Zamknij Wyślij uwagę

Gaminator. Gry online.

graj lub zgiń
Szukaj

Połącz konta

Połącz konta gaminatora z Xbox Live aby Twoi przyjaciele wiedzi w co grasz i w jakie osiągnięcia zdobyłeś

Geralt

Geralt

Punkty:
43

Punkty które zdobyłeś za dodawanie artykułów, recenzji, video

Menu

Geralt 1194569931000 2007-11-09

Podgrodzie, część pierwsza

Ledwie co dotarłem i zdążyłem poluźnić pas, już się zaczęło. Strażnicy odważni jak przeciętne kurczaki, świecące w ciemnościach psy, dziecko recytujące elfie przepowiednie w czasie lewitacji półtorej stopy nad ziemią i mdlejące zaraz potem... Na szczęście trafiłem na dziewczynę, która poznała mnie, a ja poznałem ją i nawet nie dostałem w pysk. Zresztą ani nie byłem Jaskrem, ani nie straciłem pamięci odpowiedzialnej za wszelkie przejścia damsko-męskie, więc to ostatnie raczej dziwnym nie było. Zresztą moja słabość do wykształconych kobiet miała swoje profity. Shani na pytanie o wesołków z salamandrami w klapach zjeżyła się lekko, po czym stwierdziła, że istotnie, szlajają się w pobliżu, dla zabawy okładają ludzi lamiami i w ogóle większość okolicznych mieszkańców na samo hasło "Salamandry" dostaje nerwowego rozwolnienia. Cóż, jak to mówią, swój na swego trafił - skoro już tu byłem, mogłem zabrać się za świecące psy, Salamandry i co tam jeszcze. Jako człowiek-instytucja, o którym kilku wierszokletów pisało ballady, a jeden nawet trzymające się prawdy, mogłem zarobić, zemścić się i jeszcze liczyć na dodatkowe bonusy.
Po nocnym dumaniu, pofatygowałem się do lokalnej władzy - duchowej. Przypomniała mi się wariacka eskapada z Dudu - w końcu, jeśli wygląda jak Jaskier, wykręca się jak Jaskier i dopiero po trzaśnięciu patelnią w łeb okazuje się, że to nie Jaskier, ciężko uwierzyć, że podwójniak w najlepsze grasuje po mieście, obraca towarem za grube tysiące orenów i tylko ofiary ubić nie potrafi, bo pacyfista... Tak czy siak, lokalny wielebny zapewne sprawiłby, że lokalna ludność zamiast zakały ujrzałaby we mnie służącego społeczeństwu zawodowca.
Po drodze zaszedłem do kowala - że fachura, zauważyłem już po wzroście. Niestety, kiepsko stał z materiałami, a ja z pieniędzmi, więc na czas jakiś rozstaliśmy się w pokoju. Ale i tak byłem pewien, że niedługo się polubimy... Może nie bezpośrednio - on moje pieniądze, a ja miecz jego roboty - ale i tak, wśród ludzi my, dziwadła, powinniśmy trzymać się razem. I ja, i on należeliśmy w końcu do wymierających gatunków.
Kapłan, dziad wredny i wiecznie zasapany, powitał mnie z grubej rury - "Idź precz, czarci synu", po czym kazał mi biegać ze świeczkami po okolicznych kapliczkach, jakby wierzył, że to odstraszy te cholerne świecące psy. Oczywiście wspomniał też, żebym się zainteresował fuchami dla reszty wsiowej elity, to może wtedy powie mi to i owo o tych cholernych pajacach spod jaszczurki. W ramach przedpłaty wcisnął mi kościelny sygnet, żeby było wiadomo, kto mnie przysyła.
Postanowiłem obejść cały teren wokoło, szukając wszystkich możliwych knajp. Na szczęście nad brzegiem rzeki znalazłem kumpla do picia, na nieszczęście - w niesympatycznym towarzystwie, które ochoczo przycięliśmy do poziomu trawy. Trzeba było widzieć, jak największy z nich leciał jak stara szmata do tyłu, łbem prosto na topór Zoltana... No, dobra, może Zoltan trochę pomógł mu trafić.
Jako, że i tak mogłem działać dopiero o zmroku, zabrałem się za trenowanie nowych sztuczek. Potem wybrałem się na romantyczny, acz samotny spacer wzdłuż brzegu rzeki, robiąc wycinanki z utopców, i postanowiłem obejść te nieszczęsne kapliczki - chociaż wszyscy tak straszyli tymi świecącymi psami, okazało się, że znaku Aard aportować nie umiały, a jak już atakowały, to pojedynczo. Dopiero w połowie drogi zrobiło się zabawniej, bo wpadłem na jakiegoś zabłąkanego ghula, potem na stado kilku wyjątkowo rozpromienionych burków, a na koniec zaczęło na potęgę szczać z nieba.
Jak się poniewczasie okazało, dziad borowy łgał w żywe oczy! Nie dość, że te durne świeczki dały tyle, co umarłemu kadzidło, to ten stary cap jeszcze kazał mi biec na drugi koniec wsi, do lokalnej wiedźmy (którą i tak planowałem odwiedzić, zanosząc w podarunku dziesięć psich czerepów i szukając czegoś do poczytania na temat rosnącego tu i ówdzie zielska) i wszystko zwalił na mnie. A żeby cię parch i kiła, dziadu... Ja tu na deszczu... Wilki jakieś... Czy psy świecące...
Zaszedłem więc do wiedźmy, wręczyłem jej czaszki, zainkasowałem nagrodę, kupiłem zielnik i postanowiłem nieco pokrzątać się po kuchni, żeby upędzić to i owo ze znalezionych fantów. Ot i wymyśliła, baba - dajmy dziecku eliksir i zobaczmy, jaki będzie miało odlot. Próba traw to nie była, ale jakoś miałem drobne opory przed pojeniem dzieci wynalazkami o cokolwiek losowym działaniu.
Rano wybrałem się na kolejny spacer, po kwiatki, których zażyczyła sobie czarownica. Wiedźma, wiedźmin, dla niektórych żadna różnica, a kto miał dziewczynie pomóc? Zresztą i tak znała się na magii tyle, ile ja na modzie damskiej - kto normalny marnowałby czas na jakieś bzdury w stylu plucia na fajerkę czy mówienia od tyłu? Gwoli wyjaśnienia - na modzie damskiej znałem się na tyle, żeby wiedzieć, w czym która kobieta wygląda dobrze, a która lepiej bez niczego, no i oczywiście kojarzyłem nazwy niektórych z tych dziwacznych części garderoby oraz jak je zdejmować w najszybszy możliwy sposób. Zresztą zamiast zawracać sobie głowę damską garderobą, wybrałem się do karczmy na partyjkę kości i jakieś piwo.
Pechowo napatoczyłem się na stukniętego alchemika, który planował mnie wybebeszyć - zamknął się dopiero po tym, jak mu zasugerowałem, że ja mogę zrobić mu to samo pierwszy. Tak mi namieszał, że musiałem się napić - przy okazji za napiwek wycisnąłem z oberżysty historyjkę o zarazie, która przeszła przez miasto. Morał? Ten wredny suchy dziadyga mianujący się wielebnym to jakiś wariat!
Zoltan orżnął mnie w kości - tak, wiem, że życie jest brutalne, ale bez przesady! Drań ogolił mnie z forsy jak byle łacha, to ma być kumpel? Nawet nie ruszałem tego tematu - krasnoludy i ich zasady, przegrałeś to płać... Dzięki, stary... Szukając sposobu żeby się odkuć, zagadnąłem największego, najgrubszego i najlepiej ubranego delikwenta w karczmie - kazał mi znaleźć jakiegoś denata w dziurze pod murami miejskimi, przy Bramie Mariborskiej, i nawet całkiem nieźle płacił. Po drodze spróbowałem też, tak niby to dla żartów, pogłaskać siedzącego na parapecie kota - sierściuch zakręcił się jak bąk i rozpłynął w powietrzu. Ja rozumiem, że koty mnie nie lubią i vice versa, ale bez przesady... Zatem, dla poprawy humoru, spróbowałem pogłaskać kelnerkę. Ona z kolei nie uciekła. To się chwali. Nawet jej się spodobałem.
Dziura pod murami kryła kilka bardzo agresywnych krzaczorów, ale zmuliłem się Zamiecią (na palce Lary, nie pijcie tego świństwa na czczo, suszy potem jak diabli) i porąbałem je, zamiatając (jak sama nazwa wskazuje) mieczem. Pod jednym z nich znalazłem właściwe resztki właściwego klienta i zatargałem je dziadowi kaplicznemu do utylizacji. Przy okazji, zrobiłem temu ostatniemu kipisz w piwnicy, zabierając w ramach wsparcia dla obrońców cywilizacji dwie flaszki wina.
Dziad nie miał nic przeciwko, ale Król Dzikiego Gonu owszem - ledwie ułożyłem szczątki w sarkofagu pod kaplicą, a już zaczął prawić mi kazania. Pytał go kto? Namolny, martwy, stary mantyka. Jeszcze przysłał mojego irytującego, martwego kumpla, żebym się nie nudził - ale niestety biedak wrócił skąd przybył, i to w szybkim tempie. Taki plus tej sytuacji, że zostawił mi ciekawy kamyk - jeszcze dwa i krasnoludzki kowal będzie wniebowzięty.
Kupiec ochoczo wyskoczył z kasy, toteż pozwoliłem sobie na małe zakupy u siedzącego w knajpie księgarza. Książkę o udupcach pochłonąłem z marszu, z ghulami był drobny problem - graveira to jeszcze rozpoznam, ale weź tu człowiecze dobry odróżniaj, czy to ghul, alghul, rasalghul czy żhul. Wszystkie tak samo paskudne.
Przy okazji złamałem nos lokalnemu kafarowi, Grubemu Anzelmowi, po czym razem z Zoltanem nawaliliśmy się jak angreńskie dziki - nawet dał mi tym razem ograć się w kości. Żeby w ostatniej chwili trafił mi się ful przeciwko jego dwóm parom, to się nazywa "więcej szczęścia niż rozumu".
Kiedy wróciłem, Abigail upędziła swój odlotowy bimber i podała go młodemu. No i pięknie się porobiło - ktoś obdarł psa ze skóry, ktoś skrzywdził dziewczynkę, ktoś kogoś zgwałcił... Wolałem, żeby młody pamiętał z tego jak najmniej. Ze strzępami informacji i zostawionymi przez Berengara notatkami udałem się do dziadygi - lepiej, żeby był rozmowny, bo w innym przypadku byłem gotów wytłuc z niego żywe gówno, dopóki nie wyśpiewałby, co zrobił razem z tą bandą bab w wełnianych czepcach. Ani chybi była w tym jego sprężyna.
Po drodze jeszcze musiałem rozganiać jakichś chamów, którzy próbowali kłaść łapy na kelnerce - toteż mieczem powiedziałem im "Won hołoto, byłem pierwszy". Potem odprowadziłem pannę do domu, przecinając się przez kilka rozpromienionych burków. Kiedy dziewczyna zaczęła panikować, coś mnie tknęło - te cholery pojawiały się przy kapliczkach, przecząc zapewnieniom dziadygi i obera o rzekomej bogobojności tubylców. Jako, że godzina była dość późna, postanowiłem zajść do dziada, wyrwać go ze snu i porządnie przycisnąć. Coś mi tu śmierdziało i wcale nie była to gnojówka.
Nawet mimo, że nie wychlapałem nic o nietypowych metodach pracy lokalnej wiedźmy, dziad ściągnął do siebie młodego i nadal coś kręcił. Musiałem urobić sobie resztę wesołej trzódki wielebnego - na pierwszy ogień poszedł Barren Hogg, lokalny kupiec. Wyciągnąłem tę jąkatą łysą pałę z łóżka i grzecznie zapytałem, w czym rzecz.
Otóż jaśnie pan kupiec miał problemy z utopcami - niszczyły mu towary dla "specjalnych klientów", tłukły szyby i rzygały na wycieraczkę. Powiedziałem, czego chcę w zamian - Hogg zaczął się wtedy jąkać jeszcze bardziej, ale ja tylko poprawiłem pas i wyszedłem. Gadać mogliśmy potem, a w przypadku Hogga mogło nam to zająć nawet i całą noc.
Łyknąłem szmoc w płynie, niejako poprawnie myśląc, że w ruch pójdzie Znak, i wykopałem udupce z powrotem do rzeki - wcześniej, oczywiście, dokładnie je patrosząc z zamiarem opylenia paru eksponatów świrniętemu alchemikowi z knajpy bądź komukolwiek innemu. To, kto wyszedł później z przeciwnej strony, było jeszcze ciekawsze.
Gdybym miał takich klientów jak Harren Brogg, też bym się zaczął jąkać. Ten dwulicowy łysy pajac w najlepsze nabijał sobie kabzę handlem bronią z Wiewiórami! Na szczęście Wiewiór wysłany po zakupy nie dość, że podszedł grzecznie i bez broni (chociaż za cicho, przez co mało nie nakładłem mu po łbie - nie lubię, jak się ktoś do mnie podkrada), to jeszcze zapłacił za towar i dyskretnie się zmył, nie zwalając mi na łeb lokalnej straży. Wtedy to bym się za Lwiogłowego Pająka (tfu!) nie wytłumaczył.
Wróciłem więc, uśmiechnąłem się porozumiewawczo i stwierdziłem, że klienci byli, zapłacili za towar i wrócą z transportem po więcej. Trzeba było widzieć minę łysego - prawie się osrał ze strachu, ale potem i tak wywiązał się z umowy. Jeżeli dobrze go zrozumiałem, borowy dziad w czerwonej kiecce krył panów spod jaszczurki - co, po mojemu, odbierało mu te smętne resztki wiarygodności. To było gorsze niż wozić się powozem z mayheńskiej pracowni Bachmana. A ja, trenując nowe sztuczki i mieszając kilka przydatnych napitków, przygotowywałem sobie plan na kolejny ranek. Wieczór już miałem zarezerwowany - miałem wino, błyskotki i doskonale przećwiczone spojrzenie niewinnego kotka w za dużych butach - zatem musiałem się wyrobić ze wszelkimi niewdzięcznymi fuchami do wczesnego popołudnia i wziąć kąpiel. Jakby to wyglądało, gdybym na randkę z bufetową poszedł upaćkany smarkami bloedzuigera?!
Podgrodzie
4

Komentarzy

Rozwiń
  • SZP4K3R
    SZP4K3R Nie, potwór z bagien. 1194626973000 2007-11-09
  • Cubase
    Cubase brzmi jak nazwa taniego, niemieckiego wina :P 1194627076000 2007-11-09
  • Geralt
    Geralt Ano, potwór bagienny. Taki ni to człowiek, ni to pijawka, śmierdzi jak nieszczęście i jeszcze kwasem rzyga. Kto to cholerstwo wymyślił? W najlepszym wypadku, kolejna czkawka pokoniunkcyjna... 1194916369000 2007-11-13

Czytaj bloga!

Na Tropach Salamandry

Geralt autor: Geralt
pierwszy wpis: 05.11.2007
[Obserwuj bloga]

Nazywam się Geralt z Rivii, a to moja historia...

Gaminator.tv

Projekt dofinansowany ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka