Połącz konta
Połącz konta gaminatora z Xbox Live aby Twoi przyjaciele wiedzi w co grasz i w jakie osiągnięcia zdobyłeś
Geralt
1194315678000
2007-11-06
Kaer Morhen
Podróżując do Kaedwen, straciłem poczucie czasu. Słaby i bezbronny, przedzierałem się przez las, Płotkę już dawno diabli wzięli...
Na szczęście znaleźli mnie. Eskel i Lambert. Gdyby nie Triss, przebywająca w zamczysku, nie wygrzebałbym się z tego tak szybko, na szczęście była tam, a ja próbowałem przypomnieć sobie, co tak naprawdę nas łączyło.
Patrzyłem, jak Leo i Eskel trenują, zaczynałem sobie przypominać, jak sam korzystałem kiedyś z tych samych ciosów...
Lambert wypadł z bramy, krzycząc coś o nieproszonych gościach. Zaraz za nim przez bramę wbiegła banda zbójów, wymachujących pałkami i siekierami - szczęściem Vesemir spuścił im bramę na ich puste łby. Musiałem wziąć się do roboty. Pobiegłem po miecz, żeby zająć się niedobitkami.
Łatwizna. Przypominało to rąbanie drewna na opał... Tylko to drewno miało brzydki zwyczaj się odgryzać. Niestety, kiedy my zajmowaliśmy się witaniem gości, ci poszli po posiłki - w postaci wielkiego, zielonego paskudztwa, które radośnie wdefilowało na dziedziniec razem z bramą. W tym samym czasie jeszcze kilkudziesięciu wlazło na bezczelnego tylnym wejściem, zamykając nam przed nosem bramę na górny dziedziniec. Coś tu się kroiło - płatny zabójca, dwóch magów, z czego jeden wyglądający jak wyciągnięty z zerrikańskiego śmietniska, a drugi, niejaki Savola, z przypaloną łysiną...
Wbiegłem okrężną drogą, ścigany przez to pospolite ruszenie - moja droga obfitowała w niespodzianki, w tym schody, których Eskel i Lambert nie załatali do dziś. Kiedy tuż za mną wpadło nań kilku spasionych byczków z siekierami... Lambert nie miał już czego naprawiać. Trzech poleciało od razu, czwartemu niby-to-przypadkiem nadepnąłem na palce. Jak to mawiają w Vengerbergu - spadaj, dziadu.
Im dalej, tym ciekawiej - wyskakiwali na mnie grupkami, po dwóch, po trzech, pechowo stali na murach, więc do wyboru mieli albo spaść z wysoka, albo na głowę. Zamiatałem mieczem jak w piosence - na prawo, na lewo, w górę i w dół, do przodu, do tyłu, mordą o stół... Na deser, przy bramie, zostałem powitany przez kilku łuczników, ale z wymachiwaniem mieczem to jak z chodzeniem - tego się nie zapomina. Nie wiem, kto ich nie poinformował, że wiedźmini potrafią odbijać strzały jak hannuańscy mnisi Jaeh-Dai, ale skoro spali na odprawach, to byli sami sobie winni. Dopchałem się wreszcie do kołowrotu i wpuściłem resztę.
Przeraza rączo pogalopowała za nimi, ale Triss potraktowała ją ognistą kulą, przy okazji zwalając ciężką, kutą kratę na dobre. Stwór mógł najwyżej tłuc łbem w gruzowisko, dając czarodziejce czas na wygłoszenie całkiem niezłej teorii spisku. Dranie przyszli po nasz warsztat alchemiczny, Trawy, wszystko, czemu zawdzięczaliśmy swoją moc. A na to nie mogliśmy im pozwolić. Zgrzytnąłem zębami i wypiłem podany przez Vesemira eliksir. To się zeźliłem. Ostro. Trzepnęło mną, zesztywniałem na chwilę, poprawiłem rękawice... Magister się prosił. Nie wiem, ile mu zapłacili za to, żeby wlazł tu jak ostatni kretyn, ale pewien byłem, że tych pieniędzy nie dostanie. Nie osobiście. Może jego wdowa.
Razem z Leo wparowaliśmy do donżonu. Dzieciak był strasznie pewny siebie... Najpierw sprawdziliśmy laboratorium: ten pajac ze śmietnika i Magister ucieszyli się na nasz widok - na tyle, by wywiesić w wejściu wielki znak "nie przeszkadzać" pod postacią magicznej ściany. Niestety przy okazji pajac zwalił na schody dość sporą kupę gruzu, tak więc byliśmy w pułapce.
Na szczęście młody przypomniał mi kolejną sztuczkę, którą wymyśliliśmy niezależnie od wspomnianych hannuańskich mnichów - znak Aard. Podszedłem do kamienia mocy, wziąłem głęboki wdech, zamknąłem oczy... O tak. To było to. Jeden gest i kamienie z hukiem rozleciały się na wszystkie strony, a ja natychmiast pobiegłem po Triss jako jedyną, która mogła przeszkodzić tym dwóm kanaliom w podziemiach.
Savola, nie mogąc wejść drzwiami ani znaleźć okna, postanowił skorzystać z trzeciej możliwości - przez ścianę. Rozdzieliliśmy się - ja, Leo i Triss zabraliśmy się za maga, Vesemir z chłopakami za zieloną pokrakę.
Przez zwykłych pachołków przebiliśmy się bez większych problemów. Dopiero ten łajdak z przypaloną glacą dał jakiś popis - najpierw wyskoczył z powietrza, a potem przytrzasnął mnie i siebie w magicznym kręgu, zmuszając mnie do wysłuchiwania krańcowo irytujących pokrzykiwań młodego. Na szczęście gdy tylko odciąłem go (brutalnie dosłownie) od zasilania w postaci czterech pachołków, których wciągnął do naszego wesołego kółeczka ze sobą, zmienił śpiewkę. Potrafił już tylko skakać jak małpa naokoło, strzelać magicznymi światełkami i podpalić mi gacie, co mnie najwyżej irytowało, bo szczególnie groźne nie było. Skończyło się ornitologią stosowaną - najpierw Puszczyk, potem Jaskółka, dzięcioł wywinął kilka razy orła potraktowany znakiem Aard i padł jak kawka, puszczając krwistego pawia i dwa gile w swój szaliczek.
Niestety z drugim tak łatwo nie poszło - jego moc była tak potężna, jak jego morda paskudna, a strój tandetny, czytaj: cholernie. Najpierw niemal wywrócił Triss na lewą stronę, a potem zwiał z kuferkiem eliksirów pod pachą, zostawiając towarzystwo w postaci Magistra. Niestety ten ostatni, najwidoczniej bardzo się spiesząc, wygarnął z kuszy w młodego i dał nura w magiczny portal, przez co mogłem tylko kląć w bezsilnej złości, że jak w kiepskiej historii dla młodzików musiałem patrzeć na śmierć młodego i nieszczególnie rozgarniętego kumpla. Gdyby Jaskier tu był, zapewne kląłby na czym świat stoi, że świat jest pełen ogranych schematów i jak tu pisać ballady. Ja mogłem tylko ostrzyć miecz i ćwiczyć pierwsze nowe sztuczki.
Odpocząłem nieco, po czym pogadałem z Vesemirem. W międzyczasie Lambert zaopiekował się Triss - nie wydrapała mu oczu chyba tylko dlatego, że była nieprzytomna. Spotkałem go na parterze, jak wychodził z kuchni, ogryzając udko kurczaka - dał mi recepturę eliksiru dla Triss i kazał przynieść składniki z góry. Alergia na magię, ech, kobiety i ich przypadłości...
Na górze czekało na mnie paru pachołków - zatem pozwoliłem sobie na, jak to śpiewało niegdyś w pewnej redańskiej karczmie dwóch zbyt wesołych żaków i okrutnie fałszujący krasnolud, "kręć młyńca kręć", wysyłając drani do piachu. Zabrałem składniki oraz kilka innych przydatnych klamotów (w tym solidny żelazny kozik - broń już miałem, ale narzędzia też są każdemu facetowi potrzebne)...
Gdy tak szwendałem się po zamczysku, wzięła mnie jakaś dziwna melancholia. Czułem się jak stary mebel, zamknięty w opuszczonym lamusie. Vesemir miał rację, chcąc się stąd wynosić. Nic nas tu nie trzymało. Świat nie potrzebował wiedźminów. Kaer Morhen się waliło, podparte tu i ówdzie drewnianymi balami, a deszcz przeciekał przez dziurawe stropy. Wbiłem ręce w kieszenie, trąciłem jednego z denatów butem, po czym zdenerwowany zasadziłem mu tęgiego kopa w nerę, aż przewrócił się na drugi bok i z głuchym plaśnięciem spadł na parter. Coraz mniej bestii w lasach, coraz więcej w pałacach. Ech... Hirikki nie zabijesz, bo na wymarciu, wojsiłka nie, bo nieszkodliwy, nocnicy nie, bo milutka, smoka nie, bo kodeks zabrania. Codringher... Jednak miałeś rację, draniu, pewnie teraz patrzysz na mnie z piekła i śmiejesz się z tego, jak się miotam. "Strzyg, wiwern, endriag i wilkołaków wkrótce nie będzie już na świecie. A skurwysyny będą zawsze."
Zszedłem na parter, do Lamberta, który właśnie kulturalnie obżerał się przy dębowym stole. Pochwaliłem się porządnie wykonaną robotą, na co ten zgasił mnie wiadomością o jeszcze dwóch składnikach - pazurze jakiegoś dużego paskudztwa i jaskółczym zielu. Paskudztwo, jeśli dobrze pamiętałem, leżało na dziedzińcu, wielkie jak stodoła, więc z tym problemu nie było. W wejściu wpadłem na Vesemira. Zadałem mu poważne, egzystencjalne pytanie - ilu nas zostało? Czterech. Pięciu, jeżeli Berengar, lokalna czarna owca z zamiłowaniem do szlajania się bogowie raczą wiedzieć gdzie, jeszcze żył. Były kiedyś jeszcze dwie szkoły, ale słuch o nich zaginął. Tak jest. Wymieraliśmy, cholera.
Vesemir dał mi parę przydatnych rzeczy - jaskółcze ziele, miecz i nowy kaftan. Wyszedłem się przewietrzyć i przy okazji dość dokładnie wybebeszyłem przerazę. Jeszcze raz popatrzyłem na czarne, strzaskane mury Kaer Morhen rysujące się na tle nocnego nieba. A potem wróciłem do środka, przygotować lekarstwo dla Triss i odpocząć.
Z samego rana przyniosłem jej wywar. Kiedy doszła do siebie, zapytałem ją, o co chodziło z całym tym cyrkiem, Salamandrami, magikami i całą resztą tej porąbanej bandy. I wtedy powiedziała coś, co mnie zmroziło. Że rośnie nam drugi Vilgefortz. A z tym imieniem kojarzyłem tylko ból głowy, niepotrzebnie przelaną krew i bohaterów ginących tak łatwo, jakby jakiemuś bajarzowi chciało się spać i za wszelką cenę, ku rozczarowaniu słuchaczy, kończył historię na skróty. Ale życie to nie historia, a ja wcale nie jestem bohaterem.
Na szczęście Triss miała też przyjemniejsze wiadomości. Dała mi do zrozumienia, że tęskniła. Bardzo. Nawet za bardzo, ale gdy przypomniał mi się Val Istredd, ganiający za Yennefer z wywieszonym jęzorem, i sama Yennefer, którą bawiło flirtowanie to ze mną, to z nim, stare sentymenty poszły w kąt. Wraz z ineksprymablami.
Tego wieczora każde z nas wyruszyło w swoją stronę - Leo też, w górę, gdzieś do niebiańskich sal, w których ucztują wojownicy. Vesemir doradził mi wybrać się do Temerii, do Wyzimy. Pamiętałem, jak kiedyś dokonałem tam niemalże cudu - ale jak to mówią, za odpowiednie pieniądze rzeczy niemożliwe wykonujemy od ręki, a cuda na następny dzień.
Jeśli to nawet i był początek końca, to, jak to mawiają, coś się kończy, coś się zaczyna...
Na szczęście znaleźli mnie. Eskel i Lambert. Gdyby nie Triss, przebywająca w zamczysku, nie wygrzebałbym się z tego tak szybko, na szczęście była tam, a ja próbowałem przypomnieć sobie, co tak naprawdę nas łączyło.
Patrzyłem, jak Leo i Eskel trenują, zaczynałem sobie przypominać, jak sam korzystałem kiedyś z tych samych ciosów...
Lambert wypadł z bramy, krzycząc coś o nieproszonych gościach. Zaraz za nim przez bramę wbiegła banda zbójów, wymachujących pałkami i siekierami - szczęściem Vesemir spuścił im bramę na ich puste łby. Musiałem wziąć się do roboty. Pobiegłem po miecz, żeby zająć się niedobitkami.
Łatwizna. Przypominało to rąbanie drewna na opał... Tylko to drewno miało brzydki zwyczaj się odgryzać. Niestety, kiedy my zajmowaliśmy się witaniem gości, ci poszli po posiłki - w postaci wielkiego, zielonego paskudztwa, które radośnie wdefilowało na dziedziniec razem z bramą. W tym samym czasie jeszcze kilkudziesięciu wlazło na bezczelnego tylnym wejściem, zamykając nam przed nosem bramę na górny dziedziniec. Coś tu się kroiło - płatny zabójca, dwóch magów, z czego jeden wyglądający jak wyciągnięty z zerrikańskiego śmietniska, a drugi, niejaki Savola, z przypaloną łysiną...
Wbiegłem okrężną drogą, ścigany przez to pospolite ruszenie - moja droga obfitowała w niespodzianki, w tym schody, których Eskel i Lambert nie załatali do dziś. Kiedy tuż za mną wpadło nań kilku spasionych byczków z siekierami... Lambert nie miał już czego naprawiać. Trzech poleciało od razu, czwartemu niby-to-przypadkiem nadepnąłem na palce. Jak to mawiają w Vengerbergu - spadaj, dziadu.
Im dalej, tym ciekawiej - wyskakiwali na mnie grupkami, po dwóch, po trzech, pechowo stali na murach, więc do wyboru mieli albo spaść z wysoka, albo na głowę. Zamiatałem mieczem jak w piosence - na prawo, na lewo, w górę i w dół, do przodu, do tyłu, mordą o stół... Na deser, przy bramie, zostałem powitany przez kilku łuczników, ale z wymachiwaniem mieczem to jak z chodzeniem - tego się nie zapomina. Nie wiem, kto ich nie poinformował, że wiedźmini potrafią odbijać strzały jak hannuańscy mnisi Jaeh-Dai, ale skoro spali na odprawach, to byli sami sobie winni. Dopchałem się wreszcie do kołowrotu i wpuściłem resztę.
Przeraza rączo pogalopowała za nimi, ale Triss potraktowała ją ognistą kulą, przy okazji zwalając ciężką, kutą kratę na dobre. Stwór mógł najwyżej tłuc łbem w gruzowisko, dając czarodziejce czas na wygłoszenie całkiem niezłej teorii spisku. Dranie przyszli po nasz warsztat alchemiczny, Trawy, wszystko, czemu zawdzięczaliśmy swoją moc. A na to nie mogliśmy im pozwolić. Zgrzytnąłem zębami i wypiłem podany przez Vesemira eliksir. To się zeźliłem. Ostro. Trzepnęło mną, zesztywniałem na chwilę, poprawiłem rękawice... Magister się prosił. Nie wiem, ile mu zapłacili za to, żeby wlazł tu jak ostatni kretyn, ale pewien byłem, że tych pieniędzy nie dostanie. Nie osobiście. Może jego wdowa.
Razem z Leo wparowaliśmy do donżonu. Dzieciak był strasznie pewny siebie... Najpierw sprawdziliśmy laboratorium: ten pajac ze śmietnika i Magister ucieszyli się na nasz widok - na tyle, by wywiesić w wejściu wielki znak "nie przeszkadzać" pod postacią magicznej ściany. Niestety przy okazji pajac zwalił na schody dość sporą kupę gruzu, tak więc byliśmy w pułapce.
Na szczęście młody przypomniał mi kolejną sztuczkę, którą wymyśliliśmy niezależnie od wspomnianych hannuańskich mnichów - znak Aard. Podszedłem do kamienia mocy, wziąłem głęboki wdech, zamknąłem oczy... O tak. To było to. Jeden gest i kamienie z hukiem rozleciały się na wszystkie strony, a ja natychmiast pobiegłem po Triss jako jedyną, która mogła przeszkodzić tym dwóm kanaliom w podziemiach.
Savola, nie mogąc wejść drzwiami ani znaleźć okna, postanowił skorzystać z trzeciej możliwości - przez ścianę. Rozdzieliliśmy się - ja, Leo i Triss zabraliśmy się za maga, Vesemir z chłopakami za zieloną pokrakę.
Przez zwykłych pachołków przebiliśmy się bez większych problemów. Dopiero ten łajdak z przypaloną glacą dał jakiś popis - najpierw wyskoczył z powietrza, a potem przytrzasnął mnie i siebie w magicznym kręgu, zmuszając mnie do wysłuchiwania krańcowo irytujących pokrzykiwań młodego. Na szczęście gdy tylko odciąłem go (brutalnie dosłownie) od zasilania w postaci czterech pachołków, których wciągnął do naszego wesołego kółeczka ze sobą, zmienił śpiewkę. Potrafił już tylko skakać jak małpa naokoło, strzelać magicznymi światełkami i podpalić mi gacie, co mnie najwyżej irytowało, bo szczególnie groźne nie było. Skończyło się ornitologią stosowaną - najpierw Puszczyk, potem Jaskółka, dzięcioł wywinął kilka razy orła potraktowany znakiem Aard i padł jak kawka, puszczając krwistego pawia i dwa gile w swój szaliczek.
Niestety z drugim tak łatwo nie poszło - jego moc była tak potężna, jak jego morda paskudna, a strój tandetny, czytaj: cholernie. Najpierw niemal wywrócił Triss na lewą stronę, a potem zwiał z kuferkiem eliksirów pod pachą, zostawiając towarzystwo w postaci Magistra. Niestety ten ostatni, najwidoczniej bardzo się spiesząc, wygarnął z kuszy w młodego i dał nura w magiczny portal, przez co mogłem tylko kląć w bezsilnej złości, że jak w kiepskiej historii dla młodzików musiałem patrzeć na śmierć młodego i nieszczególnie rozgarniętego kumpla. Gdyby Jaskier tu był, zapewne kląłby na czym świat stoi, że świat jest pełen ogranych schematów i jak tu pisać ballady. Ja mogłem tylko ostrzyć miecz i ćwiczyć pierwsze nowe sztuczki.
Odpocząłem nieco, po czym pogadałem z Vesemirem. W międzyczasie Lambert zaopiekował się Triss - nie wydrapała mu oczu chyba tylko dlatego, że była nieprzytomna. Spotkałem go na parterze, jak wychodził z kuchni, ogryzając udko kurczaka - dał mi recepturę eliksiru dla Triss i kazał przynieść składniki z góry. Alergia na magię, ech, kobiety i ich przypadłości...
Na górze czekało na mnie paru pachołków - zatem pozwoliłem sobie na, jak to śpiewało niegdyś w pewnej redańskiej karczmie dwóch zbyt wesołych żaków i okrutnie fałszujący krasnolud, "kręć młyńca kręć", wysyłając drani do piachu. Zabrałem składniki oraz kilka innych przydatnych klamotów (w tym solidny żelazny kozik - broń już miałem, ale narzędzia też są każdemu facetowi potrzebne)...
Gdy tak szwendałem się po zamczysku, wzięła mnie jakaś dziwna melancholia. Czułem się jak stary mebel, zamknięty w opuszczonym lamusie. Vesemir miał rację, chcąc się stąd wynosić. Nic nas tu nie trzymało. Świat nie potrzebował wiedźminów. Kaer Morhen się waliło, podparte tu i ówdzie drewnianymi balami, a deszcz przeciekał przez dziurawe stropy. Wbiłem ręce w kieszenie, trąciłem jednego z denatów butem, po czym zdenerwowany zasadziłem mu tęgiego kopa w nerę, aż przewrócił się na drugi bok i z głuchym plaśnięciem spadł na parter. Coraz mniej bestii w lasach, coraz więcej w pałacach. Ech... Hirikki nie zabijesz, bo na wymarciu, wojsiłka nie, bo nieszkodliwy, nocnicy nie, bo milutka, smoka nie, bo kodeks zabrania. Codringher... Jednak miałeś rację, draniu, pewnie teraz patrzysz na mnie z piekła i śmiejesz się z tego, jak się miotam. "Strzyg, wiwern, endriag i wilkołaków wkrótce nie będzie już na świecie. A skurwysyny będą zawsze."
Zszedłem na parter, do Lamberta, który właśnie kulturalnie obżerał się przy dębowym stole. Pochwaliłem się porządnie wykonaną robotą, na co ten zgasił mnie wiadomością o jeszcze dwóch składnikach - pazurze jakiegoś dużego paskudztwa i jaskółczym zielu. Paskudztwo, jeśli dobrze pamiętałem, leżało na dziedzińcu, wielkie jak stodoła, więc z tym problemu nie było. W wejściu wpadłem na Vesemira. Zadałem mu poważne, egzystencjalne pytanie - ilu nas zostało? Czterech. Pięciu, jeżeli Berengar, lokalna czarna owca z zamiłowaniem do szlajania się bogowie raczą wiedzieć gdzie, jeszcze żył. Były kiedyś jeszcze dwie szkoły, ale słuch o nich zaginął. Tak jest. Wymieraliśmy, cholera.
Vesemir dał mi parę przydatnych rzeczy - jaskółcze ziele, miecz i nowy kaftan. Wyszedłem się przewietrzyć i przy okazji dość dokładnie wybebeszyłem przerazę. Jeszcze raz popatrzyłem na czarne, strzaskane mury Kaer Morhen rysujące się na tle nocnego nieba. A potem wróciłem do środka, przygotować lekarstwo dla Triss i odpocząć.
Z samego rana przyniosłem jej wywar. Kiedy doszła do siebie, zapytałem ją, o co chodziło z całym tym cyrkiem, Salamandrami, magikami i całą resztą tej porąbanej bandy. I wtedy powiedziała coś, co mnie zmroziło. Że rośnie nam drugi Vilgefortz. A z tym imieniem kojarzyłem tylko ból głowy, niepotrzebnie przelaną krew i bohaterów ginących tak łatwo, jakby jakiemuś bajarzowi chciało się spać i za wszelką cenę, ku rozczarowaniu słuchaczy, kończył historię na skróty. Ale życie to nie historia, a ja wcale nie jestem bohaterem.
Na szczęście Triss miała też przyjemniejsze wiadomości. Dała mi do zrozumienia, że tęskniła. Bardzo. Nawet za bardzo, ale gdy przypomniał mi się Val Istredd, ganiający za Yennefer z wywieszonym jęzorem, i sama Yennefer, którą bawiło flirtowanie to ze mną, to z nim, stare sentymenty poszły w kąt. Wraz z ineksprymablami.
Tego wieczora każde z nas wyruszyło w swoją stronę - Leo też, w górę, gdzieś do niebiańskich sal, w których ucztują wojownicy. Vesemir doradził mi wybrać się do Temerii, do Wyzimy. Pamiętałem, jak kiedyś dokonałem tam niemalże cudu - ale jak to mówią, za odpowiednie pieniądze rzeczy niemożliwe wykonujemy od ręki, a cuda na następny dzień.
Jeśli to nawet i był początek końca, to, jak to mawiają, coś się kończy, coś się zaczyna...
Czytaj bloga!
Na Tropach Salamandry
autor: Geraltpierwszy wpis: 05.11.2007
[Obserwuj bloga]
Nazywam się Geralt z Rivii, a to moja historia...
Najnowsze na Na Tropach Salamandry:
Popularne na Na Tropach Salamandry:
Najnowsze na Gaminatorze:
- Endless Space (alpha) - słów kilka o podboju galaktyki
- Eh. Szkoda słów.
- Kasa Chorych - Działa nawet w Majówkę
- Patelnią w zęby!
- Underworld Ewolucja czyli seksowna wampirzyca i morze krwi.
- Hello world - początki VideoRecenzji
- Hołdy Video dla tych , których się nie zastąpi .
- Kącik literacki: R. Kipling - Księga dżungli/Druga księga dżungli
- Śmierć pudełkom?
- BrickForce - cięszki niewypał
- Tanki na Pegasusa ;)
- Sentymentalnie przez gatunki gier- cz.1
- Niezdrowy hype wokół gier- cz.1
- Kanały polecane przeze mnie.
- Na co oczekujecie w roku 2012?
- Co prawda nie dostałem się do CD-A, ale.... cz 1.
- Dum dum DUMMMM!
- Czekając na Baldura
- Starocie... chcecie jeszcze?
- Gry 2012 na które z niecierpliwością czekam


Komentarzy
RozwińA co do panienki - ineksprymable to inaczej po prostu gacie. 1194570361000 2007-11-09