Połącz konta
Połącz konta gaminatora z Xbox Live aby Twoi przyjaciele wiedzi w co grasz i w jakie osiągnięcia zdobyłeś
Geralt
1195000851000
2007-11-14
Wyzima Klasztorna, część pierwsza
Pięknie, kurwa, pięknie. Zupełnie nie pojmuję, co to za nowy światowy porządek, żeby ta kanalia w brylach, Magister, wychodził wolno, a ja siedział w mamrze z jakimiś palantami. To już nawet ostatnim razem Velerad mi darował - szukał fachowca, to go znalazł, a że naświniłem po drodze, cóż, zdarza się nawet najlepszym. Z nudów zagrałem w kości z siedzącym w kącie elfem - jak rany, uszatego chyba mieli wieszać za kościane szachrajstwa, bo ograł mnie dwa razy nim się odkułem!
Potem okazało się, że jak nie strzyga, to kuroliszek - Wyzima miała pecha, a ja dodatkowo musiałem obić mordę jakiemuś cwaniaczkowi, który myślał, że uradzi mu kłonicą. Albo własnymi pięściami. Niestety, tymi też nie umiał się posługiwać, tak więc on padł nosem w słomę, a ja miałem kolejną fuchę.
Wpuścili mnie w kanał - tak więc z wrodzoną nonszalancją przywitałem utopca otrzymanym srebrnym mieczem, a potem wysłałem na przysłowiowe drzewo irytującego gnojka zakutego w blachy i przykrytego kilimem z godłem zakonu Płonącej Róży. Nie będzie mi się bezczelny pajac pałętał pod nogami, zwłaszcza, że kiedy ja rozłożyłem cztery utopce, on nie uradził jednemu, gamoń jeden.
Kuroliszek nie stanowił problemu - wystarczyło go podpalić, pchnąć i przybić. Fakt faktem, rzucał się trochę, ale zanim Zygszczyl zdążył podejść, ja już oprawiałem ścierwo potwora. I już byłem wolny, i już mieliśmy wyjść, gdy nagle pojawili się starzy znajomi, sztuk dwie, i zaczęli nam czynić wstręty. Powitałem gamoni znakiem, Zygfryd dobił jednego, ja wytrzaskałem drugiego i po otrzymaniu kilku porad mogłem wyjść na powierzchnię. W najgorszej możliwej dzielnicy, na szczęście niemal na progu domu detektywa.
Detektyw, siedzący w najlepsze na pięterku, uraczył mnie głodnym kawałkiem na temat wybryków Salamandry i tego całego Azora Ujada. Pakowałem się w coś dużego. BARDZO dużego - te łajzy pracowały nad mutacjami, a znalezisko, o którym opowiedział Marloeve, oznaczało, że przynajmniej połowicznie się im udało, i to zanim raczyli zawitać do Kaer Morhen. Niestety, gdy tylko wyszedłem o północy na wycieczkę krajoznawczą, znów prawie dostałem toporem w łeb. To nie wyglądało dobrze - ktoś wiedział, że posiedzę dłużej u tego pajaca w śmiesznym kapeluszu. Tylko kto? Miałem nadzieję, że na moim spacerze natrafię na Vincenta Meisa. Pan kapitan nie dość, że był mi dłużny za kuroliszka, to jeszcze był pierwszą osobą, która wiedziała, że byłem w mieście i gdzie mogłem dokładnie się kręcić.
Na Meisa wpadłem w lochu - akurat wychodził, zdołałem z niego wydusić tylko tyle, że szedł do magazynu gdzieś w slumsach. Bardziej rozmowny był przyćpany klawisz - wyśpiewał, że pan Magister wyszedł za kaucją, a przelew poszedł z banku Vivaldiego. Coś mi się zdawało, że z rana musiałem zasięgnąć języka w sprawie bankowości - może fakt, że Zoltan był moim kumplem coś zmieniał, ale i tak nie zamierzałem traktować uczciwego krasnoludzkiego bankiera z buta.
Powędrowałem za Meisem do magazynu - niestety drzwi były zamknięte, a okoliczną ludność nękał fledder, tak więc nie ociągając się spuściłem podłemu krwiopijcy tęgi łomot całym dobrodziejstwem inwentarza. Potem przesiedziałem do rana, ograłem panienkę o wdzięcznym imieniu Carmen w kości i wybrałem się pytać dalej - poczynając od samej Carmen i jej problemów z jakąś bandą. Niestety jak Vincent był mało rozmowny, tak został (choć zapłacił za jakieś trzy inne potwory - nie miałem bladego pojęcia jakie, po pięćdziesiątym psie moje święte prawo stracić rachubę), ale za to ogrodnik pod szpitalem, dokarmiony bułką, sprzedał mi historyjkę o Zerrikanii (skąd, wspomnieć warto, wywodził się ten cały Wawad Jazad Chędożona Jego Mać - się ma to oko do szczegółów, od początku wiedziałem, że to z zerrikańskiego śmietniska go wyciągnęli), a krasnoludzki kowal wyklepał mi z meteorytów całkiem ciekawy mieczyk - ostry jak brzytwa i wyważony na tyle, by rozbroić cwaniaków, którzy próbowali mi coś zrobić swoimi narzędziami rolniczymi. Bo naprawdę, ich mieczami można było walczyć tak łatwo, jak szpadlami. I z podobną skutecznością. Poza tym Zygfryd, nie szczędząc wazeliny, dyskretnie zaproponował przymykanie oczu na moje wchodzenie i wychodzenie ze szpitala - mnie w końcu żadna franca się nie ima, czy to kiła, tryper czy catriona. Oprócz tego, krasnoludzki księgarz sprzedał mi kilka ciekawych lektur na temat zerrikańskich robaków, plujących krzaków i różnych innych ciekawych roślinek. Człowiek uczy się całe życie, zwłaszcza jeśli w pewnym momencie dostał w łeb kłonicą i tego bądź owego nie pamięta.
Zoltan zepsuł mi humor - okazało się, że bank Vivaldiego został przejęty, tak więc całą krasnoludzką uczciwość i solidność szlag trafił. Postanowiłem zapytać samego eks-szefa, czy coś mu aby w oko nie wpadło, zanim syndyk narobił smrodu - a i owszem, wpadło. Azar Javed swego czasu studiował w tej samej akademii co niesławnej pamięci Rience, i, jak Rience, wyleciał na kopach - co gorsza, nie za lepkie paluchy, a za niezdrowe zainteresowania. Samo to, że jeszcze przebierał łapami, oznaczało nieliche kłopoty. Przy okazji zaszedłem też do wesołego alchemika - szukał wykidajły, więc wpadłem do jego piwniczki i zapytałem, o co się rozchodziło się. Najpierw marudził, potem powiedział coś o wieży na bagnach, a na koniec rzucił cenę. Tysiąc. Mówisz-masz, nie wiem jeszcze kiedy, ale masz. Nawiasem mówiąc, to ja musiałem najpierw mieć, dokładniej dwie księgi, z czego jedna należała do jakiegoś krasnoluda, a drugiej nikt nie widział odkąd Kalkstein był małą dziewczynką. Dodatkowo, wariatuńcio wyposażył mnie w kryształ, mający mnie w teorii ściągnąć z dowolnego miejsca mocy do jego piwnicy. Osobiście, wolałem go nie używać.
Detektyw, niestety, nie powiedział nic konkretnego, tak więc poszedłem na spacer po mieście. Robiło się coraz to zabawniej - tutaj też umarli cierpieli na bezsenność, a grabarz nawet nie chciał zapłacić, łajza podła. Trochę pograłem w kości, napiłem się piwa i po zmroku wyszedłem, żeby skakać po dachach w czarnej pelerynie i nękać przestępców. No dobra, bez czarnej peleryny. Za bardzo przeszkadzała.
Zgodnie z umową, obroniłem wesołe dziewczynki przed nachalnymi bucami z wiadomej bandy, po czym skonfiskowany im fisstech zaniosłem, w charakterze łapówy, naćpanemu klawiszowi. Po drodze jednak natknąłem się na bardzo tajnego tajniaka, czającego się pod drzwiami domu lokalnego pasera - zatem najpierw porozmawiałem sobie z klawiszem (oczywiście nie szczędząc materialnych uprzejmości), a potem zajrzałem do pasera. Interesowało mnie, skąd wytrzasnął cały ten wiedźmiński szpej, skoro nie od Berengara, jak się przyznał. Żeby zrobić na nim lepsze wrażenie, zaproponowałem partyjkę kości - tym razem wysoki ful, którym ostatnio rozgromiłem Zoltana, wyszedł mi na trzeźwo. Niestety, co do Salamandry, Talar najwyraźniej był słabo poinformowany. Wątpiłem, że udawał przede mną głupka - nie miał aż takich jaj. Za to odesłał mnie do najgorszej lokalnej speluny - bodajże tej, w której swego czasu zdarzyło mi się nabrudzić. Rzucił nazwiskiem - Coleman, oraz namiarami na kolejnego hazardzistę. Zapowiadała się ciekawa noc.
Po drodze odebrałem "nagrodę" od Carmen - oszczędziła na mnie dwie setki, a ja oszczędziłem na kwiatach. Jako, że karczma była rzut kamieniem od zamtuza, zmieniłem lokal, aby wypytać o to i owo i już w progu potknąłem się o denata. Najwidoczniej moje działania zmierzające ku ratowaniu ginących gatunków przybrały nieoczekiwany obrót - Coleman leżał z bilecikiem od Wiewiórów zwisającym z bełta tkwiącego w jego brzuchu. Mniej tego świństwa na ulicach, taki tego plus. Ot, mniejsze zło. Nawet udało mi się znaleźć kogoś, kto był równie dobrze poinformowany - lokalny król bandytów, Baranina, odesłał mnie na bagna. Obyło się nawet bez traktowania go Znakiem. Przy okazji natrafiłem na lokalnego miłośnika drogiego wina, który zaproponował mi fuchę - ja mu przynoszę wino z opanowanego przez jakieś potwory domu, on płaci. O ile nie były to szczury, nie miałem nic przeciwko.
Potem jeszcze raz zajrzałem do magazynu - zrobiło się bardzo interesująco, ale wolałem popatrzeć, jak się sytuacja rozwinie. Vince, jak tylko usłyszał, że nie może, jako stróż prawa, patrzeć na morderstwo, po prostu wyszedł, żeby mi nie przeszkadzać, zaś ja zrobiłem z całej bandy wycinanki. Na mój gust, kapitan był czysty, ale musiałem go jeszcze zagadnąć.
Miłośnik drogiego wina miał wymagania - w domku natknąłem się na cztery wyjątkowo uparte graveiry, które dość konkretnie poszły mi w szkodę, zanim im uradziłem. Co prawda Zamieć i walenie Znakami na prawo i lewo nieco pomogły, ale i tak zadanie było warte z sześć stówek, jak nie więcej. O czym planowałem wspomnieć mojemu pracodawcy.
Niestety, kapitan gdzieś przepadł - za to za drugą działkę białego proszku, Siemko puścił farbę o świadku koronnym. Delikwent chował się w szpitalu, ale, jak to mówią, kto ma wisieć, nie utonie. Wolałem złożyć wizytę Talarowi, tym razem w celach czysto prywatnych. Odkupiłem kolejny zwój z receptami i niezwykle pouczającą lekturę na tematy medyczne - bo w końcu, jak miałem odróżniać ślady pazurów naturalnych od takich wykutych z żelaza? Czasy były niepewne, detektywowi nie ufałem i wolałem samemu zostać asem dedukcji. Początki szły mi całkiem nieźle - trochę jeszcze docisnąłem Talara. Nikt normalny nie pchałby trefnego towaru z własnej kolekcji, ruch w interesie był duży, a obwiesie, którzy dla zabawy okładali chłopstwo lamiami, zabijali dziwki na ulicach i porywali dzieci, żeby robić z nich mutanty, nie byli najlepszymi patronami dla drobnego handlarza lewizną. Dla fisstechowego barona, albo kogoś w ten deseń, to jeszcze, ale nie dla takiego leszcza jak Talar. Temu wystarczała straż miejska - bierna, mierna, ale za procent z utargu wierna. Gość był czysty jak jego monokl - może uświniony po brzegach, ale dawał się łatwo przejrzeć.
Szukając miejsca na nocleg, wpadłem do Vivaldiego - traf chciał, że miał też księgi, których szukałem dla Kalksteina, tak więc z samego rana przespacerowałem się do sąsiada, aby mu je doręczyć. Aż mu coś stanęło - gadał coś o jakichś kamieniach, podstawach, totalne brednie. Aż przeszedłem się do karczmy, pograć w kości, napić się piwa i zapytać szulera o srebrny miecz. Trzeba było widzieć tę partię, zacząłem wygraną ciulanym fulem trójek na jedynkach przeciwko małemu stritowi...
Jeszcze bardziej poprzednim właścicielem miecza okazał się ogrodnik spod szpitala, który z kolei zdobył go pięć lat temu, w bitwie pod Brenną. Alas, poor Coen... Musiałem pogadać z Shani, ale to odłożyłem na później. Najpierw musiałem ostatecznie przekonać Talara, że był za krótki, i pogadać z Vince'em o nocnym zajściu.
Rączka rączkę myje - Talar co prawda wkurzył się z lekka, ale rzucił ciekawą informacją. Kiedyś szmuglował dla Azara drogie fanty, ale straży miejskiej się to nie spodobało. Vince dał mu ochronę, co oznaczało, że też był czysty - inaczej, jak nakazywałaby logika, wystawiłby go Salamandrom i z Talara zostałyby trzy grosze. No, najwyżej dwanaście. Poszedłem podzielić się wiedzą z kapitanem. Nie cisnąłem go przesadnie - w końcu w lochu grzmiał jak bombarda, że jest kuroliszek do ubicia, a Magister, zgodnie z prawem, wychodził właśnie z paki. Tu był czysty. Co do śledztwa, owszem, zachowywał się nerwowo, ale jeśli miał styczność z prawdopodobnymi wtykami, to wcale mu się nie dziwiłem. A co nocami porabiał, nie moja działka. Kapitan straży, odpowiedzialna praca, za spore pieniądze, to i warunki mieszkaniowe trochę lepsze. Naes'se p'a?
Niestety, z koronnym nie udało mi się pogadać, ale za to dostałem fuchę od Shani - kazała mi przynieść jaskółcze ziele, możliwie w ilościach hurtowych. Pechowo, ostatnią sztukę przepędziłem do eliksirów, ale niedaleko były mokradła, planowałem się tam wybrać po to i owo. Jaskółcze ziele też się mogło przydać. Na szczęście dzięki pierścieniowi od Vincenta, strażnicy przestali mi czynić wstręty, tak więc mogłem wyjść, pozbierać kwiatki, wybebeszyć kilka topielców, wejść z powrotem... Spotkany na nabrzeżu kupiec z Nilfgaardu nawet miał jeden z tych kamyków, których szukał Kalkstein. Pechowo, policzył sobie jak za zboże, ale podejrzewałem, że po kilku fuchach i udanych partiach kości zarobię te pół tysiąca.
Opłaciłem przewoźnika, żeby przerzucił mnie na drugi brzeg swoją łajbą. Miałem niemiłe wrażenie, że mogło mi się tam zejść nieco dłużej niż planowałem... Jaskółcze ziele, agresywne krzaki, ceglarze, którzy znaleźli graty Berengara, no i oczywiście nieszczęsna wieża czarodzieja. Za dużo do roboty.
Potem okazało się, że jak nie strzyga, to kuroliszek - Wyzima miała pecha, a ja dodatkowo musiałem obić mordę jakiemuś cwaniaczkowi, który myślał, że uradzi mu kłonicą. Albo własnymi pięściami. Niestety, tymi też nie umiał się posługiwać, tak więc on padł nosem w słomę, a ja miałem kolejną fuchę.
Wpuścili mnie w kanał - tak więc z wrodzoną nonszalancją przywitałem utopca otrzymanym srebrnym mieczem, a potem wysłałem na przysłowiowe drzewo irytującego gnojka zakutego w blachy i przykrytego kilimem z godłem zakonu Płonącej Róży. Nie będzie mi się bezczelny pajac pałętał pod nogami, zwłaszcza, że kiedy ja rozłożyłem cztery utopce, on nie uradził jednemu, gamoń jeden.
Kuroliszek nie stanowił problemu - wystarczyło go podpalić, pchnąć i przybić. Fakt faktem, rzucał się trochę, ale zanim Zygszczyl zdążył podejść, ja już oprawiałem ścierwo potwora. I już byłem wolny, i już mieliśmy wyjść, gdy nagle pojawili się starzy znajomi, sztuk dwie, i zaczęli nam czynić wstręty. Powitałem gamoni znakiem, Zygfryd dobił jednego, ja wytrzaskałem drugiego i po otrzymaniu kilku porad mogłem wyjść na powierzchnię. W najgorszej możliwej dzielnicy, na szczęście niemal na progu domu detektywa.
Detektyw, siedzący w najlepsze na pięterku, uraczył mnie głodnym kawałkiem na temat wybryków Salamandry i tego całego Azora Ujada. Pakowałem się w coś dużego. BARDZO dużego - te łajzy pracowały nad mutacjami, a znalezisko, o którym opowiedział Marloeve, oznaczało, że przynajmniej połowicznie się im udało, i to zanim raczyli zawitać do Kaer Morhen. Niestety, gdy tylko wyszedłem o północy na wycieczkę krajoznawczą, znów prawie dostałem toporem w łeb. To nie wyglądało dobrze - ktoś wiedział, że posiedzę dłużej u tego pajaca w śmiesznym kapeluszu. Tylko kto? Miałem nadzieję, że na moim spacerze natrafię na Vincenta Meisa. Pan kapitan nie dość, że był mi dłużny za kuroliszka, to jeszcze był pierwszą osobą, która wiedziała, że byłem w mieście i gdzie mogłem dokładnie się kręcić.
Na Meisa wpadłem w lochu - akurat wychodził, zdołałem z niego wydusić tylko tyle, że szedł do magazynu gdzieś w slumsach. Bardziej rozmowny był przyćpany klawisz - wyśpiewał, że pan Magister wyszedł za kaucją, a przelew poszedł z banku Vivaldiego. Coś mi się zdawało, że z rana musiałem zasięgnąć języka w sprawie bankowości - może fakt, że Zoltan był moim kumplem coś zmieniał, ale i tak nie zamierzałem traktować uczciwego krasnoludzkiego bankiera z buta.
Powędrowałem za Meisem do magazynu - niestety drzwi były zamknięte, a okoliczną ludność nękał fledder, tak więc nie ociągając się spuściłem podłemu krwiopijcy tęgi łomot całym dobrodziejstwem inwentarza. Potem przesiedziałem do rana, ograłem panienkę o wdzięcznym imieniu Carmen w kości i wybrałem się pytać dalej - poczynając od samej Carmen i jej problemów z jakąś bandą. Niestety jak Vincent był mało rozmowny, tak został (choć zapłacił za jakieś trzy inne potwory - nie miałem bladego pojęcia jakie, po pięćdziesiątym psie moje święte prawo stracić rachubę), ale za to ogrodnik pod szpitalem, dokarmiony bułką, sprzedał mi historyjkę o Zerrikanii (skąd, wspomnieć warto, wywodził się ten cały Wawad Jazad Chędożona Jego Mać - się ma to oko do szczegółów, od początku wiedziałem, że to z zerrikańskiego śmietniska go wyciągnęli), a krasnoludzki kowal wyklepał mi z meteorytów całkiem ciekawy mieczyk - ostry jak brzytwa i wyważony na tyle, by rozbroić cwaniaków, którzy próbowali mi coś zrobić swoimi narzędziami rolniczymi. Bo naprawdę, ich mieczami można było walczyć tak łatwo, jak szpadlami. I z podobną skutecznością. Poza tym Zygfryd, nie szczędząc wazeliny, dyskretnie zaproponował przymykanie oczu na moje wchodzenie i wychodzenie ze szpitala - mnie w końcu żadna franca się nie ima, czy to kiła, tryper czy catriona. Oprócz tego, krasnoludzki księgarz sprzedał mi kilka ciekawych lektur na temat zerrikańskich robaków, plujących krzaków i różnych innych ciekawych roślinek. Człowiek uczy się całe życie, zwłaszcza jeśli w pewnym momencie dostał w łeb kłonicą i tego bądź owego nie pamięta.
Zoltan zepsuł mi humor - okazało się, że bank Vivaldiego został przejęty, tak więc całą krasnoludzką uczciwość i solidność szlag trafił. Postanowiłem zapytać samego eks-szefa, czy coś mu aby w oko nie wpadło, zanim syndyk narobił smrodu - a i owszem, wpadło. Azar Javed swego czasu studiował w tej samej akademii co niesławnej pamięci Rience, i, jak Rience, wyleciał na kopach - co gorsza, nie za lepkie paluchy, a za niezdrowe zainteresowania. Samo to, że jeszcze przebierał łapami, oznaczało nieliche kłopoty. Przy okazji zaszedłem też do wesołego alchemika - szukał wykidajły, więc wpadłem do jego piwniczki i zapytałem, o co się rozchodziło się. Najpierw marudził, potem powiedział coś o wieży na bagnach, a na koniec rzucił cenę. Tysiąc. Mówisz-masz, nie wiem jeszcze kiedy, ale masz. Nawiasem mówiąc, to ja musiałem najpierw mieć, dokładniej dwie księgi, z czego jedna należała do jakiegoś krasnoluda, a drugiej nikt nie widział odkąd Kalkstein był małą dziewczynką. Dodatkowo, wariatuńcio wyposażył mnie w kryształ, mający mnie w teorii ściągnąć z dowolnego miejsca mocy do jego piwnicy. Osobiście, wolałem go nie używać.
Detektyw, niestety, nie powiedział nic konkretnego, tak więc poszedłem na spacer po mieście. Robiło się coraz to zabawniej - tutaj też umarli cierpieli na bezsenność, a grabarz nawet nie chciał zapłacić, łajza podła. Trochę pograłem w kości, napiłem się piwa i po zmroku wyszedłem, żeby skakać po dachach w czarnej pelerynie i nękać przestępców. No dobra, bez czarnej peleryny. Za bardzo przeszkadzała.
Zgodnie z umową, obroniłem wesołe dziewczynki przed nachalnymi bucami z wiadomej bandy, po czym skonfiskowany im fisstech zaniosłem, w charakterze łapówy, naćpanemu klawiszowi. Po drodze jednak natknąłem się na bardzo tajnego tajniaka, czającego się pod drzwiami domu lokalnego pasera - zatem najpierw porozmawiałem sobie z klawiszem (oczywiście nie szczędząc materialnych uprzejmości), a potem zajrzałem do pasera. Interesowało mnie, skąd wytrzasnął cały ten wiedźmiński szpej, skoro nie od Berengara, jak się przyznał. Żeby zrobić na nim lepsze wrażenie, zaproponowałem partyjkę kości - tym razem wysoki ful, którym ostatnio rozgromiłem Zoltana, wyszedł mi na trzeźwo. Niestety, co do Salamandry, Talar najwyraźniej był słabo poinformowany. Wątpiłem, że udawał przede mną głupka - nie miał aż takich jaj. Za to odesłał mnie do najgorszej lokalnej speluny - bodajże tej, w której swego czasu zdarzyło mi się nabrudzić. Rzucił nazwiskiem - Coleman, oraz namiarami na kolejnego hazardzistę. Zapowiadała się ciekawa noc.
Po drodze odebrałem "nagrodę" od Carmen - oszczędziła na mnie dwie setki, a ja oszczędziłem na kwiatach. Jako, że karczma była rzut kamieniem od zamtuza, zmieniłem lokal, aby wypytać o to i owo i już w progu potknąłem się o denata. Najwidoczniej moje działania zmierzające ku ratowaniu ginących gatunków przybrały nieoczekiwany obrót - Coleman leżał z bilecikiem od Wiewiórów zwisającym z bełta tkwiącego w jego brzuchu. Mniej tego świństwa na ulicach, taki tego plus. Ot, mniejsze zło. Nawet udało mi się znaleźć kogoś, kto był równie dobrze poinformowany - lokalny król bandytów, Baranina, odesłał mnie na bagna. Obyło się nawet bez traktowania go Znakiem. Przy okazji natrafiłem na lokalnego miłośnika drogiego wina, który zaproponował mi fuchę - ja mu przynoszę wino z opanowanego przez jakieś potwory domu, on płaci. O ile nie były to szczury, nie miałem nic przeciwko.
Potem jeszcze raz zajrzałem do magazynu - zrobiło się bardzo interesująco, ale wolałem popatrzeć, jak się sytuacja rozwinie. Vince, jak tylko usłyszał, że nie może, jako stróż prawa, patrzeć na morderstwo, po prostu wyszedł, żeby mi nie przeszkadzać, zaś ja zrobiłem z całej bandy wycinanki. Na mój gust, kapitan był czysty, ale musiałem go jeszcze zagadnąć.
Miłośnik drogiego wina miał wymagania - w domku natknąłem się na cztery wyjątkowo uparte graveiry, które dość konkretnie poszły mi w szkodę, zanim im uradziłem. Co prawda Zamieć i walenie Znakami na prawo i lewo nieco pomogły, ale i tak zadanie było warte z sześć stówek, jak nie więcej. O czym planowałem wspomnieć mojemu pracodawcy.
Niestety, kapitan gdzieś przepadł - za to za drugą działkę białego proszku, Siemko puścił farbę o świadku koronnym. Delikwent chował się w szpitalu, ale, jak to mówią, kto ma wisieć, nie utonie. Wolałem złożyć wizytę Talarowi, tym razem w celach czysto prywatnych. Odkupiłem kolejny zwój z receptami i niezwykle pouczającą lekturę na tematy medyczne - bo w końcu, jak miałem odróżniać ślady pazurów naturalnych od takich wykutych z żelaza? Czasy były niepewne, detektywowi nie ufałem i wolałem samemu zostać asem dedukcji. Początki szły mi całkiem nieźle - trochę jeszcze docisnąłem Talara. Nikt normalny nie pchałby trefnego towaru z własnej kolekcji, ruch w interesie był duży, a obwiesie, którzy dla zabawy okładali chłopstwo lamiami, zabijali dziwki na ulicach i porywali dzieci, żeby robić z nich mutanty, nie byli najlepszymi patronami dla drobnego handlarza lewizną. Dla fisstechowego barona, albo kogoś w ten deseń, to jeszcze, ale nie dla takiego leszcza jak Talar. Temu wystarczała straż miejska - bierna, mierna, ale za procent z utargu wierna. Gość był czysty jak jego monokl - może uświniony po brzegach, ale dawał się łatwo przejrzeć.
Szukając miejsca na nocleg, wpadłem do Vivaldiego - traf chciał, że miał też księgi, których szukałem dla Kalksteina, tak więc z samego rana przespacerowałem się do sąsiada, aby mu je doręczyć. Aż mu coś stanęło - gadał coś o jakichś kamieniach, podstawach, totalne brednie. Aż przeszedłem się do karczmy, pograć w kości, napić się piwa i zapytać szulera o srebrny miecz. Trzeba było widzieć tę partię, zacząłem wygraną ciulanym fulem trójek na jedynkach przeciwko małemu stritowi...
Jeszcze bardziej poprzednim właścicielem miecza okazał się ogrodnik spod szpitala, który z kolei zdobył go pięć lat temu, w bitwie pod Brenną. Alas, poor Coen... Musiałem pogadać z Shani, ale to odłożyłem na później. Najpierw musiałem ostatecznie przekonać Talara, że był za krótki, i pogadać z Vince'em o nocnym zajściu.
Rączka rączkę myje - Talar co prawda wkurzył się z lekka, ale rzucił ciekawą informacją. Kiedyś szmuglował dla Azara drogie fanty, ale straży miejskiej się to nie spodobało. Vince dał mu ochronę, co oznaczało, że też był czysty - inaczej, jak nakazywałaby logika, wystawiłby go Salamandrom i z Talara zostałyby trzy grosze. No, najwyżej dwanaście. Poszedłem podzielić się wiedzą z kapitanem. Nie cisnąłem go przesadnie - w końcu w lochu grzmiał jak bombarda, że jest kuroliszek do ubicia, a Magister, zgodnie z prawem, wychodził właśnie z paki. Tu był czysty. Co do śledztwa, owszem, zachowywał się nerwowo, ale jeśli miał styczność z prawdopodobnymi wtykami, to wcale mu się nie dziwiłem. A co nocami porabiał, nie moja działka. Kapitan straży, odpowiedzialna praca, za spore pieniądze, to i warunki mieszkaniowe trochę lepsze. Naes'se p'a?
Niestety, z koronnym nie udało mi się pogadać, ale za to dostałem fuchę od Shani - kazała mi przynieść jaskółcze ziele, możliwie w ilościach hurtowych. Pechowo, ostatnią sztukę przepędziłem do eliksirów, ale niedaleko były mokradła, planowałem się tam wybrać po to i owo. Jaskółcze ziele też się mogło przydać. Na szczęście dzięki pierścieniowi od Vincenta, strażnicy przestali mi czynić wstręty, tak więc mogłem wyjść, pozbierać kwiatki, wybebeszyć kilka topielców, wejść z powrotem... Spotkany na nabrzeżu kupiec z Nilfgaardu nawet miał jeden z tych kamyków, których szukał Kalkstein. Pechowo, policzył sobie jak za zboże, ale podejrzewałem, że po kilku fuchach i udanych partiach kości zarobię te pół tysiąca.
Opłaciłem przewoźnika, żeby przerzucił mnie na drugi brzeg swoją łajbą. Miałem niemiłe wrażenie, że mogło mi się tam zejść nieco dłużej niż planowałem... Jaskółcze ziele, agresywne krzaki, ceglarze, którzy znaleźli graty Berengara, no i oczywiście nieszczęsna wieża czarodzieja. Za dużo do roboty.
Czytaj bloga!
Na Tropach Salamandry
autor: Geraltpierwszy wpis: 05.11.2007
[Obserwuj bloga]
Nazywam się Geralt z Rivii, a to moja historia...
Najnowsze na Na Tropach Salamandry:
Popularne na Na Tropach Salamandry:
Najnowsze na Gaminatorze:
- Endless Space (alpha) - słów kilka o podboju galaktyki
- Eh. Szkoda słów.
- Kasa Chorych - Działa nawet w Majówkę
- Patelnią w zęby!
- Underworld Ewolucja czyli seksowna wampirzyca i morze krwi.
- Hello world - początki VideoRecenzji
- Hołdy Video dla tych , których się nie zastąpi .
- Kącik literacki: R. Kipling - Księga dżungli/Druga księga dżungli
- Śmierć pudełkom?
- BrickForce - cięszki niewypał
- Tanki na Pegasusa ;)
- Sentymentalnie przez gatunki gier- cz.1
- Niezdrowy hype wokół gier- cz.1
- Kanały polecane przeze mnie.
- Na co oczekujecie w roku 2012?
- Co prawda nie dostałem się do CD-A, ale.... cz 1.
- Dum dum DUMMMM!
- Czekając na Baldura
- Starocie... chcecie jeszcze?
- Gry 2012 na które z niecierpliwością czekam


Komentarzy