Połącz konta
Połącz konta gaminatora z Xbox Live aby Twoi przyjaciele wiedzi w co grasz i w jakie osiągnięcia zdobyłeś
Boromi
- Reputacja:
- 1084.7957
- Punkty:
- 2642
Punkty które zdobyłeś za dodawanie artykułów, recenzji, video
Menu
Boromi
1261784849000
2009-12-26
Magiczna liczba - 28
Dobry horror staje się powoli gatunkiem zagrożonym. Z biegiem czasu mamy do czynienia z coraz to wyraźniejszym przerostem formy nad treścią, lub też - o zgrozo! - całkowitą degradacją obu elementów. Koszmarna “Mgła”, tragikomiczne “Oszukać Przeznaczenie” czy trywialny “Boogeyman”… to tylko trzy przypadkowe “potworki” spośród przebogatego zbioru ostatnich lat. Z pomocą w roku 2002 przyszedł Danny Boyle. Reżyser niezwykle udanego “Trainspotting” dokonał rzeczy niebywałej – do bólu sztampową i ograną tematykę epidemii zombie zdołał ubrać w nowe, naprawdę zacne szaty. Wielka Brytania siedliskiem żywych trupów? Czemu nie, w końcu (w myśl stereotypów) to i tak kraj flegmatyków!
--- 28 Days Later ---
Historia walki z wirusem zwanym “Rage” rozpoczyna się w iście Hitchcockowskim stylu. Trzęsienie Ziemi w pierwszej części (28 Dni Później) następuje bardzo szybko, a to za sprawą bojowników o prawa zwierząt, którzy włamali się na teren ośrodka badań. Mimo usilnych próśb i nalegań napotkanego naukowca uwolnili zarażone szympansy, które natychmiast ze słodkich, bezbronnych stworzonek zmieniły się w krwawych oprawców. I tak, zgadliście – “We are fucked now”.
Scena bardzo szybko zmienia się jednak na realia szpitalne (co jak co, ale główny bohater musi być). Jima poznajemy w dość niezręcznej sytuacji – budzi się ze śpiączki i z przerażeniem odkrywa, że jest jedyną osobą nie tylko w placówce, ale i całym Londynie… Brzmi znajomo?
Fresh flesh – Cechą charakterystyczną pierwszej części jest sugestywność. Tu nikt nie bawi się we wstępy, wprowadzenia, ceregiele… Tu mamy bohatera, który bardzo szybko odkrywa, że podczas jego nieobecności w Londynie (a może i na całej wyspie) wydarzyło się coś bardzo nieprzyjemnego. Szybko też efekty katastrofy znajdują i jego. Scenarzysta w świetny sposób oddał wrażenie osaczenia i osamotnienia głównych bohaterów (wkrótce okazuje się, że Jim nie jest jedynym ocalałym). Zdołał też wzbudzić we mnie współczucie i przywiązanie, co w moim przypadku jest dość trudne, gdy idzie o gatunek Horroru.
Pierwsza połowa filmu jest doskonała, nerwowa i chaotyczna. Grupa bohaterów usiłuje dostać się do bazy wojskowej, która (jak głosi automatycznie nadawany przez radio komunikat) jest ponoć na wyspie jedynym miejscem bezpiecznym. Irytuje więc fakt, że kiedy wszystko wydaje się być na jak najlepszej drodze do ocalenia od śmierci, postaci zaczynają zachowywać się niemal na równi z bezmózgami…
Mowa konkretnie o średnim rozwinięciu całej historii. Rozumiem zamysł autora. To, że chciał pokazać, iż w skrajnie nerwowych sytuacjach człowiek nie zawsze postępuje logicznie. Ale – na Boga! Kto w celach naukowych, w obliczu zaistniałej masakry trzymałby w ogródku na łańcuchu zarażonego (swoją drogą – ów zarażony, któremu na imię było Miller, z wiadomych względów wywołał w 2002 roku na sali gromki śmiech)?! Druga połowa – mimo, iż nadal trzyma w napięciu i potrafi przestraszyć, razi skrajnym brakiem logiki w postępowaniu bohaterów.
Od strony technicznej, 28 Dni Później prezentuje się nieźle. W kilku miejscach rażą co prawda mocno przestarzałe (już w dniu premiery) efekty, jednak film zdecydowanie nadrabia braki dynamiką ujęć. Jeżeli zaś o zombiaki chodzi – wypadły średnio, jednak – podobnie jak w przypadku wspomnianych efektów, niedobór odpowiednich wizażystów doskonale maskuje operator kamery. Standardowy zabieg rozedrganej kamery, plus kilka krzyków jak najbardziej zdają egzamin. Do tego dochodzi jeszcze kwestia muzyki, która została dobrana naprawdę, naprawdę doskonale i nieszablonowo. Dość powiedzieć, że oprócz typowego setu “rock + ambient” mamy tu choćby zaskakujący fragment z… Ave Maria w tle.
Podsumowując – pierwsza część “28″ jest naprawdę dobra. Oczywiście – brak w niej odkrywczości i niekiedy straszy w mało wysublimowany sposób, jednak twórcom udało się wycisnąć bardzo dużo z tej oklepanej tematyki. Można się bać, można przepocić podkoszulek, można się śmiać, można uronić łzę – z pewnością dzieło Dannyego Boyle'a nie jest przy całej swej sztampowości nudne.
Ocena: 8+
--- 28 Weeks Later ---
Days gone Weeks… – Bagatela pięć lat dzieli udany pierwowzór z zaskakującą kontynuacją. A zaskakuje na wielu płaszczyznach. Po pierwsze – skład twórców został przewrócony do góry nogami. 28 Tygodni Później jest filmem zrobionym głównie przez Hiszpanów i tym razem prezentuje sporo cech epopeicznych – sam aspekt walki z wirusem jest objęty znacznie szerzej. Trudno jest też wskazać, który z bohaterów dzierży pałeczkę lidera, gdyż ważnych wątków jest tu od zatrzęsienia. Ale od początku…
Film zaczyna się na niecały miesiąc przed jego częścią “właściwą” (akcja samego początku dzieje się jeszcze podczas pierwszego wybuchu epidemii). Wieczorkiem, grupa ocalałych ludzi siedzi w swym mini-schronie. W niepokojącej scenie poznajemy parę Amerykanów – Dona i Alice. Oczywiście już po chwili pomieszczenia szczelnie wypełniają się czerwonookimi. Z kilkuosobowej grupy żyw ostaje się tylko Don, akcja natomiast wędruje o około 6 miesięcy do przodu…
Od epidemii szczęśliwie lub też mniej, minęło tytułowych 28 tygodni. Zarażeni już dawno poumierali z głodu, a przynajmniej tak twierdzi nasza ukochana Ameryka, która – chwalcie wuja Sama! – rozpoczyna proces ponownego zasiedlania terenów Wielkiej Brytanii. Dzieciaki Dona (Danny i Tammy, którym przypadli wyjątkowo irytujący aktorzy) przylatują na wyspę, by spotkać się z ojcem. I tu – warto o nim wspomnieć – zawiązuje się bardzo ciekawy wątek domniemanej śmierci Alice…
No dobra – powiecie – ale gdzie tutaj epidemia? Ano ognisko wybucha po raz drugi z dość niepozornego powodu. Z niewiadomych przyczyn, matka dwójki bohaterów zostaje odnaleziona żywa. By było weselej, jest zarażona “Rage”, a mimo to na nikogo się nie rzuca. Naukowcy momentalnie dostrzegają w niej szansę na odnalezienie antidotum na złośliwy drobnoustrój. O detalach opowiadać nie będę – dość powiedzieć, że koniec końców katastrofa ponownie dotyka zielone równiny Anglii.
Bleeding walls… – Nie od dziś wiadomo, że Hiszpanie mają fioła na punkcie śmierci, kościotrupów, okultyzmu i innych takich, niekoniecznie przyjemnych spraw. I naturalnie, modyfikacje na stanowiskach znalazły swoje odzwierciedlenie w treści sequela. Bo wiedzieć trzeba, że o ile 28 Days Later było w rozlewaniu posoki dość oszczędne i nie zwykło czynić tego nadgorliwie, o tyle kontynuacja jako żywo przypomina film gore. Jest to bodaj pierwsza produkcja, na której, mówiąc całkowicie serio, mnie zemdliło. Ok – sceny szczególnie drastyczne nie występują często, jednak większość z nich jest wykonana z potworną, obrzydliwą, chirurgiczną dokładnością. Pod względem efektów, film znacznie poprawił się w stosunku do poprzednika i – co przyznaję z ciężkim sercem – zbliżył się do rubryki “efekciarstwo” (hmm, kto nie pamięta bzdurnej sceny z helikopterem…?). W każdym razie – trup ściele się znacznie gęściej niż w oryginale.
Na szczęście, zmiany nie dotknęły jedynie “pustych” kategorii, jak przemoc czy efekty. Klimat diametralnie różni się od tego z “28 Dni…”, ale kto wie, czy nie jest od niego lepszy. Walory podnosi tu bowiem pewna tajemniczość i konwencja wielowątkowości, niejako ściągnięta z “Zagubionych”. W dodatku epidemia ukazana jest tym razem na większą skalę – moment, kiedy – już po zapłonięciu ogniska choroby, w specjalnie wydzielonym pomieszczeniu gasną światła, na długo pozostaje w pamięci.
28 Tygodni Później to jak najbardziej godna kontynuacja. Całkowicie różni się od części pierwszej, jest znacznie mocniejsza i efekciarska, ale kontynuuje dobrą passę marki, jaką już stało się “28″. Kolejny raz pokazuje, że z tak wytartej tematyki, można za pomocą dobrej fabuły wykrzesać sporo nowatorskich i ciekawych idei. Ponownie – nie jest to żadne arcydzieło na miarę “Hellraisera” czy “Lśnienia”, ale w doskonały sposób pokazuje realia masowej epidemii, związanej z nią ludzkiej paniki i bezwzględności.
Ocena: 8-
boromi
P.S. Sequel? Po upowszechnieniu planów dotycznących 28 Weeks Later, złośliwi zaczęli insynuować, jakoby następnie do kin miały wejść kolejne części, mające w tytule “Miesięcy…”, “Lat…” itp. Choć przyznam, że wydawało mi się to irracjonalne, Boyle niedawno przyznał że chciałby współtworzyć “28 Months Later” i prace nad sequelem są wielce prawdopodobne…
--- 28 Days Later ---
Historia walki z wirusem zwanym “Rage” rozpoczyna się w iście Hitchcockowskim stylu. Trzęsienie Ziemi w pierwszej części (28 Dni Później) następuje bardzo szybko, a to za sprawą bojowników o prawa zwierząt, którzy włamali się na teren ośrodka badań. Mimo usilnych próśb i nalegań napotkanego naukowca uwolnili zarażone szympansy, które natychmiast ze słodkich, bezbronnych stworzonek zmieniły się w krwawych oprawców. I tak, zgadliście – “We are fucked now”.
Scena bardzo szybko zmienia się jednak na realia szpitalne (co jak co, ale główny bohater musi być). Jima poznajemy w dość niezręcznej sytuacji – budzi się ze śpiączki i z przerażeniem odkrywa, że jest jedyną osobą nie tylko w placówce, ale i całym Londynie… Brzmi znajomo?
Fresh flesh – Cechą charakterystyczną pierwszej części jest sugestywność. Tu nikt nie bawi się we wstępy, wprowadzenia, ceregiele… Tu mamy bohatera, który bardzo szybko odkrywa, że podczas jego nieobecności w Londynie (a może i na całej wyspie) wydarzyło się coś bardzo nieprzyjemnego. Szybko też efekty katastrofy znajdują i jego. Scenarzysta w świetny sposób oddał wrażenie osaczenia i osamotnienia głównych bohaterów (wkrótce okazuje się, że Jim nie jest jedynym ocalałym). Zdołał też wzbudzić we mnie współczucie i przywiązanie, co w moim przypadku jest dość trudne, gdy idzie o gatunek Horroru.
Pierwsza połowa filmu jest doskonała, nerwowa i chaotyczna. Grupa bohaterów usiłuje dostać się do bazy wojskowej, która (jak głosi automatycznie nadawany przez radio komunikat) jest ponoć na wyspie jedynym miejscem bezpiecznym. Irytuje więc fakt, że kiedy wszystko wydaje się być na jak najlepszej drodze do ocalenia od śmierci, postaci zaczynają zachowywać się niemal na równi z bezmózgami…
Mowa konkretnie o średnim rozwinięciu całej historii. Rozumiem zamysł autora. To, że chciał pokazać, iż w skrajnie nerwowych sytuacjach człowiek nie zawsze postępuje logicznie. Ale – na Boga! Kto w celach naukowych, w obliczu zaistniałej masakry trzymałby w ogródku na łańcuchu zarażonego (swoją drogą – ów zarażony, któremu na imię było Miller, z wiadomych względów wywołał w 2002 roku na sali gromki śmiech)?! Druga połowa – mimo, iż nadal trzyma w napięciu i potrafi przestraszyć, razi skrajnym brakiem logiki w postępowaniu bohaterów.
Od strony technicznej, 28 Dni Później prezentuje się nieźle. W kilku miejscach rażą co prawda mocno przestarzałe (już w dniu premiery) efekty, jednak film zdecydowanie nadrabia braki dynamiką ujęć. Jeżeli zaś o zombiaki chodzi – wypadły średnio, jednak – podobnie jak w przypadku wspomnianych efektów, niedobór odpowiednich wizażystów doskonale maskuje operator kamery. Standardowy zabieg rozedrganej kamery, plus kilka krzyków jak najbardziej zdają egzamin. Do tego dochodzi jeszcze kwestia muzyki, która została dobrana naprawdę, naprawdę doskonale i nieszablonowo. Dość powiedzieć, że oprócz typowego setu “rock + ambient” mamy tu choćby zaskakujący fragment z… Ave Maria w tle.
Podsumowując – pierwsza część “28″ jest naprawdę dobra. Oczywiście – brak w niej odkrywczości i niekiedy straszy w mało wysublimowany sposób, jednak twórcom udało się wycisnąć bardzo dużo z tej oklepanej tematyki. Można się bać, można przepocić podkoszulek, można się śmiać, można uronić łzę – z pewnością dzieło Dannyego Boyle'a nie jest przy całej swej sztampowości nudne.
Ocena: 8+
--- 28 Weeks Later ---
Days gone Weeks… – Bagatela pięć lat dzieli udany pierwowzór z zaskakującą kontynuacją. A zaskakuje na wielu płaszczyznach. Po pierwsze – skład twórców został przewrócony do góry nogami. 28 Tygodni Później jest filmem zrobionym głównie przez Hiszpanów i tym razem prezentuje sporo cech epopeicznych – sam aspekt walki z wirusem jest objęty znacznie szerzej. Trudno jest też wskazać, który z bohaterów dzierży pałeczkę lidera, gdyż ważnych wątków jest tu od zatrzęsienia. Ale od początku…
Film zaczyna się na niecały miesiąc przed jego częścią “właściwą” (akcja samego początku dzieje się jeszcze podczas pierwszego wybuchu epidemii). Wieczorkiem, grupa ocalałych ludzi siedzi w swym mini-schronie. W niepokojącej scenie poznajemy parę Amerykanów – Dona i Alice. Oczywiście już po chwili pomieszczenia szczelnie wypełniają się czerwonookimi. Z kilkuosobowej grupy żyw ostaje się tylko Don, akcja natomiast wędruje o około 6 miesięcy do przodu…
Od epidemii szczęśliwie lub też mniej, minęło tytułowych 28 tygodni. Zarażeni już dawno poumierali z głodu, a przynajmniej tak twierdzi nasza ukochana Ameryka, która – chwalcie wuja Sama! – rozpoczyna proces ponownego zasiedlania terenów Wielkiej Brytanii. Dzieciaki Dona (Danny i Tammy, którym przypadli wyjątkowo irytujący aktorzy) przylatują na wyspę, by spotkać się z ojcem. I tu – warto o nim wspomnieć – zawiązuje się bardzo ciekawy wątek domniemanej śmierci Alice…
No dobra – powiecie – ale gdzie tutaj epidemia? Ano ognisko wybucha po raz drugi z dość niepozornego powodu. Z niewiadomych przyczyn, matka dwójki bohaterów zostaje odnaleziona żywa. By było weselej, jest zarażona “Rage”, a mimo to na nikogo się nie rzuca. Naukowcy momentalnie dostrzegają w niej szansę na odnalezienie antidotum na złośliwy drobnoustrój. O detalach opowiadać nie będę – dość powiedzieć, że koniec końców katastrofa ponownie dotyka zielone równiny Anglii.
Bleeding walls… – Nie od dziś wiadomo, że Hiszpanie mają fioła na punkcie śmierci, kościotrupów, okultyzmu i innych takich, niekoniecznie przyjemnych spraw. I naturalnie, modyfikacje na stanowiskach znalazły swoje odzwierciedlenie w treści sequela. Bo wiedzieć trzeba, że o ile 28 Days Later było w rozlewaniu posoki dość oszczędne i nie zwykło czynić tego nadgorliwie, o tyle kontynuacja jako żywo przypomina film gore. Jest to bodaj pierwsza produkcja, na której, mówiąc całkowicie serio, mnie zemdliło. Ok – sceny szczególnie drastyczne nie występują często, jednak większość z nich jest wykonana z potworną, obrzydliwą, chirurgiczną dokładnością. Pod względem efektów, film znacznie poprawił się w stosunku do poprzednika i – co przyznaję z ciężkim sercem – zbliżył się do rubryki “efekciarstwo” (hmm, kto nie pamięta bzdurnej sceny z helikopterem…?). W każdym razie – trup ściele się znacznie gęściej niż w oryginale.
Na szczęście, zmiany nie dotknęły jedynie “pustych” kategorii, jak przemoc czy efekty. Klimat diametralnie różni się od tego z “28 Dni…”, ale kto wie, czy nie jest od niego lepszy. Walory podnosi tu bowiem pewna tajemniczość i konwencja wielowątkowości, niejako ściągnięta z “Zagubionych”. W dodatku epidemia ukazana jest tym razem na większą skalę – moment, kiedy – już po zapłonięciu ogniska choroby, w specjalnie wydzielonym pomieszczeniu gasną światła, na długo pozostaje w pamięci.
28 Tygodni Później to jak najbardziej godna kontynuacja. Całkowicie różni się od części pierwszej, jest znacznie mocniejsza i efekciarska, ale kontynuuje dobrą passę marki, jaką już stało się “28″. Kolejny raz pokazuje, że z tak wytartej tematyki, można za pomocą dobrej fabuły wykrzesać sporo nowatorskich i ciekawych idei. Ponownie – nie jest to żadne arcydzieło na miarę “Hellraisera” czy “Lśnienia”, ale w doskonały sposób pokazuje realia masowej epidemii, związanej z nią ludzkiej paniki i bezwzględności.
Ocena: 8-
boromi
P.S. Sequel? Po upowszechnieniu planów dotycznących 28 Weeks Later, złośliwi zaczęli insynuować, jakoby następnie do kin miały wejść kolejne części, mające w tytule “Miesięcy…”, “Lat…” itp. Choć przyznam, że wydawało mi się to irracjonalne, Boyle niedawno przyznał że chciałby współtworzyć “28 Months Later” i prace nad sequelem są wielce prawdopodobne…
Czytaj bloga!
Najnowsze na Kulturwa:
- Powrót najgorszego
- Niezapomniana 18-tka
- Coś dla video-czytaków...
- Najgorsza dwunastka!
- Winning Eleven!
- 10... 9... 8...
- W 9-tym odcinku najgorszego podcastu...
- Nowa, najgorsza forma!
- 2010 rozłożony na łopatki
- Na koniec roku...
- Łikli nius
- Najgorszy po raz drugi
- Najgorszy...
- Heavy Rain po mojemu
- Damon Albarn i jego Gorillaz
- Matura 1984 vel 2010
- ... i ja (już) też widziałem Avatara!
- Magiczna liczba - 28
- Sweeney Todd: Demon barber of Fleet Street
- Wywiad ze Skizo
Popularne na Kulturwa:
- Matura 1984 vel 2010
- Magiczna liczba - 28
- Powrót najgorszego
- Czarne karty historii - Maus
- Oceń to sam
- Najgorszy po raz drugi
- Damon Albarn i jego Gorillaz
- Źli, brzydcy i... głupi
- Po(d)kręcony Walt Disney - American mcGee
- Coś dla video-czytaków...
- 2010 rozłożony na łopatki
- 10... 9... 8...
- Journey through the night - Max Payne
- Wywiad ze Skizo
- Niezapomniana 18-tka
- Sweeney Todd: Demon barber of Fleet Street
- Planet Moon
- Zły dotyk...
- ... i ja (już) też widziałem Avatara!
- Łikli nius
Najnowsze na Gaminatorze:
- Endless Space (alpha) - słów kilka o podboju galaktyki
- Eh. Szkoda słów.
- Kasa Chorych - Działa nawet w Majówkę
- Patelnią w zęby!
- Underworld Ewolucja czyli seksowna wampirzyca i morze krwi.
- Hello world - początki VideoRecenzji
- Hołdy Video dla tych , których się nie zastąpi .
- Kącik literacki: R. Kipling - Księga dżungli/Druga księga dżungli
- Śmierć pudełkom?
- BrickForce - cięszki niewypał
- Tanki na Pegasusa ;)
- Sentymentalnie przez gatunki gier- cz.1
- Niezdrowy hype wokół gier- cz.1
- Kanały polecane przeze mnie.
- Na co oczekujecie w roku 2012?
- Co prawda nie dostałem się do CD-A, ale.... cz 1.
- Dum dum DUMMMM!
- Czekając na Baldura
- Starocie... chcecie jeszcze?
- Gry 2012 na które z niecierpliwością czekam




Komentarzy
Rozwiń1 połowa = ok. 2 połowa = nieok. ;) 1262000285000 2009-12-28
No zgadza się, pierwsza połowa jest wręcz świetna zaś potem poziom jakby lekko opada, ale nie zgodzę się że potem to jest już źle. Już pamiętam o którą scenę Ci chodzi, ale przypominam sobie z kolei żeby postać Smitha jakoś się tym gadaniem popapranej kobiety zbytnio przejęła. On z tego co pamiętam raczej machnął na to ręką ("pierdol pierdol ja posłucham..."). Zakończenie mi się podobało chociaż przyznam, że mogłoby być lepsze i bardziej oryginalne.
Mnie na przykład bardzo poruszyła nie śmierć jakichś ludzi, ale Sama. Naprawdę było mi wtedy szkoda Roberta Neville, autentycznie się wzruszyłem :) Jak dla mnie scena wspaniała. 1262034171000 2009-12-28