Zamknij Wyślij uwagę

Gaminator. Gry online.

graj lub zgiń
Szukaj

Połącz konta

Połącz konta gaminatora z Xbox Live aby Twoi przyjaciele wiedzi w co grasz i w jakie osiągnięcia zdobyłeś

Chimaira

Chimaira

Reputacja:
1014.07654
Punkty:
3720

Punkty które zdobyłeś za dodawanie artykułów, recenzji, video

Menu

Chimaira 1285853401000 2010-09-30

70 - czyli co mnie w grach bierze

Poniższy tekścik to nieznaczne rozwinięcie tego, co ostatnio strzeliłem z głupia frant na Fejsbuku. Nie bójcie się, nic kontrowersyjnego. Chyba. 

Cały weekend, w oczekiwaniu na przyjście egzemplarza recenzenckiego nowego King's Bounty, przebierałem niecierpliwie nogami. A że trzeba znaleźć sobie jakieś zajęcie, postanowiłem jakoś tak z głupia frant obadać Metal Gear Solid 4. Nie żebym był jakimś strasznym fanbojem serii - chciałem popatrzeć na ładne cut-scenki, zobaczyć co pozmieniali i tak dalej. Jestem jednym z tych nielicznych, którzy mieli do czynienia z NESowym protoplastą serii (Chidder ostatnio walnął recenzję - polecam!), a potem przedzierali się przez MGS1 na pececie. ;) 

Instalacja bardzo mi się spodobała. Nie zrezygnowano z konceptu fajek (mimo że w poprzednich odsłonach często były wykorzystywane w sposób absurdalny, np. do namierzania laserów). Podczas około ośmiominutowej instalacji gry podstarzały Snake non stop jara szluga. Fajnie! To jest dobre! (I nie będzie strasznym spoilerem jeśli powiem, że w zakończeniu Snake rzuca palenie ;/)
W końcu ruszyło. Było jakoś koło 21-szej. Tak pomyślałem, a - strzele se misję. Zorientowałem, że wypadałoby odwiedzić barłóg wtedy, gdy za oknem wstawał właśnie świt. 

Jakiś czas później pojawiło się jedno zdanko na Facebooku, a teraz zdałem sobie sprawę że temat wymaga rozwinięcia. I pewnie można by o tym książkę całą napisać, nie przeczę. Dlatego, z racji tego że to mój blog, napiszę kilka zdań o tym co MNIE w grach bierze. Jeśli w komentarzach zechcecie się podzielić swoimi odczuciami i analizą tego czemu przy jednych gierkach siedzicie godzinami, a inne wyrzucacie z HDD konsoli w 5 minut po instalacji - super!

W swoim facebookowym tekście nawiązałem do "Tormenta" i "GTA IV". Fakt, obie są - intersubiektywnie* rzecz biorąc - świetnymi grami. Tylko co z tego, że pierwsza nudzi mnie po jakimś czasie, a druga jest kretyńska? Wolę mieć bohatera który non stop jara i jego twardzielstwo objawia się w ustawicznym harkaniu ("HM!", "HRMPF", "UHHH"), blond chłoptasia, który jest ninja-cyborgiem i napierdala się z wielkimi robotami przypominającymi nieco żaby, cztery odziane w lateks kobitki, które robią za bossów, głównego złego, który poprzez protezę ręki innego złego staje się jakby jego inkarnacją (SIC! Ale ten debilizm jest akurat potem sensownie wyjaśniony), niż jaranie się tym, że jak spadnie deszcz to jakiś pliznoł** przykryje głowę gazetą, czy pianie z zachwytu nad pseudofilozoficznym erpegiem o naturze człowieka.

No dobrze, w tej chwili można pomyśleć że jestem kretynem, albo zastosować stary argument:
"On lubi mangę" (z pogardliwym parsknięciem)

Otóż nie i to uświadomiła mi moja znajoma. Otóż jak bardzo kretyńskiej opowieści by nasi skośnoocy przyjaciele nie stworzyli, jak bardzo nie byłoby to pełne cliche, jak potwornie nie śmierdziałaby dana produkcja XEROXem, to... To ja to łykam jak młody pelikan. Dlaczego? Dlatego, że w przeciwieństwie do 90% zachodnich gier, Japończycy wiedzą jak się konstruuje opowieść. Jakimi zasadami się to rządzi, jak wywołać emocje w odbiorcy (i nie mówię o odruchu wymiotnym) i wreszcie, jak wgnieść go w ziemię odpowiednio dobranymi środkami wizualnymi.

Gdy przechodzę zachodnie gry, albo gram w nie, np. nowe odsłony GTA, Just Cause, albo nawet niech będzie i jakieś tam Dragon Age - to najczęściej żeby czegokolwiek się dowiedzieć, w sensie - wiedzieć konkretnie, muszę zaglądać na zewnętrzne źródła. Czemu jest tak a tak? Czemu nagle robią tak a nie inaczej? I potem czytam te gęste tłumaczenia deweloperów. Z innej strony gryziemy - między jednym a drugim pchnięciem fabuły mamy jakieś koszmarnie długie etapy gdzie łazimy, jeździmy, strzelamy i nic konkretnego się nie dzieje. Potem nagle - pyk! - i wyjaśnia się masa rzeczy. Podnieceni gramy dalej... znów łażąc, jeżdżąc, strzelając...

W przypadku takiego MGS 4 nie mam tego problemu. I innych. Nawet jeśli bym nie znał nikogo z bohaterów (a jest to możliwe, to najbardziej hermetyczna odsłona serii, która spina praktycznie wszystkie wątki i postacie z poprzednich gier), to i tak łyknąłbym to i oblizał się ze smakiem. Bo Kojima i jego drużyna po prostu wiedzą jak się robi dobrą opowieść, nawet jeśli jej elementy składowe osobno brzmią jak majaczenia naćpanego dziecka z defektem mózgu. Oni wiedzą jak buduje się napięcie, jak wyzwala w odbiorcy emocje, jak konstruuje bohaterów. I co z tego, że już ich gdzieś widziałem? Jest różnica między burgerem podanym w budce przy Tesco Kabaty, a burgerem z Fridaysa, nie? 

A wy? Jak wy się na to zapatrujecie? Liczy się opowieść jako całokształt, czy raczej nowa moda - taki syndrom Shyalamana. "A na końcu oni boją się wody!" albo "Okazuje się że za płotem idzie autostrada!". A może w ogóle fabuła to takie pośrednie znaczenie i tak naprawdę w gierkach powinno chodzić o T&R***?

---
*jeśli ktoś wam mówi, że coś jest obiektywne - strzelcie mu w papę, bo traktuje was jak hołotę, której nie warto tłumaczyć terminu intersubiektywizmu
**wiadomo co to jest pliznoł ;) Jeśli ktoś nie skumał, polecam pierwszą część "Carmageddon"
***Terror&Rozpierdol oczywiście.
5

Komentarzy

Rozwiń
  • Saiged
    Saiged O, właśnie. Jeśli chodzi o grę, która ostatnio przyprawiła mnie o ciary, to było to zdecydowanie Blazblue: Calamity Trigger (Japońska bijatyka. Co, że niby bijatyki nie mają fabuły? Tutaj walki zajmują może 50% każdego story mode'a, a i jeszcze SM każdej postaci może mieć kilka możliwych zakończeń. ;) ) Ogólny zamysł jest taki, że świat utknął w czasowej pętli. Dochodzi do spotkania tego jakby głównego bohatera z pewnym adroidem imieniem Nu (i tak do końca nie wiadomo co to jest), po czym, boom - świat zaczyna się od nowa. I tak w nieskończoność. Również każdy story mode zawiera się w innej "powtórce". Kiedy się dowiaduje takich małych smaczków, jak np. to, że jeden z bossów to tak naprawdę jeden z bohaterów, tyle że w pewien sposób oderwany od swojej powtórki i kompletnie odmieniony, oraz to że "główny bohater" to tak naprawdę Czarna Bestia, która sprowadziła na świat kataklizm w przeszłości (oczywiście on sam o tym nie wie :P), to jak tu nie mówić o ciarach na plecach? :D 1285860690000 2010-09-30
  • Chidder
    Chidder Ja jakąś godzinę temu przeszedłem Metal Gear Solid 2. Długie cut-scenki, egzystencjalne ględzenie, mniejsze lub większe głupoty na ekranie... A i tak uważam, że fabuła tej gry jest świetna. No dobra, może nie fabuła, tylko sposób jej przedstawienia. Kojima świetnie reżyseruje cut-scenki i maskuje wszelkie niedociągnięcia. Tą grę nie tyle chce się przechodzić, co po prostu oglądać dalej.
    Zauważyłem jednak, że takie rzeczy działają tylko w przypadku Japończyków. Gdy Amerykanie czy Europejczycy walną scenę w stylu "I am your father, Luke", to śmieję się jak głupi i narzekam. Jeśli natomiast zrobią to programiści z kraju kwitnącej wiśni (się rymnęło trochę), to szczęka mi opada i pojawiają się myśli typu: "że co?", "że jak?", "ale żeście mnie zaskoczyli". 1285875013000 2010-09-30
  • mnq
    mnq Polecam się zapoznać z Chrono Trigger. Jedno z najdoskonalszych dzieł Square, które pożera większość Finali bez popicia. Trzynaście możliwych zakończeń, zaś fabularnie gierka rozwala tyłek do tego stopnia, że nie poczułbyś jakby Ci wciskali kulę do kręgli :P 1285929422000 2010-10-01

Czytaj bloga!

Trupy w szafie

Chimaira autor: Chimaira
pierwszy wpis: 04.09.2007
[Obserwuj bloga]

Pupcia rupcia salcesonik helou belou w dupie słonik. :P

Gaminator.tv

Projekt dofinansowany ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka