królewnie - po czym niemal zostałem przez nią zaciągnięty za portki do sypialni. Niestety, żadnych informacji od niej nie wyciągnąłem - głównie dlatego, że młodej damie nie przystoi mówić z pełnymi ustami.
Kiedy ja bawiłem się dobrze, impreza całkowicie siadła - na progu sypialni przyłapała mnie Triss (dziękować losowi, nie Velerad ani tym bardziej ten gnojek de Wett) i kazała rozmówić się z Leeuvardenem. Grubas wymyślił, żebym rozejrzał się za plantacją dwugrotu na bagnach i bazą Salamandry w dzielnicy Klasztornej, po czym zamknął obydwa interesy, możliwie na stałe. W charakterze zaliczki dostałem przepis na dekokt Raffarda Białego - po przejrzeniu przypomniał mi się wariant nazywany "dekoktem Ratujrzyci Czerwonej".
Jako, że było nieco po północy, wybrałem się na spacer do już odwiedzonego zamtuza, w którym widziałem siostrę dobrego rycerza, ale niemal na progu gospody wpadłem na de Wetta i Talara, wyrzucających sobie nawzajem od zdrajców. Jako, że Talar był mi przydatny, a de Wett wprost odwrotnie, kazałem rycerzykowi brać rzyć w troki i nie pętać mi się pod nogami. Dymisję szefa wywiadu Foltest musiał podpisać, a jeśli tego nie zrobił, sprawa śmierdziała i diabli jedni wiedzieli, kto i na czyje zlecenie ją sfałszował.
Przy kufelku, omówiliśmy całe zajście. Ktoś taśmowo trzaskał edykty, i to mając w głębokim poważaniu oficjalny dokument przekazujący Talarowi nadzór nad sprawami państwa. Tym postanowiłem zająć się później - obowiązki wzywały. Z bólem serca wyłożyłem pół tysiąca orenów na "obdukcję" dziewczęcia w niebieskiej sukience i ze spostrzeżeniami (coś ją faktycznie użarło, i to niedawno) postanowiłem z samego rana pogadać z blaszakiem.
Znów mało nie walnął mnie kuflem, ale w świetle dowodów skapitulował. Jako, że pora była nieodpowiednia dla byle alpa czy fleddera, postanowiłem zrobić kipisz w zamtuzie - z przyciśnięciem burdelmamy włącznie. Na łapówkę dla bramkarza poszły następne trzy stówy, zaś ja przeżyłem dość spory szok - burdelmama była niegdysiejszą kochanką Regisa i wampirzycą starego rodu, z zasadami, a niebieskooka tak naprawdę miała dość swojego przygłupiego braciszka i ani jej w głowie było się wiązać z jakimś starym capem o hemoroidach większych od głowy. A skoro ofiar śmiertelnych nie było, pełna dyskrecja, maskarada i nikt nie nadużywał, wspaniałomyślnie darowałem nieżycie wszystkim dziewczynkom.
Pechowo, mój masaż przerwał zakuty łeb i jego obstawa, w sile pół tuzina chłopa. Nie dał sobie wytłumaczyć, że żadnego uroku nie było, tak więc bez zastanowienia zacząłem zamiatać, starając się, by interes Pani Nocy nie poniósł zbyt dużych strat. Po Puszczyku puszczałem Aardem na lewo i prawo, starając się zatrzymać tych kmiotów przed skrzywdzeniem dziewczynek - w końcu mniej agresywnych i lepiej wychowanych niż byle alp czy brukselka. Miałem niemiłe wrażenie, że ten prostak i tak nie odwdzięczyłby się w żaden sposób, a tak miałem pewne informacje o Regisie, masaż i zwrot większości łapówki. Mniejsze zło, jak to mówią. Wychodząc, jeszcze pogroziłem palcem i uprzedziłem, że jak którąś poniesie, to wrócę i zakołkuję.
Pognębiony wydatkami, wybrałem się do dzielnicy Klasztornej, by ściągnąć zaległą należność od Kalksteina i przy okazji wytłumaczyć się Shani - niestety, prawie trafiła mnie w łeb nocnikiem, tak więc wybrałem się do alchemika. Nigdzie go nie było, ale za to kupa gruzów w piwnicy nabrała kształtów portalu, gdy tylko do niej podszedłem. Teleportowałem się więc do wieży na bagnach, odebrałem pieniądze, kupiłem kolejny zwój wiedźmińskich sekretów i wróciłem do Triss z dobrą wiadomością. Wystarczyło jeszcze wytłumaczyć dziecku, że jego nowe zabawki wymagały ostrożności (mógł sobie nimi urwać głowę, na ten przykład), dać Triss pierścionek znaleziony gdzieś w głębinach podróżnej torby i już mogliśmy figlować w eleganckiej wannie z łabędziem.
Wyzima Handlowa w dzień
0

Komentarzy

Czytaj bloga!

Na Tropach Salamandry

Geralt autor: Geralt
pierwszy wpis: 05.11.2007
[Obserwuj bloga]

Nazywam się Geralt z Rivii, a to moja historia...

Gaminator.tv

Projekt dofinansowany ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka