Zamknij Wyślij uwagę

Gaminator. Gry online.

graj lub zgiń
Szukaj

Połącz konta

Połącz konta gaminatora z Xbox Live aby Twoi przyjaciele wiedzi w co grasz i w jakie osiągnięcia zdobyłeś

Geralt

Geralt

Punkty:
43

Punkty które zdobyłeś za dodawanie artykułów, recenzji, video

Menu

Geralt 1195434411000 2007-11-19

Mokradła, część pierwsza

Trzasnąłem komara, który usiłował się na mnie pożywić, i wysiadłem z przeciekającej łódki. Moją uwagę przyciągnął delikwent w zbroi i zielonej tunice z trzema toporami w herbie.
-Ooo, wiedźmin... A myślałem, że stary Leo Bonhart wszystkich zarąbał!
-Bonhart? - zapytałem, usiłując sobie coś przypomnieć. - Cóż... Trafiła kosa na kamień.
Delikwent w zbroi cofnął się o krok.
-Ale tak to jest, gdy za pieniądze jest się gotowym wleźć choćby diabłu w rzyć.
-Diabłu w rzyć...? - skrzywił się zbrojny. - Taki fach, i wy zabijacie, i my. Albo za pieniądze, albo w imię zasad...
-W imię zasad... - mruknąłem. - Bywaj.
Zaraz potem zagadnął mnie gadatliwy dziadek, szukający kogoś, kto utoruje mu drogę do kapliczki. Jako, że i tak musiałem nazrywać zielska dla Shani, kazałem dziadkowi iść za mną i w miarę możliwości nie przeszkadzać. Jeśli cokolwiek chciało się na mnie rzucać stadami, na pewno nie należało do wymierających gatunków. Odbiliśmy więc w pierwszą ścieżkę w lewo.
Przy dołach z gliną dziadzia rzucił pierwszą historyjką - o tym, że ceglarze czczą jakieś wodne paskudztwa. Dzieląc uwagę między słuchanie dziadka i opędzanie się od wyjątkowo namolnych utopców, zapytałem o szczegóły.
Kiedy już skończył, ruszyłem dalej, wypatrując kępek jaskółczego ziela. Najpierw potknąłem się o zwłoki - przydała się książka o anatomii, dzięki niej byłem pewien, że tych dwóch ktoś uziemił mieczem, i to dobrym. Może nawet i wiedźmińskim. Potem, na brzegu bajora zamajaczył mi obelisk stojący na wysepce - niestety w towarzystwie bloedzuigera i kilku utopców. Chciał nie chciał, poplułem w dłonie, łyknąłem coś na dobre zamiatanie i wmaszerowałem na wysepkę.
Trzy bloedzuigery, sześć utopców i jeden wyjątkowo agresywny krzak później dziadunio dał mi dwa ciekawe przepisy - na bombkę i eliksir druidów. Jako, że do kapliczki było niedaleko, a miejsce mocy aż grzmiało, pomyślałem "raz kozie śmierć" i użyłem cudownego wynalazku Kalksteina. Po drodze wpadłem na dwa dziwne obeliski i wolałem się dopytać, co też ten szajbus o nich wiedział. Niestety sam zainteresowany był zbyt zajęty pędzeniem bimbru, tak więc postanowiłem odwiedzić pozostałe osoby, w których interesie leżała moja wizyta na bagnach.
Vincent zapłacił bez marudzenia, kiedy zaprezentowałem mu zgrabnie poszatkowane resztki archeospora, tak więc mogłem iść do karczmy i się napić - przy okazji zahaczając o szpital i dostarczając Shani zamówione jaskółcze ziele. Zajrzałem też do domu naprzeciw magazynu, w którym ostatnio zaszalałem - cwaniaczek wewnątrz dał mi cynk o skarbie i upiorach w jednym z pobliskich domów, więc zapisałem to sobie, tak na przyszłość. Potem zaszedłem do "Misia Kudłacza" i wykupiłem cały zapas najmocniejszego świństwa, jakie tylko mieli - na potrzeby alchemii, rzecz jasna. Siadłem przy kominku i zacząłem pędzić.
Zeszło mi do wieczora, kiedy to wpadłem przy szynku na delikwenta skupującego brosze Salamandry. Po trzech kolejkach wymsknęło mu się, że pracuje dla Leeuvardena, grubasa z Nilfgaardu dla którego ostatnio szukałem zwłok na Podgrodziu. Skoro Leeuvarden skupował klubowe znaczki tych pajaców, to najwyraźniej nie miał z nimi nic wspólnego - a ja, zygzakiem bo zygzakiem, wytoczyłem się z karczmy i postanowiłem pogadać z trzymanym w szpitalu cwaniaczkiem.
Zajrzałem, tak na rozgrzewkę, do rzekomo nawiedzonego domu - tylko idiota napuszcza na siebie wiedźmina, nawet i pijanego. Jak tylko skończyłem z grupką zbirów i rozwiązałem trzymaną przez nich elfkę, przetrzeźwiałem błyskawicznie i ruszyłem do szpitala.
Wewnątrz zrobiło się bardzo zabawnie - opłacony strażnik co prawda przepuścił mnie do łajdaka, a ten wysapał nazwisko alchemika, ale zaraz potem wpadła lokalna mafia i musiałem im pokazać drzwi. To dodawało do mojej listy kolejne dwie osoby - postanowiłem się więc skonsultować z detektywem. On siedział w tym głębiej. Potem zahaczyłem o dom Shani, gdzie powitała mnie wredna stara harpia - najpierw wywaliła mnie za drzwi, potem ponarzekała i zasugerowała, że mam jej dać co nieco na żarcie dla kota. Na szczęście po tym, jak dostała w łapę, dała mi spokój. A zeżryj tego kota, stara torbo.
Wdefilowałem więc na górę i rozmówiłem się z Shani - przeprosiłem za bałagan w szpitalu i zapytałem o Coena. Odesłała mnie do Zoltana, tak więc podziękowałem, pożegnałem i ruszyłem w stronę dzielnicy nieludzi - chcąc się dogadać z uwolnioną wcześniej elfką i Kalksteinem.
Się okazało, miałem dryg do języków - po krótkiej rozmowie z moją niewyżytą nauczycielką, przeczuwając, że miałem ledwie kilka minut, zanim zacznie się dla mnie czas pogardy obwieszczony trzaśnięciem drzwi trafiających mnie w rzyć, wylądowałem z nią w łóżku. "Maleńko miłości"? Jak dla mnie, było w sam raz.
Kalkstein niestety nie był zbyt rozmowny, zatem przespacerowałem się do karczmy, aby tam przycisnąć Baraninę. Najpierw się ciskał, ale potem powiedział to i owo. Sprawa była, że tak powiem, rozwojowa - i ja, i on w tropieniu tych gnojków z Salamandry mieliśmy swój interes. Powiedział też coś o alchemiku i Berengarze - najwidoczniej mój koleżka po fachu zmienił stronę, a jako, że wlazł jak ten głupek na mokradła i tyle go widzieli, Kalkstein chciał odzyskać jego resztki i pogrzebać w nich trochę ku chwale nauki. Niestety doręczyciel nawalił, bo też przepadł, ale dobry temat do rozmowy już był.
Z rana wybrałem się poszukać Zoltana - obejrzał mój miecz, podrapał się po głowie i stwierdził, że lepszego sprzętu w okolicy nie znajdę. Potem zajrzałem do grabarza - łajza nadal nie zmienił zdania w sprawie oczyszczania cmentarza, ale za to pętająca się w okolicy wdowa zleciła mi fuchę - miałem uziemić jej nieboszczyka małżonka, który ostatnio co noc pałętał się pod bramą i kurwił wniebogłosy. Potem zdecydowałem, że jeszcze trochę pobuszuję po bagnach - głównie za językami topielców, których poszukiwał ów irytujący rycerzyk, Zygfryd. Po drodze pomęczyłem jeszcze alchemika - zdenerwował się na ujawnione przez Baraninę rewelacje, ale był zbyt inteligentny, żeby popełnić takie szkolne błędy, jak zostawianie śladów gdzie popadło. A jako, że po drodze na groblę miałem też biuro detektywa, odwiedziłem go - rychło w czas, bo zawitało do niego niezbyt miłe towarzystwo. Jak tylko uratowałem go przed bandą obwiesiów, zmył się, pozostawiając mi swoje notatki. Ostatnim podejrzanym, według niego, miał być kolekcjoner znaczków - Leeuvarden. Niestety nie był zbyt rozmowny - zażyczył sobie trzech kolejnych brosz, a ja, nie wiedząc gdzie ich szukać, wróciłem do starej roboty - uboju stworów bagiennych.
Zajrzałem do wioski ceglarzy - wypytałem lokalną szefową o Berengara i wszelkie paskudztwa do ubicia. Kazała pozbyć się utopców utrudniających ludziom pracę i wspomniała, że sprzęt Berengara ktoś znalazł w gliniance, cały zakrwawiony - to by wyjaśniało, skąd wzięło się tam dwóch martwych klientów. Obszedłem więc teren - było czysto, najwyraźniej całą bandę wytłukłem oprowadzając dziadka ostatnim razem. Wróciłem do Vaski - zełgała, że ma pieniądze, ale za to dała coś lepszego: magiczny kamyczek z serii Kab'Balah. Z kolejną Sefirą w kieszeni postanowiłem, dla odprężenia, wpaść do dziadka na obiecaną herbatkę.
Droga była pierońsko długa i momentami przez wodę po pas, ale przynajmniej znalazłem po drodze całkiem fajny sztylecik. Niestety na miejscu odkryłem "cokolwiek egzotyczne" nawyki żywieniowe dziadunia - że od czasu do czasu porwał jakiegoś ceglarza, to jeszcze rozumiałem, byli siebie warci, ale już jedzenia elfów nie podarowałem. Miał szczęście - wypadło mi coś ważniejszego, mianowicie dorwanie tego całego Chazara Wyjada, tak więc stwierdziłem sucho "Ja tu jeszcze wrócę" i wyszedłem. Z przepisem na kolejny użyteczny smar w garści.
Wróciłem do wiochy, gdzie moją uwagę przykuł stojący za domem Vaski obelisk. Włożyłem do niego pasujący kamyczek i zaczęły się piękne fajerwerki - chcąc się o nich dowiedzieć coś więcej, zajrzałem do domu starej wariatki. Opowiedziała mi ciekawą historyjkę, którą po prostu musiałem streścić Kalksteinowi - zatem ruszyłem w stronę kapliczki, żeby jeszcze raz skorzystać z teleportacyjnego ustrojstwa. W intencji powodzenia zostawiłem na ołtarzu coś do żarcia i - ot niespodzianka - dostałem kolejny ciekawy kamyk.
Alchemik, marudząc tyle, co zwykle, wyjaśnił mi, co powinienem zrobić z golemem - postawić mu na łbie piorunochron, poczekać na burzę, a potem załatwić drania. W porządeczku, można było i tak. Tymczasem musiałem zanieść Zygfrydowi dowody, że pociągnąłem paru topielców za język - gdy uwinąłem się z tym, musiałem jeszcze znaleźć kilka znaczków wiadomej bandy, ale niestety o te było ostatnio dosyć trudno. Tak więc wróciłem na bagna, uzbrojony w piorunochron, i wypytałem wrednego babsztyla z wioski, czy aby jeszcze czegoś dla mnie nie miała. Oczywiście, miała - kazała mi znaleźć dzieciaka, który gdzieś się zgubił. Oblazłem więc całą okolicę, przy okazji wkładając kamyki do obelisków - po drodze spotkałem też krasnoluda, który szukał zapasu kwiatów dwugrotu, i całą bandę druidów. Najpierw wypytałem jednego o dzieciaka, potem z tym samym zwróciłem się do lokalnej driady... Jako, że kilka wilczków już mi w szkodę poszło, miałem jej co pod zadek podłożyć - nawet dała się przekonać, że musi się rozruszać. A potem zamówiłem burzę - taką w sam raz na ożywienie golema. Wystarczyło wbić bydlakowi piorunochron w łeb - i się zaczęło.
Z czym jak z czym, ale z golemem to chyba nigdy jeszcze nie walczyłem. Na szczęście był powolny jak melasa w styczniu, zatem wystarczyło go parę razy zagonić między trzy kamienne słupy, odpalić każdy po kolei i podładować skurczybyka, aż mu korki wystrzeliły. Potem, z kolejnym kamykiem i sercem golema, mogłem pójść i nazbierać brodaczowi kwiatków. Niestety, to jakże proste zadanie zostało mi urozmaicone kilkoma cokolwiek upierdliwymi ghulami i alghulami, ale nie ma tego złego - było czym udobruchać skwaszonego ostatnią rozmową pędzibimbra.
Mokradła
3

Komentarzy

  • Woland
    Woland He he he, "don't let the door hit ya where the good Lord split ya" :D
    ...jak się dostać na ten zafajdany cmentarz?! 1195473571000 2007-11-19
  • SZP4K3R
    SZP4K3R Jeszcze się nie dostałeś?! Może jakiś bug? 1195474006000 2007-11-19
  • Woland
    Woland Nie, już sobie poszukałem, co trzeba zrobić. Albo sekcja zwłok, albo to zadanie od niesławnej pamięci Colemana - tylko poradnik pisał jakiś analfabeta.
    Ciekawym tylko, po co te książki o robalach i sekcji... :> 1195482576000 2007-11-19

Czytaj bloga!

Na Tropach Salamandry

Geralt autor: Geralt
pierwszy wpis: 05.11.2007
[Obserwuj bloga]

Nazywam się Geralt z Rivii, a to moja historia...

Gaminator.tv

Projekt dofinansowany ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka